Z Nairobi do Kathmandu lecę liniami Gulf Air z przesiadkami w Abu Dhabi i
Bahrajnie. Cała podróż, łącznie z 7-godzinnym nocnym oczekiwaniem ma trwać
ponad dobę.

Zastanawiam
się, jak to wszystko przetrwam, tymczasem nieoczekiwanie w Bahrajnie dostaję na
koszt linii lotniczych miejsce w hotelu. I to nie w jakiejś głośnej przybudówce
na lotnisku, ale w normalnym trzygwiazdkowym hotelu w centrum Manamy, z
bezpłatnym transportem w dwie strony i śniadaniem. Rano udaje mi się zrobić
kilka zdjęć. Nowoczesna architektura, supermarkety, wszystko świeże i sprawne -
oto bogate oblicze świata arabskiego.
W ostatnim samolocie dostaję bardzo dobre miejsce przy oknie po lewej stronie.
Najpierw mogę podziwiać Zatokę Perską, potem Pakistan i Indie. Wszystkie góry
po drodze odróżniam bardziej po kolorze niż po wysokości. Tymczasem Himalaje
wyrastają prawie na wysokość lotu samolotu - wspaniale widać cały łańcuch
najwyższych gór świata. Dolina Kathmandu robi wrażenie malutkiej, zagubionej

górskiej
osady z charakterystycznymi żółto-zielonymi uprawami schodkowymi. Część
Nepalczyków już w samolocie siedzi ubrana w czapki i kurtki. Twarze podobne
trochę do Eskimosów, więc zastanawiam się, czy przypadkiem nie wylądowaliśmy
gdzieś na Grenlandii i na zewnątrz jest minus 45 stopni. Ale nie. W dzień
pogoda jest bardzo przyjemna, tylko wieczorem, w nocy i nad ranem jest dość
zimno. Temperatura spada w okolice zera, w nieogrzewanym pokoju trzeba siedzieć
w kurtce, a i tak ręce marzną.
W stolicy Nepalu, po Afryce, wreszcie oddycham z ulga. Nikt nie czyha na życie
i mienie, nie ma malarii. Można spokojnie wyjść nawet w

środku
nocy na wąskie, przyozdobione kolorowymi, papierowymi lampionami ulice, i
spotkać mnóstwo turystów. Dookoła restauracje z kuchniami niemal całego świata,
księgarnie z obfitością tytułów (najwięcej książek górskich, używanych
przewodników i książek o filozofiach i religiach Wschodu), tanie kawiarenki
internetowe, sklepy ze sprzętem turystycznym, sprzedawcy pamiątek, ubrań,
owoców i marihuany, żebracy, mnóstwo sklepów z biżuterią i kamieniami
szlachetnymi (średnio spędzam w nich dziennie pół godziny na oglądaniu).
Wszystko w rytm spokojnej, kontemplacyjnej tybetańskiej muzyki i przy zapachu
kadzidełek. Gdzieniegdzie grupy karateków w białych kimonach lub ubranych na
pomarańczowo-wiśniowo mnichów buddyjskich.
Na starym mieście pełno świątynek hinduistycznych i buddyjskich stup z
charakterystycznymi wymalowanymi oczami Buddy. Wydawałoby się, że hinduizm to
taka mitologia przeszłości. Tymczasem kult trwa, ludzie składają ofiary,
kwiaty, pala się świeczki i kadzidełka, po ulicach chodzą święte krowy. A w
domu w samym centrum mieszka żywa bogini
Kumari Devi i najbardziej
"przydaje się"

Nepalczykom
podczas świąt i innych uroczystości. Ktoś mógłby szyderczo zapytać, skąd się
tam wzięła ? Otóż bogini wybierana jest spośród nepalskich dziewczynek.
Fałszywe kandydatki odsiewane są przez sito różnych testów i prób (m.in. próba
strachu). Niestety wraz z pierwszymi objawami dojrzałości seksualnej lub
większym upływem krwi bogini przestaje być boginią i musi powrócić na łono
społeczeństwa jako zwykła śmiertelniczka. Może założyć rodzinę, ale podobno
pechowo jest się z nią ożenić. A może po prostu ex-boginie są zepsute luksusem
i zbyt rozpieszczone, aby być dobrymi żonami :-) ?
W Kathmandu wbrew swojej woli spędzam aż 12 dni. Wszystko przez jakieś poważne
zatrucie pokarmowe, prawdopodobnie wywołane sprowadzanym z północnych Indii
mięsem wołu. Zmusza mnie to do zrezygnowania z odwiedzenia Pokhary i zrobienia
krótkiej wycieczki górskiej, bo moja wiza do Indii traci ważność za dwa
tygodnie. Po upewnieniu się w indyjskiej ambasadzie, że można ją wydłużyć o
następne dwa, powoli ruszam w stronę granicy. Nie tak łatwo się zebrać po
dłuższej przerwie, poza tym z tej bezczynności dopada mnie samotność (właśnie
minął czwarty miesiąc na trasie !). Po drodze nie mam już takich kłopotów z
żołądkiem, ale jedzenie w Nepalu nie jest zbyt dobre. Powiedziałbym, że jest
tanie w obu znaczeniach tego przymiotnika. Myślę nawet, że ostre przyprawy są
tu dodawane głównie po to, aby ryż z wywarem z trawy, patyków i kamieni ;-)
miał w ogóle jakiś smak...

Nawierzchnia
na trasie jest bardzo dobra (chyba najlepsza, po jakiej jeździłem od początku
wyprawy) i droga, z dwoma wyjątkami, cały czas po sinusoidzie idzie w dół.
Szkoda tylko, ze powietrze jest tak bardzo zanieczyszczone. Nad doliną
Kathmandu nieustannie wisi smog, a i do samej równiny Terai na południu kraju
czuję pył na zębach. Za to krajobrazy są niesamowite i przywodzą na myśl Chiny.
Jadę głębokimi dolinami rzek, po obu stronach bardzo wysokie zalesione szczyty
spinane słynnymi wiszącymi mostami. Przy drodze skromne nepalskie chatki i
bananowce (tak!) oraz studzienki, przy których cały czas ludzie zażywają
publicznej

kąpieli
(odziani w kawałki materiału) lub robią pranie. Co chwila mijam grupy ludzi
obładowanych od stóp do głów liśćmi i drewnem na opał. A na południu, gdzie w
parkach narodowych żyją tygrysy, jestem entuzjastycznie witany przez nepalskie
nastolatki. Mogę im się odwzajemnić pisząc, że wraz z Turczynkami są jedynymi
dziewczynami na całej trasie, o których mogę powiedzieć, że są ładne i
pociągające. Choć oczywiście i tak wszyscy wiedzą, że najwięcej witaminy ...
;-)
Dwie spośród czterech nocy na nepalskiej trasie spędzam znowu na dziko w swoim
nadgryzionym, chyba jeszcze przez jakiegoś afrykańskiego termita, namiocie. Nad
ranem przy rzece zmarznięci i nieśmiali tubylcy ze szczoteczkami do zębów w
ustach wylegają, by

zobaczyć
rowerowego przybysza z dalekiego kraju. Wszyscy grzecznie się kłaniają ze
złożonymi przed sobą rękami, ale wcale nie zamierzają sobie pójść. Znajomość
angielskiego jest znikoma, więc przez godzinę trwa bezpłatny, niemy, amatorski
teatr jednego aktora. Mimo to fajnie jest się obudzić ze wschodem słońca na
brzegu rzeki pod wiszącym mostem i pomyśleć "Jestem w Nepalu".
Krzysiek
poleć stronę znajomym