rowerem
przez trzy
kontynenty,
2000/01
opowiadania/index.shtmlOPOWIADANIA
ZapiskiZapiski
żyjąc w: Szwajcaria i Europażyjąc w: Szwajcaria i Europa
camino de Santiagocamino de Santiago
Krzysztof Rozmus 
żyjący na ziemi 
Wyprawa rowerem przez 3 kontynenty
 
WYPRAWA ROWEREM PRZEZ 3 KONTYNENTY, 2000/01
Relacje
Europa: Na starcie RzymDroga zachodnim wybrzeżemNeapol PompejeDo portu w BariGrecja Turcja
Bliski Wschód: Na granicy syryjskiejSyria Jordania - część północnaIzraelJerozolima Jordania - górySynaj
Afryka: Egipt - część afrykańska UgandaKenia
Azja: NepalIndieIndie c.d.TajlandiaMalezjaSingapur


Rowerem przez 3 kontynenty: droga zachodnim wybrzeżem
09-14.10.2000

Po pół godzinie jazdy robi się całkiem ciemno. Według mojej niezbyt szczegółowej mapy już powinienem być na wybrzeżu, tymczasem nie jestem nawet pewien, czy jadę w dobrym kierunku.

Po następnej pół godzinie zaczynam wątpić w sens tego wszystkiego: jest kompletnie ciemno (droga nie oświetlona), obok mnie ryczący sznur aut, jestem zmęczony dobą spędzoną w autokarze, zwiedzaniem miasta, głodny... Wreszcie pojawia się znak "kemping za 11 km" (po ciemku i tak nie mam co liczyć na nocleg u ludzi). Postanawiam zrobić sobie przerwę i po chwili orientuje się, ze tuż obok jest otwarty duży kemping. Spędzam tu pierwszą noc.

Zachodnie Wybrzeże, WłochyNastępne dwa dni jazdy są generalną próbą mojej woli dotyczącej tej wyprawy. Jadę wzdłuż wybrzeża, przez robiące wrażenie wymarłych, turystycznie miejscowości. Pomarańczowe i różowe prostopadłościany domów, mnóstwo śmieci, prawie żadnych ludzi i dodatkowo sjesta czyli od 13.30 do 17.00 wszystkie sklepy zamknięte. Mimo, że nie mam zbyt wielu kontaktów z ludźmi, intuicyjnie wyczuwam, że nie są zbyt mili. Rzadko kto wykazuje jakieś zainteresowanie moją osobą. Noce spędzam więc na kempingach, które okazują się nie być aż tak drogie jak straszył przewodnik. Zazwyczaj jestem jedynym gościem, za to serdecznie jestem witany przez głodne psy, koty, a także jaszczurki i ślimaki.

Dalej na południe pojawiają się pierwsze wzniesienia, robi się oraz cieplej i... coraz biedniej. Zmienia się architektura - domy białe z kamienia, często budowane obok siebie na wzgórzach. Te tereny zamieszkują także Murzyni - pewnie już kolejne pokolenie imigrantów.

Pewnego dnia pod wieczór, kiedy odmówiono mi rozbicia namiotu na podobno zamkniętym kempingu (okazał się zamknięty, gdy powiedziałem, że chcę spędzić tylko jedną noc) zostaję zmuszony do proszenia o miejsce u ludzi. Trafiam między innymi na pole gokartowe, gdzie stróżami są dwaj mężczyźni z Ghany - nielegalni imigranci, którzy po pobycie w Egipcie i Libanie próbują swojego szczęścia we Włoszech. Niestety nie ma ich szefa, a oni nie chcą ryzykować utraty pracy. Szukając dalej, docieram do rzędu parterowych domków za ogrodzeniem. Zaczynam rozmowę z grupą ludzi. Jak się okazuje, oprócz trójki Włochów jest para młodych ludzi z Ukrainy, z którymi mogę rozmawiać po polsku. Pytam o pozwolenie. Włosi, z tego co rozumiem, zaczynają się licytować, gdzie jest najbliższy kemping, tak jakby rozbicie namiotu na jedną noc cośkolwiek ich kosztowało. Mówię, że mogę zapłacić. Ukrainiec, 20-latek Denis, pozwala mi rozbić namiot. Dodatkowo uzgadnia to z kobietą z domku obok. Ponieważ w okolicy nie ma od dwóch dni wody, Denis jedzie sprawdzić, czy w zbiornikach na plaży coś jeszcze nie zostało dla mnie.

Ja tymczasem rozbijam namiot i wypakowuje potrzebne rzeczy. W międzyczasie do kolejnego domku przyjeżdża samochodem małżeństwo Włochów. Ich pierwsza reakcja: teren prywatny - nie wolno rozbijać namiotu. Tłumaczę jak umiem, że mam pozwolenie od chłopaka i zgodę kobiety. Niby wszystko jest w porządku, "no problemo", ale widzę, że nie do końca. Po chwili czuję się jak we włoskim filmie: Włosi przekrzykują się nawzajem na podwórku. Wraca Denis. Okazuje się, że jednak muszę się zwijać. Nie chodzi o to, że im przeszkadzam, tylko chcą utrzeć nosa imigrantowi: pokazać mu, że jest tu nikim i nie może wydawać zezwoleń. Na dowód tego, że są moimi przyjaciółmi, dają mi bułki, których i tak nie mogę jeść, mozzarellę i pastę z łososia. Noc spędzam w domku u Denisa, który pracuje tu już od półtora roku, pomagając na plaży i w kuchni. Dostaje za to astronomiczną, jak na warunki ukraińskie, sumę $350 miesięcznie.

Następne raporty z Włoch (Neapol i Pompeje, droga przez środkowy pas gór i wybrzeże adriatyckie) oraz Grecji już wkrótce. Mam nadzieję, że tam jest taniej...

Krzysiek
poleć stronę znajomym