Aby nikt nie miał wątpliwości, do kogo należy władza w Syrii, napis na granicy
wyraźnie wskazuje: "Welcome to Assad Syria".

Nie
pozwolą też o tym zapomnieć dosłownie setki tysięcy plakatów z podobizną
nieżyjącego prezydenta Assada (ojca) i aktualnie sprawującego władzę syna.
Najczęściej są to malowane odręcznie, powiedziałbym śmieszne, karykatury.
Panowie policjanci czują się tutaj bardzo ważni i dają to odczuć na przejściu
granicznym rzucając paszportami, wyrywając nie wypełnione do końca karty wjazdu
itp. Na szczęście to tylko pojedynczy, ale wiele mówiący o relacjach
władza-obywatele, epizod.

Połączenia
internetowe są objęte monopolem państwowym w Syrii, przez to drogie i
całkowicie w powijakach w porównaniu z sąsiednimi krajami, takimi jak Turcja
czy Jordania. W większych miastach można znaleźć instytucje rządowe,
udostępniające sieć ludziom, ale żeby było ciekawiej, korzystanie z e-maila
jest zabronione. Można tylko przeglądać strony. Adresy IP stron z pocztą przez
WWW są wycięte. Udaje mi się znaleźć jedno miejsce w Damaszku, gdzie adres
OnetPoczty był dostępny. Najpierw jednak trzeba się odstać pół godziny w
kolejce (10 komputerów na kilkumilionowe miasto...).
Arabowie są bardzo mili, może nie aż tak entuzjastycznie nastawieni do turystów
jak Turcy, ale mają jedną niespotykaną wcześniej cechę: jeśli tylko uda się
nawiązać rozmowę, można być pewnym, że zostanie się zaproszonym do domu na
poczęstunek i nocleg. Niestety, pierwszą rzucającą się w oczy rzeczą w Syrii
jest straszna ilość śmieci, zarówno przy drogach, jak i na polach czy w
miasteczkach, oraz panujący brud. Kontrastowo większość domów ma bardzo ładne,
białe ozdobne kamienne fasady. W zasadzie nie ma tutaj wielkiej ilości atrakcji
turystycznych czy oszałamiających krajobrazów. Poza pasmem niewielkich gór
wzdłuż kamienistego wybrzeża, wszędzie ciągną się monotonne, płaskie rude pola
lub kamienista pustynia.
Tak wiec największą zaletą Syrii jest po prostu jej niski koszt utrzymania,
szczególnie żywność jest tania. Z nietypowych dla Europy dań można wymienić:
humus - gotowany groszek, zmielony na pastę razem z sezamem, czosnkiem i
cytryną. Podawany na talerzyku, rozsmarowany w formie płaskiej miseczki wraz z
oliwą i przyprawami jest tutaj podstawowym dodatkiem do mięs (pełni taką rolę
jak w Polsce ziemniaki); muttabel - pasta ze zmielonych bakłażanów z sezamem,
jogurtem i oliwa; zatar - mieszanka ziół i przypraw, którą je się z oliwa i
chlebem oraz nie przesadzam, wspaniale przepyszne koktaile i soki przyrządzane
na poczekaniu ze świeżych owoców i/lub mleka.

Większe
miasta Syrii to jedne wielkie niekończące się targowiska i stragany
poprzecinane ulicami, po których poruszają się tysiące taksówek i furgonetek.
Wszyscy na wszystkich non-stop trąbią. W porównaniu z tym w Turcji była cisza i
spokój. W miastach na północy, takich jak Aleppo czy Latakia, co drugi napis
jest w języku rosyjskim. To oczywiście nasi wschodni sąsiedzi znajdują tutaj
rynki zbytu. Aby robić zakupy na arabskich targowiskach (souq) trzeba nauczyć
się pisowni cyfr arabskich, które, jak się okazuje, są całkiem inne od tych
stosowanych w Europie, a też nazywanych arabskimi. Drugą ważną rzeczą jest
znajomość realnych cen rynkowych. Niestety na widok zagranicznego turysty cena
potrafi podskoczyć nawet i cztery razy. Bez targowania ani rusz.

Pobyt
w Syrii na rozszerzonej o wybrzeże trasie (Aleppo - Latakia - Tartus - Crac des
Chevaliers - Homs - Damaszek - Daraa) to także dyskusja ze studentami
Uniwersytetu w Aleppo, którzy zaprosili mnie na nocleg i próbowali przekonać,
że ich wrogowie Żydzi i ich grupy w Europie rozpuszczają wiele nieprawdziwych
informacji o Syrii, oraz że Koran zawiera wszystkie przeszłe i przyszłe cuda,
jakie mają zdarzyć się na Ziemi; trzygodzinna rozmowa po polsku z 66-letnim
Abdulem w Homs, który mieszkał w Polsce przez 11 lat i ma żonę Polkę; wizyta w
perskim meczecie Sayyida Raqayya w Damaszku z niesamowitymi wewnętrznymi
zdobieniami (mozaiki, lustra, freski); kąpiel w

tradycyjnej
arabskiej (tureckiej) łaźni (mimo zachęt ze strony personelu trudno było mi się
zrelaksować temperaturze prawie 90 stopni Celsjusza) czy nocleg pod gołym
gwiaździstym niebem na wzgórzach przy granicy libańskiej i słuchanie na zmianę
przez radio rozgłośni syryjskich (tradycyjna muzyka arabska), izraelskich
(muzyka żydowska) i libańskich (najnowsze hity z Europy i USA).

W
związku z tym, że "coś dzieje się wciąż na Bliskim Wschodzie", zmuszony jestem
z żalem odstąpić od zamiaru wizyty w Izraelu. Moja trasa będzie wiodła przez
całą Jordanię aż do Aqaby, następnie na południowo-zachodni kraniec półwyspu
Synaj, stamtąd prawdopodobnie przepłynę promem przez Morze Czerwone i dalej na
południe Egiptu rowerem do Luksoru i Asuanu, następnie na północ pociągiem do
Al-Fajum (bo z kolei w środkowej części Egiptu terroryści islamscy strzelają do
turystów) i potem rowerem do Kairu. Jeśli będzie to możliwe (choć na to się nie
zanosi) odwiedzę Jerozolimę na zasadzie jedno-dwudniowej wycieczki autobusem z
Ammanu, a jeszcze dziś podjadę w pobliże granicy izraelskiej, aby przynajmniej
z daleka popatrzeć na Jezioro Tyberiadzkie i Wzgórza Golan.
Krzysiek
poleć stronę znajomym