Pod koniec dnia, gdy przedzieram się przez ostatnie pasmo gór, dzielące mnie
od wybrzeża, niespodziewanie drogę zajeżdża mi ciężarówka.

Kierowca,
widocznie ze współczucia, sam od siebie pyta, czy mnie gdzieś nie podwieźć.
Ponieważ tego dnia limit 80 km wykonałem już o godz. 13, nie mam nic przeciwko
temu, zwłaszcza ze nieczęsto zdarzają się takie niespodziewane propozycje.
Dobrą chwilę zajmuje nam wciąganie roweru na pakę na wysokość 5 m przy pomocy
liny. W kabinie okazuje się, że kierowca jedzie dalej na wschód. Postanowiłem
to wykorzystać i zupełnie nieplanowo zobaczyć źródła rzeki Eufrat, o czym
zawsze marzyłem, ale ograniczenia czasowo-wizowo-dewizowe nie pozwalały na aż
takie rozszerzenie trasy w Turcji.

W
tej chwili, po dwóch dniach jazdy rowerem na zachód, jestem 7 km od granicy
syryjskiej w tureckim mieście Kilis. Jeśli wszystko pójdzie dobrze (tzn. nie
zorientują się, ze jestem agentem Mosadu ;-)) to przez jakiś tydzień-dwa będę
odcięty od Internetu, gdyż dostęp do sieci jest w Syrii nielegalny (reżim).
Klimat jest tutaj cieplejszy, tak, że od dwóch dni noce spędzam w namiocie na
polach lub w sadach. Do snu przygotowuję się o 17, a wstaję ze wschodem słońca
o 6.
Krzysiek
poleć stronę znajomym