Państwo Singapur położone jest na niedużej wyspie, która połączona jest z
krańcem Półwyspu Malajskiego mostem. Stolica państwa, miasto wieżowców, leży 30
km dalej na południe.

Nie
licząc poruszania się rowerem po mieście, jest to ostatni odcinek na mojej
trasie. Na kilka kilometrów przed centrum na moim liczniku małe wydarzenie:
szóstka i trzy dziewiątki zamieniają się w siódemkę i trzy zera.
Jadę wypatrując po drodze białego okrągłego wieżowca. Taki wieżowiec znajdował
się na jednym ze znaczków dawno temu w mojej kolekcji. Nazwa Singapur była
wtedy całkowitą egzotyką, dziś wiążę z nią pewne oczekiwania zaciekawiony
wcześniejszymi informacjami o stechnicyzowanym mieście przyszłości, choć
generalnie za miastami raczej nie przepadam.

Nie
udaje mi się jednak znaleźć tego budynku. Albo został rozebrany, albo zginął
gdzieś w gąszczu nowo wybudowanych, bardziej okazałych drapaczy. Miasto wydaje
się być w stanie ciągłej przebudowy i rozwoju. Na całą listę przewodnikowych
hoteli, pod starymi adresami dalej istnieje tylko kilka. Większość z nich
mieści się śmiesznie po prostu na którymś z pięter wysokich budynków. Problemem
jest brak miejsca. Po kilku godzinach poszukiwania udaje mi się znaleźć słownie
tylko jeden hotel, którego podchmielony pracownik zgodził się niemalże z łaską
przyjąć rower. W klimatyzowanej czteroosobowej sypialni o wymiarach przedziału
kolejowego czeka także bardzo miły napis powitalny - lista zakazów i nakazów,
m.in. zakaz jedzenia i picia w pokoju.
Takie ozdobniki znajdują się w całym mieście, dodatkowo podane są wysokie kwoty
kar, jakie grożą za złamanie przepisów. Najczęściej dotyczą one niewłaściwego
parkowania (dotyczy też rowerów) i śmiecenia. Za większe wykroczenia np. za
wybryki chuligańskie wymierzana jest w sposób higieniczny i bezpieczny
(ochraniacze na nerki) kara chłosty. Podobno nawet po jednym uderzeniu nie
można przez co najmniej miesiąc siedzieć. Brzmi niecodziennie, ale trzeba
przyznać, że miasto jest bardzo czyste i bezpieczne. Za posiadanie narkotyków
wymierzana jest bez większego dochodzenia kara śmierci. Obowiązuje także zakaz
sprowadzania gumy do żucia (to od kiedy zaczęły pojawiać się przypadki
zapychania i psucia gumą do żucia drzwi publicznego metra).
Wbrew zapowiedziom nie udaje mi się odczuć w Singapurze atmosfery z filmów
science-fiction. Miasto poza rozmiarami nie różni się wiele od innych stolic
rozwiniętych krajów Azji Południowo-Wschodniej: Bangkoku czy Kuala Lumpur.
Brakuje mi jednak obfitości owoców, do której przyzwyczaiłem się przez ostatni
miesiąc. Nie ma praktycznie sprzedaży ulicznej, a produkty w marketach są
bardzo drogie. Życie toczy się sprawnie w biurowcach i wielkich domach
handlowych. Społeczeństwo złożone w 70% z Chińczyków jest dość młode. Ludzie na
co dzień są dobrze ubrani, spieszą się, ciągle używają telefonów komórkowych.
Nie ma czasu na jakieś serdeczności czy bliższe kontakty z cudzoziemcami. Mam
wrażenie, że wszyscy czują się tutaj trochę jak turyści. Weekendy większość
spędza na plażach pobliskiej małej wyspy Sentosa, na którą można dostać się
kolejką linową.

Największą
chyba atrakcją Singapuru jest ZOO, na którym powinny się wzorować wszystkie
ogrody zoologiczne na świecie. Przede wszystkim nie ma w nim prawie krat, a
zwierzęta mają sporo miejsca dla siebie. Groźne gatunki są odseparowane
zazwyczaj jakimiś naturalnymi przeszkodami. Na terytorium innych można po
prostu wejść, stanąć oko w oko, a nawet dotknąć. ZOO może poszczycić się
gromadą orangutanów - gatunku, któremu na wolności grozi już prawie zagłada.
Tuż obok jest jakby druga część ogrodu - Nocne Safari, gdzie zebrane są gatunki
aktywne w nocy i wtedy też się je ogląda, spacerując lub jeżdżąc specjalną
kolejką z przewodnikiem. Wybiegi podświetlone są specjalnymi lampami
imitującymi światło księżyca. W normalnym ZOO w ciągu dnia takie gatunki śpią,
tutaj można oglądać w pełnej aktywności m.in.: mrówkojady, jeżozwierze, tapiry,
tygrysy itd. Jest też osiatkowany kawałeczek zadrzewionego terenu, gdzie żyją
owocożerne nietoperze (latające lisy) i do którego można wejść. Większość
ludzi, przede wszystkim kobiety, reaguje histerycznie na widok wiszących głową
w dół czarnych smoków, zwłaszcza jeśli zaczną machać swoimi skrzydłami o
rozpiętości ponad metra.

Ja
od razu zapowiadam towarzyszącej mi Trici z Anglii, która podróżuje od roku
sama, że zamierzam nawiązać bliższy kontakt z tymi niesamowitymi stworzeniami o
pyszczkach miniaturowych lisów. Staję w odległości kilkunastu centymetrów od
tyłu nietoperza. Ten wisząc w dół odchyla głowę i wyraźnie zaciekawiony mi się
przypatruje. Następnie zaczynam go głaskać. Po chwili Tricia przełamuje swój
strach i nietoperz zaczyna ją lizać po palcach, a mnie lekko gryzie, abym dał
mu już spokój z głaskaniem po brzuchu. Obok nas ciągle przechodzą lub uciekają
z krzykiem ludzie. Jeden z nich ze sztucznym uśmiechem i zadowoleniem polityka
lub biznesmena ostrzega nas: "One mają w sobie miliony bakterii, ha, ha, ha".
Mówię Trici, że się przecież z nimi nie całuję ani nie uprawiam seksu. Na
szczęście nie wszyscy są tak ograniczeni i niektórzy ludzie widząc nas także
dołączają do zabawy z nietoperzem.

Miejscem
o podobnym charakterze jest też Ptasi Park robiący wrażenie ilością gatunków i
intensywnością kolorów. Mnie najbardziej podoba się kilkanaście odmian tukanów,
które na żywo widzę pierwszy raz w życiu, oraz papugi.

Kolory
i wyszukane formy można też znaleźć w Ogrodzie Orchidei. Singapurczycy
specjalizują się w tworzeniu krzyżówek tych kwiatów i podczas wizyt znanych
osobistości nadają ich imiona nowym odmianom. W mieście jest dużo więcej
ciekawych miejsc. Można do wszystkich sprawnie i szybko dojechać metrem lub
autobusem i wypełnić nimi spokojnie nawet dłuższy niż mój, dziewięciodniowy,
pobyt.
Tuż pod koniec w hotelu pojawia się 50-letni Norweg, który na rowerze
przyjechał do Singapuru z... Norwegii i nie jest to jeszcze koniec jego
pedałowania. Dotychczas zrobił 19 tys. kilometrów.
Ponieważ linie lotnicze rozszerzyły limit bagażu do 25 kilogramów, postanawiam
jeszcze przed wyjazdem po raz pierwszy od pół roku wywołać moje zdjęcia. Mimo,
że Singapur jest najdroższym państwem regionu i ceny np. żywności są dwa razu
większe niż w Polsce, usługi fotograficzne są tańsze i bardzo dobrej jakości.

12
kwietnia 2001 po dniu ostatnich sprawunków i pakowania sprowadzam z trzeciego
piętra na dół pudło z moim rowerem a następnie sakwę. Wiecznie podchmielony
pracownik hotelu, którego głupie teksty ignorowałem od pierwszego dnia pobytu
zaskakuje mnie, pytając czy nie pomóc mi zanieść te rzeczy na postój taksówek.
Jestem w szoku, bo coś takiego w hotelu spotyka mnie po raz pierwszy.
Oczywiście zgadzam się i dziękując za pomoc przy drzwiach taksówki słyszę:
"Pamiętaj Ramos, może z moją głową nie wszystko jest w porządku, ale moje serce
jest dobre."
Po chwili opuszczam miasto i autostradą, której sieć efektywnie oplata wyspę,
mknę w kierunku międzynarodowego lotniska na samolot do Zurichu, aby stamtąd
polecieć już prosto do rodzinnego Krakowa. W ciemnościach nocy delikatnie
świecą pomarańczowe kontrolki taksówki. Moja wyprawa dobiegła końca.
Krzysiek
poleć stronę znajomym