rowerem
przez trzy
kontynenty,
2000/01
opowiadania/index.shtmlOPOWIADANIA
ZapiskiZapiski
żyjąc w: Szwajcaria i Europażyjąc w: Szwajcaria i Europa
camino de Santiagocamino de Santiago
Krzysztof Rozmus 
żyjący na ziemi 
Wyprawa rowerem przez 3 kontynenty
 
WYPRAWA ROWEREM PRZEZ 3 KONTYNENTY, 2000/01
Relacje
Europa: Na starcie RzymDroga zachodnim wybrzeżemNeapol PompejeDo portu w BariGrecja Turcja
Bliski Wschód: Na granicy syryjskiejSyria Jordania - część północnaIzraelJerozolima Jordania - górySynaj
Afryka: Egipt - część afrykańska UgandaKenia
Azja: NepalIndieIndie c.d.TajlandiaMalezjaSingapur


Rowerem przez 3 kontynenty: Nepal
01-16.02.2001

Z Nairobi do Kathmandu lecę liniami Gulf Air z przesiadkami w Abu Dhabi i Bahrajnie. Cała podróż, łącznie z 7-godzinnym nocnym oczekiwaniem ma trwać ponad dobę.

Manama, BahrainZastanawiam się, jak to wszystko przetrwam, tymczasem nieoczekiwanie w Bahrajnie dostaję na koszt linii lotniczych miejsce w hotelu. I to nie w jakiejś głośnej przybudówce na lotnisku, ale w normalnym trzygwiazdkowym hotelu w centrum Manamy, z bezpłatnym transportem w dwie strony i śniadaniem. Rano udaje mi się zrobić kilka zdjęć. Nowoczesna architektura, supermarkety, wszystko świeże i sprawne - oto bogate oblicze świata arabskiego.

W ostatnim samolocie dostaję bardzo dobre miejsce przy oknie po lewej stronie. Najpierw mogę podziwiać Zatokę Perską, potem Pakistan i Indie. Wszystkie góry po drodze odróżniam bardziej po kolorze niż po wysokości. Tymczasem Himalaje wyrastają prawie na wysokość lotu samolotu - wspaniale widać cały łańcuch najwyższych gór świata. Dolina Kathmandu robi wrażenie malutkiej, zagubionej Himalaje, Nepalgórskiej osady z charakterystycznymi żółto-zielonymi uprawami schodkowymi. Część Nepalczyków już w samolocie siedzi ubrana w czapki i kurtki. Twarze podobne trochę do Eskimosów, więc zastanawiam się, czy przypadkiem nie wylądowaliśmy gdzieś na Grenlandii i na zewnątrz jest minus 45 stopni. Ale nie. W dzień pogoda jest bardzo przyjemna, tylko wieczorem, w nocy i nad ranem jest dość zimno. Temperatura spada w okolice zera, w nieogrzewanym pokoju trzeba siedzieć w kurtce, a i tak ręce marzną.

W stolicy Nepalu, po Afryce, wreszcie oddycham z ulga. Nikt nie czyha na życie i mienie, nie ma malarii. Można spokojnie wyjść nawet w Kathmandu, Nepalśrodku nocy na wąskie, przyozdobione kolorowymi, papierowymi lampionami ulice, i spotkać mnóstwo turystów. Dookoła restauracje z kuchniami niemal całego świata, księgarnie z obfitością tytułów (najwięcej książek górskich, używanych przewodników i książek o filozofiach i religiach Wschodu), tanie kawiarenki internetowe, sklepy ze sprzętem turystycznym, sprzedawcy pamiątek, ubrań, owoców i marihuany, żebracy, mnóstwo sklepów z biżuterią i kamieniami szlachetnymi (średnio spędzam w nich dziennie pół godziny na oglądaniu). Wszystko w rytm spokojnej, kontemplacyjnej tybetańskiej muzyki i przy zapachu kadzidełek. Gdzieniegdzie grupy karateków w białych kimonach lub ubranych na pomarańczowo-wiśniowo mnichów buddyjskich.

Na starym mieście pełno świątynek hinduistycznych i buddyjskich stup z charakterystycznymi wymalowanymi oczami Buddy. Wydawałoby się, że hinduizm to taka mitologia przeszłości. Tymczasem kult trwa, ludzie składają ofiary, kwiaty, pala się świeczki i kadzidełka, po ulicach chodzą święte krowy. A w domu w samym centrum mieszka żywa bogini Kumari Devi i najbardziej "przydaje się" Mugling, NepalNepalczykom podczas świąt i innych uroczystości. Ktoś mógłby szyderczo zapytać, skąd się tam wzięła ? Otóż bogini wybierana jest spośród nepalskich dziewczynek. Fałszywe kandydatki odsiewane są przez sito różnych testów i prób (m.in. próba strachu). Niestety wraz z pierwszymi objawami dojrzałości seksualnej lub większym upływem krwi bogini przestaje być boginią i musi powrócić na łono społeczeństwa jako zwykła śmiertelniczka. Może założyć rodzinę, ale podobno pechowo jest się z nią ożenić. A może po prostu ex-boginie są zepsute luksusem i zbyt rozpieszczone, aby być dobrymi żonami :-) ?

W Kathmandu wbrew swojej woli spędzam aż 12 dni. Wszystko przez jakieś poważne zatrucie pokarmowe, prawdopodobnie wywołane sprowadzanym z północnych Indii mięsem wołu. Zmusza mnie to do zrezygnowania z odwiedzenia Pokhary i zrobienia krótkiej wycieczki górskiej, bo moja wiza do Indii traci ważność za dwa tygodnie. Po upewnieniu się w indyjskiej ambasadzie, że można ją wydłużyć o następne dwa, powoli ruszam w stronę granicy. Nie tak łatwo się zebrać po dłuższej przerwie, poza tym z tej bezczynności dopada mnie samotność (właśnie minął czwarty miesiąc na trasie !). Po drodze nie mam już takich kłopotów z żołądkiem, ale jedzenie w Nepalu nie jest zbyt dobre. Powiedziałbym, że jest tanie w obu znaczeniach tego przymiotnika. Myślę nawet, że ostre przyprawy są tu dodawane głównie po to, aby ryż z wywarem z trawy, patyków i kamieni ;-) miał w ogóle jakiś smak...

dolina Kathmandu, NepalNawierzchnia na trasie jest bardzo dobra (chyba najlepsza, po jakiej jeździłem od początku wyprawy) i droga, z dwoma wyjątkami, cały czas po sinusoidzie idzie w dół. Szkoda tylko, ze powietrze jest tak bardzo zanieczyszczone. Nad doliną Kathmandu nieustannie wisi smog, a i do samej równiny Terai na południu kraju czuję pył na zębach. Za to krajobrazy są niesamowite i przywodzą na myśl Chiny. Jadę głębokimi dolinami rzek, po obu stronach bardzo wysokie zalesione szczyty spinane słynnymi wiszącymi mostami. Przy drodze skromne nepalskie chatki i bananowce (tak!) oraz studzienki, przy których cały czas ludzie zażywają publicznej chińskie krajobrazy, Nepalkąpieli (odziani w kawałki materiału) lub robią pranie. Co chwila mijam grupy ludzi obładowanych od stóp do głów liśćmi i drewnem na opał. A na południu, gdzie w parkach narodowych żyją tygrysy, jestem entuzjastycznie witany przez nepalskie nastolatki. Mogę im się odwzajemnić pisząc, że wraz z Turczynkami są jedynymi dziewczynami na całej trasie, o których mogę powiedzieć, że są ładne i pociągające. Choć oczywiście i tak wszyscy wiedzą, że najwięcej witaminy ... ;-)

Dwie spośród czterech nocy na nepalskiej trasie spędzam znowu na dziko w swoim nadgryzionym, chyba jeszcze przez jakiegoś afrykańskiego termita, namiocie. Nad ranem przy rzece zmarznięci i nieśmiali tubylcy ze szczoteczkami do zębów w ustach wylegają, by wielkie pranie, Nepalzobaczyć rowerowego przybysza z dalekiego kraju. Wszyscy grzecznie się kłaniają ze złożonymi przed sobą rękami, ale wcale nie zamierzają sobie pójść. Znajomość angielskiego jest znikoma, więc przez godzinę trwa bezpłatny, niemy, amatorski teatr jednego aktora. Mimo to fajnie jest się obudzić ze wschodem słońca na brzegu rzeki pod wiszącym mostem i pomyśleć "Jestem w Nepalu".





Krzysiek
poleć stronę znajomym