Droga na południe Synaju wzdłuż wybrzeża Morza Czerwonego od przejścia
granicznego w Taba to jeden wielki plac budowy. Obok kilku istniejących hoteli
(niektóre bardzo ładne, w kształcie piramid) powstaje kilkadziesiąt nowych.
Za kilka lat może się tu zrobić tak tłoczno jak na francuskiej Riwierze.
Tymczasem na razie jest cisza i spokój. Po prawej stronie strome góry pustyni,
po lewej dość ciepła, krystalicznie czysta woda, a w dali Arabia Saudyjska. Na
wybrzeżu noce są nareszcie ciepłe i można bez problemu spędzać je w namiocie.

Odbijam
w głąb półwyspu, aby zdobyć słynną górę Synaj. Droga od Nuweiby do klasztoru
świętej Katarzyny obfituje w niesamowite pustynne krajobrazy - naprawdę nie
opłaca się jechać do Teksasu czy Colorado. W górach znów jest bardzo zimno, a
na szczycie Synaju leży śnieg. Na miejscu poznaję m.in. dwójkę podróżników z
Polski (wreszcie okazja do porozmawiania w ojczystym języku i skomentowania
ostatnich wydarzeń politycznych) oraz 64-letniego Francuza, który - bagatelka -
idzie z Rzymu do Jerozolimy poprzez kraje północnej Afryki, początkowo z
przyjacielem, i czasem korzystając też z innych środków transportu. Do tej pory
na nogach przeszedł 1300 km. Teraz pociągnie swój wózek na kołach na wschód do
Eilat w Izraelu, śpiąc po drodze u Beduinów.

Ja
kontynuuję swoje trawersowanie Synaju na zachód, po drodze doświadczając oazy
Feran. To naprawdę niesamowite, gdy po 70 km prawie pustki (tylko góry, piasek,
czasem jakąś osada beduińska) nagle wjeżdża się w gaj palm. Trzeba tutaj kupić
jedzenie i zaopatrzyć się w wodę na cały następny dzień, bo do następnej
miejscowości (El Tur) jest 100 km.
Po trzech dniach docieram w końcu na południowy kraniec Synaju, do miejscowości
Sharm El-Sheik, gdzie wciskam swój namiot na jedną noc pomiędzy gwiazdkowe
hotele. 12 km stąd znajduje się jedyny park narodowy w Egipcie - Ras Mohammed -
obejmujący niewielki odcinek wybrzeża z rafą koralową. Za $5 można tam spędzić
noc w namiocie w wyznaczonych miejscach tylko trzeba zabrać ze sobą odpowiedni
zapas wody i jedzenia, bo na miejscu jest tylko pustynia i morze.
No właśnie. Morze Czerwone. Z zewnątrz wygląda jak każde inne, ale pierwsze
zanurzenie głowy pod wodę przenosi po prostu w inny świat. Po pierwszych kilku
chwilach muszę się wynurzyć i to nie tylko dlatego, że poza okularkami nie mam
żadnego innego sprzętu do nurkowania. Bajeczność kolorów i wymyślność form w
podwodnych ogrodach dosłownie zapiera dech w piersiach! Poznani tam przeze mnie
doświadczeni nurkowie z Francji zapewniali mnie, że jeśli chodzi o podwodne
krajobrazy, jest to jedno z najpiękniejszych miejsc na ziemi.

Oprócz
ryb i korali można tu spotkać także lisa pustynnego - chyba jedynego większego
ssaka, żyjącego na tych terenach. Na cieniutkich, ale wysokich łapkach i z
wydłużonym pyszczkiem oraz pięknym lisim ogonem próbują w nocy podkraść spod
namiotu jakieś resztki żywności. Władze parku pozwalają jedynie dawać im wodę,
którą w przeciwnym wypadku, nie mam pojęcia, skąd biorą. Ja musiałem
przytaszczyć tutaj dziewięć 1,5-litrowych butelek, za które dodatkowo przyszło
mi zapłacić. Ale to nie dlatego, że woda na pustyni synajskiej jest na wagę
złota, tylko w miejscowościach turystycznych Egipcjanie są strasznie pazerni na
pieniądze turystów, a czasem wręcz po prostu nieuczciwi.
Z Sharm El-Sheik odpływam promem do Hurghady, jeszcze w Egipcie, ale już na
nowym, afrykańskim kontynencie, po raz pierwszy płacąc dodatkowo za przewóz
roweru (rzecz niespotykana na promach we Włoszech, Grecji czy Turcji).
Krzysiek
poleć stronę znajomym