|
The sky is the limit
Kiedy byłem małym chłopcem wziął mnie ojciec i tak do mnie rzekł: "W życiu
wszystko jest możliwe, jeśli tylko się chce". Z dzieciństwa pamiętam co
najmniej dwie sytuacje, kiedy uczyłem się tego na własnej skórze.
W czwartej klasie podstawówki ojciec zapisał mnie na kurs języka
angielskiego pierwszego stopnia w osiedlowym domu kultury. Ponieważ znałem
już wcześniej kilkadziesiąt angielskich słówek, a sposób prowadzenia zajęć
pierwszego stopnia był bardzo infantylny, ojciec ku mojemu przerażeniu
przepisał mnie po dwóch lekcjach na drugi stopień. Na pierwszych
zajęciach stałem się pośmiewiskiem nowej grupy, nie rozumiałem nic. Ojciec
zamiast przepisać mnie z powrotem na pierwszy stopień zaczął udzielać mi
korepetycji, tak aby nadrobić pierwszy rok. Kurs ukończyłem z
wyróżnieniem. Kilka lat później, też jeszcze w podstawówce, na zlocie
rowerowym urwała mi się przerzutka. Spanikowany, wróciłem do domu tylko dzięki
temu, że jeden z kolegów dopchał mnie do podmiejskiej pętli tramwajowej. W domu
ojciec pokazał mi, że można było prowizorycznie przywrócić rower do
używalności. Wystarczyło małe, zębate kółeczko z urwanej tylniej przerzutki
wmontować do prowadnicy przedniej przerzutki, a tę ostatnią zamontować wyżej w
kierunku siodełka, tak aby rozprowadzić długość łańcucha po dużym trójkącie
prostokątnym. Konstrukcja bardzo dziwaczna, ale rzeczywiście: dało się jechać!
Moje późniejsze życiowe doświadczenia uczyły mnie ciągle tego samego: jeśli
pojawia się w twoim życiu coś, co rzeczywiście chcesz osiągnąć, do czego jesteś
przekonany niepodzielnie całym umysłem, sercem i duszą, jeśli jesteś w
stanie poświęcić wszystko, to nie ma takiej siły, która odciągnęła by cię
od zdobycia celu. Co więcej, im bardziej szalony pomysł, tym bardziej
świat i ludzie pomagają ci go zrealizować zamiast mnożyć nieistniejące
problemy. Pamiętam jak w Kairze podczas mojej
wyprawy rowerowej przez trzy kontynenty musiałem w ciągu jednego
dnia załatwić sobie wizę ugandyjską (w przeciwnym wypadku czekałbym kolejny
tydzień na następny samolot). Złożyłem w amasadzie wszystkie papiery, zdjęcia,
zapłaciłem 30$ i okazało się, że potrzebuję jeszcze przedstawić "list
uwierzytelniający". Nie pytajcie mnie co to jest, bo nie wiem. Wiem tylko, że
powiedziałem, że ja ten list w ciągu dwóch godzin dostarczę i pojechałem do
polskiej ambasady. Pani sekretarka tłumaczyła mi, że wyrobienie takiego
dokumentu to nie jest prosta sprawa, a ja tłumaczyłem jej, że przyjechałem
tutaj z Polski na rowerze przez cały Bliski Wschód i bardzo chcę jechać dalej.
Wreszcie zgodziła się zapytać konsula. Po pięciu minutach konsul zszedł do mnie
z kartką papieru zadrukowaną niezrozumiałym, angielskim dyplomatycznym slangiem
i powiedział: "Wie pan, po pierwsze to ja dzisiaj jestem na urlopie, po drugie
to za wydanie tego dokumentu powinienem wziąć od pana bardzo dużo pieniędzy, po
trzecie to zaimponował mi pan swoją odwagą i determinacją. Oto list, proszę
jechać szybko i załatwić sobie tę wizę". Wieczorem tego samego dnia wznosiłem
się już nad Afryką.
Ostatnio wpadła mi w ręce pewna opowieść ze świata amerykańskiego biznesu.
Agencja reklamowa startowała w konkursie na wykonanie zlecenia rządowego.
Po trzech miesiącach wytężonej pracy, w środę tuż przed 17-tą, główny
projektant odebrał telefon od przedstawiciela ministerstwa: niestety projekt
nie zakwalifikował się do następnego etapu, z takich to a takich powodów.
Projektant zakomunikował przykrą wiadomość swojemu przełożonemu, a ten podjął
błyskawiczną decyzję: "Oddzwoń natychmiast do ministerstwa i zapytaj się,
czy oglądali nasz projekt alternatywny. Jeśli nie, to jutro rano będą go
mieć na swoich biurkach". Oczywiście żaden projekt alternatywny nie istniał,
ale trzymiesięczne doświadczenie w pracy nad pierwotną wersją, a co
najważniejsze, uzyskana informacja zwrotna o realnych wymaganiach ministerstwa,
pozwoliły zespołowi stworzyć szybko przez noc drugą wersję. W piątek przed
końcem dnia pracy firma dostała kolejny telefon z ministerstwa: projekt wygrał
konkurs. Jak napisał w swoich wspomnieniach główny projektant: "Mieliśmy w
firmie wszyscy bardzo udany weekend".
Na koniec jeszcze jedna historyjka tego typu. Odsiadujący niesprawiedliwy wyrok
więzienia syn dostał list od swojego ojca: "Synu, w tym roku po raz pierwszy w
swoim życiu nie zaorałem naszego pola. Zbyt już posunąłem się w latach, nie
dałem rady. Wiem, że gdybyś tu był, na pewno pomógłbyś mi w pracy". Syn wysłał
odpowiedź: "Ach, ojcze, proszę Cię, nie przekopuj tego pola! Ukryłem w nim
broń, którą użyłem w napadzie". Na drugi dzień oddział FBI centymetr po
centymetrze przeczesał rodzinne pole według przechwyconego listu. Syn odpisał
jeszcze raz: "Ojcze, niestety, jak wiesz nie mogę teraz przyjechać, ale
mam nadzieję, że pomogłem ci w pracy".
Mount Blanc V (fot. Adam Welber)
17.10.2005 © żyjący na ziemi kontakt e-mail • poleć stronę znajomym
Lektury nadobowiązkowe:
Zakład zamknięty aut. Andrzej Ziemiański (nagrodzone opowiadanie,
opublikowane w pierwszym numerze polskiej Fantastyki, autor miał wtedy
tylko 23 lata)
Defending your life reż. Albert Brooks (film amerykański z 1991 roku,
wyświetlany swego czasu też w polskiej telewizji pt. Broniąc życia)
|