Rano budzą mnie dziwne odgłosy. Otwieram oczy i z dolnego poziomu piętrowego
łóżka widzę u góry jakiś kijek. Pierwsza myśl: ktoś przez otwarty sufit
sypialnianego boksu próbuje podkraść moje rzeczy.
"Kijek" zaczyna się jednak dziwnie wić, więc może po ścianie pełznie wąż ?
Wychylam się bardziej i... płoszę niedużą małpkę, którą do budynku zwabiły
resztki jedzenia. Okropnie wyczerpany nocą spędzoną w samolocie i 40 km
odcinkiem z lotniska Entebbe do stolicy Ugandy, Kampali, wreszcie uświadamiam
sobie, gdzie jestem. Uganda,
karibu! Stan wyczerpania utrzymuje się
przez 3 dni, zanim organizm jako tako zaaklimatyzuje się do tropiku z ogromną
wilgotnością powietrza, tak że czy się stoi, czy się leży, człowiek pływa we
własnym pocie. Jak określić pocenie się w tych warunkach przy jeździe na
rowerze ?
Pierwsza rzeczą w Ugandzie, która nie tyle że rzuca się w oczy, co wciska się
zewsząd, blisko czy daleko, jest totalna zieloność. To jedna wielka szklarnia
ogrodu botanicznego, tylko tak na oko dwa razy gęściej. Jedyną nie zarośniętą
powierzchnią jest niebo i asfaltowa droga, po której poruszają się ludzie,
rowery i samochody (ruch lewostronny). Murzynki w jaskrawych sukienkach z
podniesionymi ramiączkami i obowiązkowymi dużymi parasolkami, które służą do
ochrony przed deszczem albo przed słońcem, Murzyni w długich spodniach i
koszulach, dzieci w ubraniach, w których więcej jest dziur niż materiału.
Wszyscy wołają do mnie "Mzungu" co znaczy "biały człowiek". Najśmieszniej
dzieci, jeśli tylko ze strachu się nie chowają, to podskakując z radości
seplenią na całe gardło "
Mziungu,
mziungu!!!".
Wszyscy transportują wodę, trzcinę cukrową, banany, mąkę - na głowie albo
rowerami, które są w powszechnym użyciu. Jakby ktoś miał problem z transportem
łóżka, 50 pustych kanistrów na wodę lub 15-metrowych desek rowerem,
Ugandyjczycy wyjaśnią, jak to się robi.
Ja tymczasem przy podróży samolotem zmuszony byłem po spartańsku zminimalizować
swój bagaż. Udało mi się wyrzucić lub wysłać do Polski (podziękowania dla
Geralda z Krakowa) około 6 kg rzeczy, m.in. tak nieistotne dla przetrwania jak
fiordmata, statyw fotograficzny, przedni bagażnik razem z sakwą.
Przy drodze można też przeczytać różne hasła, które pokazują, z jakimi
problemami walczą tutaj ludzie: "Kobiety Ugandy cieszą się pokojem w kraju",
"Aby uniknąć biegunek, myj zawsze ręce mydłem przed jedzeniem", "AIDS zabija".
Do tej listy ostatnio niestety dołączyła także gorączka krwotoczna i, wbrew
informacjom z ambasady, przypadki zachorowań zdarzyły się także na południu
kraju, a nawet w stolicy, choć w tym przypadku było to raczej podrzucenie
zwłok. Jedyną na razie "nadzieją" jest to, że być może wirus Ebola,
przywleczony z Konga przez stacjonujących tam żołnierzy ugandyjskich, przenosi
się tylko podobnie jak HIV.

Niemniej
swój pobyt w tym kraju ograniczam do niezbędnego minimum. Główny mój cel w
Ugandzie - park obejmujący góry Ruwenzori, w których na pewnych wysokościach
panuje roślinna gigantomania jest od trzech lat zamknięty z powodu
przebywających tam grup rebelianckich, które zresztą dają się we znaki od czasu
do czasu także w innych częściach kraju, np. zabijając we wioskach wszystkich
właścicieli rowerów (znak, że utrzymują kontakt z "rządowym" miastem).
Ostatecznie rowerem pokonuję tylko dwa odcinki: Fort Portal - Kasese - Mweya -
Ndeke oraz Entebbe - Kampala - Jinja - Busia (w sumie 470 km), m.in.
przekraczając równik i Narodowy Park Królowej Elżbiety. Podobno lwy przy
wewnętrznej drodze wzdłuż kanału zjawiają się tylko raz na pięć lat. Uważać
należy tylko na słonie i bawoły - trzeba czekać z daleka, aż zwolnią drogę. W
parku spotykam różnego rodzaju antylopy, bawoły oraz guźce. Tych ostatnich jest
pełno na wewnętrznym kempingu. Jak na roślinożerców mają bardzo groźny wygląd,
ale boją się ludzi. Ich zachowanie jest często komiczne, np. gdy uciekają z
pionowo podniesionymi ogonami co chwila oglądając się za siebie i prychając lub
gdy pasą się na kolanach przednich łap. Na kempingu można też spotkać
hipopotamy, a po przeciwnej stronie kanału można zobaczyć grupę trzydziestu
słoni.

Nie
trzeba wjeżdżać do parków, aby zobaczyć pawiany czy inne mniejsze małpki, bo
jest ich dużo przy drogach i na zwykłych kempingach. Ciekawostką jest także
bydło ugandyjskie z ogromnym porożem, które jest mniej więcej tak długie, jak
wysoka jest krowa. Jest też dość dużo ptaków, a półtorametrowe chyba marabuty
można spotkać nawet w centrum stolicy.
To niewielkie miasto ma oświetlenie tylko na kilku głównych ulicach. Ale życie
nie zamiera wieczorem - stragany oświetlane są odkrytymi płomieniami lampek.
Inne miasteczka Ugandy przypominają trochę Dziki Zachód. Jedna (najczęściej)
lub kilka prostopadłych ulic z parterowymi murowanymi budynkami stojącymi w
jednym ciągu. Wszystkie z frontowymi zadaszeniami na kolumnach. Na ścianach
pełno wymalowanych reklam - najwięcej coca-coli, ta do dostania jest wszędzie.
W cieniu drzew grupują się liczne taksówki motocyklowe lub rowerowe (
bodaboda).
Czasem też można natknąć się na typowe murzyńskie wioski z okrągłymi glinianymi
domkami krytymi trzciną.

Podróżowanie
po Ugandzie nie stanowi większej trudności, gdyż w prawie każdej większej
osadzie znajduje się zazwyczaj kilka tanich hoteli (
lodge) i skromne
restauracje (
hotel), w których można dostać przede wszystkim gotowane
mięso,
matoke (gotowaną, zieloną i niesłodką odmianę bananów) i czaj
(liście herbaty zalewa się gorącym mlekiem, czasem dodając trochę mielonej kawy
lub kakao). W soboty i w niedziele z kościołów (które najczęściej z zewnątrz
wyglądają jak zwykle baraki) rożnych wyznań dochodzą głośne śpiewy, bicia w
bębny, tupot nóg, oklaski i zawodzenia przerywane uderzeniami rąk w usta.
Krzysiek
poleć stronę znajomym