Bardzo przyjazne nastawienie do turystów i gościnność Turków jest pierwszą i
najbardziej uderzającą różnicą pomiędzy Europą a Azją.
W zasadzie nie ma końca pozdrowieniom, uśmiechom, próbom nawiązania rozmowy
(choć znajomość angielskiego jest bardzo słaba) zarówno w miastach, jak i na
trasie (choć czasem mam już dość tych powitalnych klaksonów), przez dzieci i
dorosłych. Często też jesteśmy z Nicolasem częstowani herbatą, owocami,
ciastem, a nawet zapraszani na obiad.

Nasza
wspólna droga początkowo miała się zakończyć w Efezie (gdzie zwiedziliśmy
bardzo dobrze zachowane ruiny starożytnego miasta), ale zdjęcie wapieni i
ciepłych źródeł z Pamukkale zachęciło go do wydłużenia swojej trasy w Turcji.

Dzięki
Nico noce w Turcji spędzam w najpiękniejszym hotelu, ponad tysiącgwiazdkowym,
czyli pod gołym niebem. Sam jakoś nie mogłem się odważyć, tymczasem on od
początku swojej trasy tylko raz, w Atenach, skorzystał z hotelu. Niestety, z
powodu pogody taki typ noclegu z dnia na dzień staje się coraz bardziej
uciążliwy: w dzień co prawda słońce przypieka przy temperaturze powietrza 20 C,
ale w nocy temperatura spada do ok. 5 C, a w wyższych górach nawet do -5 C. To
właśnie dlatego Nico nie zdecydował się jechać ze mną jeszcze dalej do
Kapadocji, która jest jednym z moich dwóch głównych celów w Turcji. Nie lubi
hoteli, a te stały się koniecznością, kiedy nad ranem po pierwszym od rozstania
samotnym noclegu obudziłem się nie w namiocie, a w igloo, i na głowę spadły mi
płytki lodu. Cóż, namiot i nocowanie na dziko będą musiały poczekać na inną
szerokość geograficzną lub wysokość nad poziomem morza...

Turcja
to także moje pierwsze spotkanie z islamem. Pięciokrotne w ciągu dnia wzywanie
na modlitwę robi na mnie ogromne wrażenie, zwłaszcza o świcie i o zmierzchu.
Wieże minaretów wznoszą się nawet w najmniejszych wioskach, na ulicach można
często spotkać ludzi z różańcami, czasem też można zobaczyć ludzi modlących się
na dywanikach. Choć oficjalnie Turcy w 99% to muzułmanie, to podobno naprawdę
religijna jest tylko połowa.

W
dawnej stolicy Turków Seldżuckich, Konyi, pierwszy raz w życiu jestem w
meczecie (obowiązkowo bez butów i w długich spodniach), a ponieważ jest to
piątek, mam szczęście dosłownie i w przenośni siedzieć na tureckim kazaniu.
Zwiedzam tam także grób i muzeum Mevlana Rumiego, poety i inspiratora
mistycznego ruchu tańczących derwiszów. Jest to miejsce licznych pielgrzymek.
Turcy zdają się napełniać tutaj energią, a i mi to miejsce przynosi niesamowite
szczęście, bo tego samego dnia nie wydaję na utrzymanie ani jednego lira:
wszystkie posiłki po drodze i nocleg (w suszarni kukurydzy) dostaję za darmo.
Jedno ze słynnych zdań Mevlany wisi u wejścia do tego świętego dla Turków
miejsca, przetłumaczone na kilka języków (cytuje nieściśle z pamięci):
"Przyjdź, przyjdź raz jeszcze, przyjdź nawet jeśli w Boga nie wierzysz lub
jesteś czcicielem ognia. Przyjdź, bo nie jesteśmy z tych, którzy tracą
nadzieję. Przyjdź, nawet jeśli sto razy złamałeś swoje przysięgi. Proszę Cię,
przyjdź raz jeszcze."

Jeśli
chodzi o krajobrazy, to Turcja prawie cała poprzecinana jest pasmami górskimi.
Szerokimi na kilkadziesiąt kilometrów dolinami ciągną się pola uprawne,
wszędzie jest pełno żółci i brązu, bo to już późna jesień, czas zbioru jabłek,
kukurydzy, buraków cukrowych i ziemniaków. Na pozostałych, prawie pustynnych
terenach, pasą się stada owiec o czarnych pyszczkach, gdzieniegdzie pojawiają
się osiołki i niestety psy, które złośliwie gonią rowerzystę nawet przez pół
kilometra i to pod górę, ufff.... Drogi, jak przystało na Bliski Wschód są
bardzo zakurzone, a w powietrzu unosi się charakterystyczny zapach owczego
mięsa i lekka mgła.

Po
przejechaniu prawie 2 tys. km po raz pierwszy na trasie odczuwam poważne
zmęczenie fizyczne: to te kiepskie drogi, zimno, no i te podjazdy. Czas na mały
odpoczynek w Kapadocji (Goreme) do której docieram po ciemku (słońce zachodzi o
godz. 17.00) i jeszcze nie miałem okazji nacieszyć oczu wspaniałością
krajobrazu.
Krzysiek
poleć stronę znajomym