Po pół godzinie jazdy robi się całkiem ciemno. Według mojej niezbyt
szczegółowej mapy już powinienem być na wybrzeżu, tymczasem nie jestem nawet
pewien, czy jadę w dobrym kierunku.
Po następnej pół godzinie zaczynam wątpić w sens tego wszystkiego: jest
kompletnie ciemno (droga nie oświetlona), obok mnie ryczący sznur aut, jestem
zmęczony dobą spędzoną w autokarze, zwiedzaniem miasta, głodny... Wreszcie
pojawia się znak "kemping za 11 km" (po ciemku i tak nie mam co liczyć na
nocleg u ludzi). Postanawiam zrobić sobie przerwę i po chwili orientuje się, ze
tuż obok jest otwarty duży kemping. Spędzam tu pierwszą noc.

Następne
dwa dni jazdy są generalną próbą mojej woli dotyczącej tej wyprawy. Jadę wzdłuż
wybrzeża, przez robiące wrażenie wymarłych, turystycznie miejscowości.
Pomarańczowe i różowe prostopadłościany domów, mnóstwo śmieci, prawie żadnych
ludzi i dodatkowo sjesta czyli od 13.30 do 17.00 wszystkie sklepy zamknięte.
Mimo, że nie mam zbyt wielu kontaktów z ludźmi, intuicyjnie wyczuwam, że nie są
zbyt mili. Rzadko kto wykazuje jakieś zainteresowanie moją osobą. Noce spędzam
więc na kempingach, które okazują się nie być aż tak drogie jak straszył
przewodnik. Zazwyczaj jestem jedynym gościem, za to serdecznie jestem witany
przez głodne psy, koty, a także jaszczurki i ślimaki.
Dalej na południe pojawiają się pierwsze wzniesienia, robi się oraz cieplej
i... coraz biedniej. Zmienia się architektura - domy białe z kamienia, często
budowane obok siebie na wzgórzach. Te tereny zamieszkują także Murzyni - pewnie
już kolejne pokolenie imigrantów.
Pewnego dnia pod wieczór, kiedy odmówiono mi rozbicia namiotu na podobno
zamkniętym kempingu (okazał się zamknięty, gdy powiedziałem, że chcę spędzić
tylko jedną noc) zostaję zmuszony do proszenia o miejsce u ludzi. Trafiam
między innymi na pole gokartowe, gdzie stróżami są dwaj mężczyźni z Ghany -
nielegalni imigranci, którzy po pobycie w Egipcie i Libanie próbują swojego
szczęścia we Włoszech. Niestety nie ma ich szefa, a oni nie chcą ryzykować
utraty pracy. Szukając dalej, docieram do rzędu parterowych domków za
ogrodzeniem. Zaczynam rozmowę z grupą ludzi. Jak się okazuje, oprócz trójki
Włochów jest para młodych ludzi z Ukrainy, z którymi mogę rozmawiać po polsku.
Pytam o pozwolenie. Włosi, z tego co rozumiem, zaczynają się licytować, gdzie
jest najbliższy kemping, tak jakby rozbicie namiotu na jedną noc cośkolwiek ich
kosztowało. Mówię, że mogę zapłacić. Ukrainiec, 20-latek Denis, pozwala mi
rozbić namiot. Dodatkowo uzgadnia to z kobietą z domku obok. Ponieważ w okolicy
nie ma od dwóch dni wody, Denis jedzie sprawdzić, czy w zbiornikach na plaży
coś jeszcze nie zostało dla mnie.
Ja tymczasem rozbijam namiot i wypakowuje potrzebne rzeczy. W międzyczasie do
kolejnego domku przyjeżdża samochodem małżeństwo Włochów. Ich pierwsza reakcja:
teren prywatny - nie wolno rozbijać namiotu. Tłumaczę jak umiem, że mam
pozwolenie od chłopaka i zgodę kobiety. Niby wszystko jest w porządku, "no
problemo", ale widzę, że nie do końca. Po chwili czuję się jak we włoskim
filmie: Włosi przekrzykują się nawzajem na podwórku. Wraca Denis. Okazuje się,
że jednak muszę się zwijać. Nie chodzi o to, że im przeszkadzam, tylko chcą
utrzeć nosa imigrantowi: pokazać mu, że jest tu nikim i nie może wydawać
zezwoleń. Na dowód tego, że są moimi przyjaciółmi, dają mi bułki, których i tak
nie mogę jeść, mozzarellę i pastę z łososia. Noc spędzam w domku u Denisa,
który pracuje tu już od półtora roku, pomagając na plaży i w kuchni. Dostaje za
to astronomiczną, jak na warunki ukraińskie, sumę $350 miesięcznie.
Następne raporty z Włoch (Neapol i Pompeje, droga przez środkowy pas gór i
wybrzeże adriatyckie) oraz Grecji już wkrótce. Mam nadzieję, że tam jest
taniej...
Krzysiek
poleć stronę znajomym