Do Rzymu przybywam autokarem o godz. 13-tej w poniedziałek 9 października
2000, wraz z kilkudziesięcioosobową grupa Polaków przyjeżdżających tutaj do
pracy, głównie kobiet w średnim wieku.
Złożenie roweru i spakowanie bagażu zajmuje mi prawie 2 godziny. To, że
wszystkie potrzebne na półroczną wyprawę rzeczy udaje mi się zmieścić (o dziwo
bez problemu) do dwóch sakw (+namiot i śpiwór na wierzch tylniej sakwy),
wiedziałem już przed wyjazdem. Zaskakuje mnie jednak ciężar tego wszystkiego.
Rower chyba przytył 3 razy, a kierownica jest tak ciężka, że zdaje mi się,
jakbym kierował wielkim TIRem.

Słońce
przypieka zza chmur, ale nie jest bardzo gorąco. Robiąc wcześniej pamiątkowe
zdjęcie na starcie, ruszam ostrożnie i powoli na zwiedzanie założonego 2753
lata temu miasta. Aby nie spędzić tutaj całego czasu przeznaczonego na wyprawę
wyznaczam sobie tylko 3 główne cele: plac św. Piotra, plac Campo di Fiori,
Koloseum i... zrobienie małych zakupów żywieniowo-gospodarczych.

Dysponując
tylko poglądowym planem miasta dopiero po 2 godzinach kluczenia docieram na
Piazzo San Pietro - w telewizji robi wrażenie ogromnego... Słońce zaczyna już
zachodzić, więc chciałbym jak najszybciej zobaczyć resztę i wyjechać za miasto
w poszukiwaniu noclegu, nim zrobi się całkiem ciemno. Jak zwykle w takich
sytuacjach rozwiązanie znajduje się samo, w postaci starszego Włocha na
rowerze, który jedzie w tamta stronę i może pokazać mi drogę (ja go o nic nie
pytałem, sam podjechał na skrzyżowaniu). Częstuje mnie sokiem ananasowym i w 5
minut docieramy do Koloseum - ma wprawę w szybkim poruszaniu się wśród
strumienia motorowerów, samochodów i sygnalizacji ulicznej.
Po drodze odwiedzamy Campo di Fiori, gdzie zginął Giordano Bruno i wykopaliska
Foro Romano. Sympatyczny Włoch udziela mi porad co do noclegu w Wiecznym
Mieście, ja jednak pokazuję na namiot i wyjeżdżam z miasta drogą w stronę Morza
Śródziemnego.
Krzysiek
poleć stronę znajomym