Odprawa paszportowa na lotnisku w Bangkoku przebiega bezproblemowo i oznacza
to szczęśliwy koniec kłopotów wizowych, bo do następnych, ostatnich dwóch
krajów na mojej trasie, Malezji i Singapuru Polacy nie potrzebują wizy.
Wraz

z
tłumem turystów udaje się taksówką na słynną ulicę Khao San, która wraz z całą
dzielnicą przyciąga swoimi tanimi hotelikami, restauracjami i stoiskami
ulicznymi miliony podróżnych z całego świata. Jest to swego rodzaju ludzkie
zoo, gdzie ruch trwa niemal 24 godziny na dobę. Najwięcej jest Japończyków i na
drugim miejscu Amerykanów. Dla dużej liczby osób Bangkok jest tylko etapem
bardzo popularnej większej podróży po krajach Azji Południowo-Wschodniej lub
nawet dookoła świata. Dużo osób podróżuje samotnie, w tym także kobiety.
Poznane przeze mnie rekordzistki z Anglii i Japonii były w podróży od prawie
dwóch lat. Dla części osób Tajlandia jest po prostu wspaniałym miejscem na
spędzenie zwykłego dwutygodniowego urlopu. W dobie komunikacji lotniczej można
spotkać tutaj osoby takich zawodów jak robotnik z fabryki BMW w Niemczech czy
operator dźwigu z Kanady.

W
Bangkoku panuje niemiłosierny upał i temperatura ani wilgotność nie spada nawet
w nocy. Śmiejemy się w sypialni, że mamy saunę gratis wliczoną w koszty.
Tradycyjnie pierwszego dnia udaję się do restauracji na droższy posiłek celem
świętowania nowego kraju. Długo nie mogę dogadać się z kelnerem i w końcu
trochę rozdrażniony pytam go wprost czy w ogóle mówi po angielsku. A kelner na
to z pełnym rozbawieniem i śmiechem, że nie ! No cóż, spodziewałem się milszej
obsługi, ale wieczorem powtarza się podobna sytuacja na ulicznym stoisku ze
świeżymi sokami. Upewniam się najpierw czy mają wszystkie reklamowane na
planszach owoce i następnie wybieram owoc liczi. A sprzedawca na to zanosząc
się od śmiechu: "Liczi akurat nie mamy!".

W
Europie mogłoby być mu w takiej sytuacji przykro lub przynajmniej udawałby, że
tak jest. W Tajlandii jest to świetny powód do odrobiny humoru w codziennej
pracy. Początkowo trudno jest się do takich reakcji przyzwyczaić, gdy np.
wchodzi się do sklepu i za chwilę wszyscy wybuchają śmiechem, ale później
będzie mi brakować tej bezpośredniości Tajów.
Bardzo wiele dni zabiera mi przygotowanie się do wyjazdu znów na trasę.
Najpierw zajmuję się naprawą zepsutego w Indiach roweru i zakupem potrzebnych
rzeczy, potem zwiedzaniem niesamowitych, bogato zdobionych pałaców królewskich

i buddyjskich świątyń.
Buddyzm jest w Tajlandii religią państwową, a młodzi mężczyźni muszą w swoim
życiu odbyć w klasztorze buddyjskim półroczną służbę. Zwiedzam także samo
miasto. Bangkok jest miastem poprzecinanym kanałami, z wielkimi domami
handlowymi, do których można dostać się bezpośrednio z superszybkiej kolejki
miejskiej,

która
kursuje jakby na drugim piętrze miasta, po zbudowanym na kolumnach torze
powyżej ulic. Na ulicach wieczorem trudno jest nie spotkać pań najstarszego
zawodu świata. Jedna z ulic Bangkoku, Patpong, jest w całości poświęcona tym
rozrywkom. Znajduje się tam kilkadziesiąt "lokali". Na zewnątrz stoją
dziewczyny zaopatrzone w numerki i ubrane w jednolite stroje (każdy lokal
wyróżnia się swoim specyficznym strojem).
Gdy już mam wyjeżdżać skręcam sobie nogę i znów jestem uziemiony na kilka dni.
W między czasie zaczyna padać obfity deszcz co jest troszkę anomalią pogodową o
tej porze roku. W końcu decyduję się na podjechanie do Phang Nga na południu
Tajlandii autobusem. Po drodze mijamy miejscowości, w których woda stoi na
ulicach na wysokość kilkudziesięciu centymetrów.
Zdjęcia z zatoki Phang Nga były dla mnie inspiracją przy planowaniu trasy
jeszcze w Polsce. Całodzienna przejażdżka łodzią motorową po zielonej wodzie,
wśród wystających z wody obrośniętych na zielono skał

przekonuje mnie, że odwiedzenie Tajlandii to był świetny pomysł. Bajeczność
tych krajobrazów przyciąga też reżyserów filmowych. To tutaj były częściowo
kręcone dwa filmy z Jamesem Bondem, a kawałek dalej film "Plaża" z Leonardo di
Caprio.


Prawdziwe
rowerowanie zaczynam właśnie stąd i już na początku jestem podekscytowany
otaczającą mnie zielonością i kolorowymi kwiatami. Jadę wzdłuż zachodniego
wybrzeża w stronę granicy z Malezją. Czasem skręcam na wybrzeże do popularnych
kurortów takich jak Krabi, gdzie na białym piasku wypoczywają biali ludzie.
Wspaniałe okolice na spędzenie urlopu, ale dla mnie woda jest zbyt mętna - po
pławieniu się w krystalicznie czystym Morzu Czerwonym stałem się trochę
wybredny :-) Później w głębi półwyspu nadkładam trochę drogi,


aby dotrzeć do Szmaragdowego Jeziorka gdzieś w środku dżungli. Udaje mi się tam
spędzić ostatnią na mojej trasie noc na dziko. Samo miejsce jest po prostu
rajskie. Przy okazji dowiaduję się, że w pobliżu ukryty jest też wodospad. Nie
jestem w stanie do końca przedzierać się przez dżunglę rowerem przypinam go
więc do drzewa i ruszam na nogach zaopatrzony tylko w pół litra wody. Jest
bardzo gorąco i wilgotno, dodatkowo "cykanie" owadów przywołuje na myśli świst
gotującego się czajnika z wodą. Tak nie pociłem się nawet w Afryce. Wreszcie
udaje mi się dotrzeć na miejsce i lekko się ochłodzić w strugach wody. Mimo, że
starałem się mocno uważać pod wieczór dopiero odkrywam, że do mojej nogi
przyczepione jest obce ciało - pijawka.
Tajlandia to piękny, relaksujący kraj, gdzie możemy podziwiać tropikalną
dżunglę nie narażając się na afrykańskie choroby i przestępczość oraz dodatkowo
mając zawsze w pobliżu do dyspozycji 24 godzinne sklepy, bungalowy, wspaniale
utrzymane drogi i przydrożne zadaszone ławeczki (coś czego brakowało mi we
wszystkich odwiedzanych wcześniej krajach) oraz mnóstwo bardzo tanich

restauracyjek
(szkoda tylko, że kuchnia tajska jest tak przeraźliwie ostra). Jedynym
problemem w Tajlandii jest dla mnie pogoda. Czasem muszę cały dzień jechać przy
siąpiącym deszczu, a kilka razy tuż pod wieczór, dosłownie na kilka kilometrów
przed hotelem, jestem przemaczany do suchej nitki przez prawdziwe tropikalne
burze.
Krzysiek
poleć stronę znajomym