rowerem
przez trzy
kontynenty,
2000/01
opowiadania/index.shtmlOPOWIADANIA
ZapiskiZapiski
żyjąc w: Szwajcaria i Europażyjąc w: Szwajcaria i Europa
camino de Santiagocamino de Santiago
Krzysztof Rozmus 
żyjący na ziemi 
Wyprawa rowerem przez 3 kontynenty
 
WYPRAWA ROWEREM PRZEZ 3 KONTYNENTY, 2000/01
Relacje
Europa: Na starcie RzymDroga zachodnim wybrzeżemNeapol PompejeDo portu w BariGrecja Turcja
Bliski Wschód: Na granicy syryjskiejSyria Jordania - część północnaIzraelJerozolima Jordania - górySynaj
Afryka: Egipt - część afrykańska UgandaKenia
Azja: NepalIndieIndie c.d.TajlandiaMalezjaSingapur


Rowerem przez 3 kontynenty: Malezja
23.03-04.04.2001

Do Malezji wjeżdżam przez malutkie ukryte w niewysokich górach przejście graniczne. Zaraz później z wierzchołka mogę podziwiać panoramę Malezji:

Deser ABC, Malezjapłaskie prawie całkiem zielone pola, gdzieniegdzie pojedyncze pagórki, wszystko spowite gęstymi chmurami, z których nieustannie pada deszcz. Zmiana w porównaniu z Tajlandią w zasadzie nie duża, może trochę monotonniej. Natomiast bardzo wyraźna jest różnica w sposobie bycia ludzi. Dosłownie na kilku metrach zniknął gdzieś entuzjazm powitań a zastąpił go bardzo życzliwy dystans. To na pewno za sprawą religii muzułmańskiej, którą wyznają Malajowie stanowiący połowę mieszkańców półwyspu. Po drodze spotykam nowo wybudowane meczety i minarety, podobnie jak na Bliskim Wschodzie, tyle, że tutaj na piątkowe modły ludzie przyjeżdżają wysokiej klasy samochodami. Na przestrzeganie reguł islamu władze kładą bardzo duży nacisk. Rygoryzm posuwa się nawet do zmuszania 7-letnich dziewczynek do noszenia strojów ściśle zakrywających całe ciało i włosy. W kraju tropikalnym gdzie temperatura nie spada poniżej 30 stopni C jest to bardzo praktyczne... Pomijam fakt jakie to generuje w nich odczucia na temat własnego ciała, zwłaszcza, że ich szkolne rówieśniczki Chinki czy Hinduski chodzą na co dzień w normalnych spódniczkach. Wiele starszych Malajek ma dużą nadwagę i jest trochę zaniedbanych, ale w zasadzie w takich warunkach nie ma się chyba po co starać.

Autostopem, MalezjaDroga na południe nie jest najlepszej jakości (pewnie dlatego, że oprócz niej biegnie też w tym kierunku autostrada), często bez pobocza i zatłoczona samochodami. Okolice są bardzo zurbanizowane. Co chwilę przejeżdżam przez jakieś miasteczka i większe miasta, w których zawsze jest dużo hoteli i potężne domy towarowe (bardzo dużo sprzętu audio i video). Pomijając padające codziennie deszcze jazda nie przedstawia żadnych większych trudności z tym, że jest po prostu bardzo nudna.

Tropikalne motyle, Cameroon Highlands, MalezjaMoje pedałowanie w Malezji doprowadza mnie po kilku dniach na wyspę Penang, która połączona jest z lądem najdłuższym w Azji Południowo-Wschodniej mostem o długości 13 km. Nie można po nim jeździć rowerem, bo stanowi część autostrady, ale ja nie daję się odesłać na prom i po chwili jadę zapakowany w vana wraz z ludźmi z obsługi mostu. W głównym mieście na wyspie, Georgetown, znajduje się dużo zabytków architektury m.in. stare kościoły i świątynie: chrześcijańskie, hinduskie (z Indii Południowych) oraz chińskie. Te ostatnie są bardzo kolorowe i oryginalnie zdobione pudełeczkami, lusterkami i smokami. W zasadzie możliwość kontaktu z chińską kulturą jest jedną z niewielu atrakcji, które znajduję w Malezji. Chińczycy, którzy stanowią 43% mieszkańców, są weseli i otwarci i to do nich należy większość tanich hoteli.

Żaby liściaste, Cameroon Highlands, MalezjaGdyby nie deszcze można by ewentualnie jeszcze korzystać z tutejszych plaż, ale przy tej pogodzie postanawiam wykorzystać okazję jaką jest obecność w Georgetown konsulatu indonezyjskiego i zorientować się co do warunków otrzymania wizy. Od Sumatry, gdzie żyją w dżungli orangutany i gdzie znajduje się, ponoć przepiękne, wulkaniczne jezioro Toba dzieli mnie zaledwie kilka godzin szybkiego rejsu. Zakładam, że jeśli zdobycie wizy nie będzie wiązać się z większymi problemami to rozszerzę nadplanowo swoją wyprawę przynajmniej o kilka dni. W konsulacie okazuje się, że aby kupić wizę do tego jednego z najtańszych krajów świata należy dodatkowo wylegitymować się posiadaniem $2000 w czekach podróżnych (podczas gdy większość narodów europejskich w ogóle nie potrzebuje wiz). Nie licząc straty, którą poniosę przy nabywaniu i potem sprzedawaniu niepotrzebnej ilości czeków jest to jeszcze w zasięgu moich możliwości, ale denerwuje mnie idiotyzm tego przepisu, który blokuje wjazd do tego kraju pewnej liczbie osób, które takiej gotówki nie posiadają. W Indonezji można spokojnie przeżyć dzień za $5, a każdy zagraniczny turysta może tylko ten biedny kraj wzbogacić. Do tej pory przy każdym takim problemie w zasadzie nigdy nie zastanawiałem się dłużej nad pytaniami "dlaczego" i "po co" tylko brałem się szybko do jego rozwiązania nie zważając na pieniądze. Tutaj w przypadku kraju, który nie był włączony do mojej trasy od początku mam po prostu zbyt mało energii by walczyć z kolejnym stresem i być może podobnymi problemami już po przekroczeniu granicy. Poza tym mam już trochę dość przeżywania wspaniałych rzeczy w pojedynkę.

Plantacja herbaty, Cameroon Highlands, MalezjaOstatecznie decyduję przyspieszyć i zdążyć na święta wielkanocne do domu. W tym celu korzystając z uprzejmości kierowców chińskich i hinduskich w pół dnia przedostaję się autostopem w wyższe góry Cameroon Highlands. Na miejscu klimat jest przyjemnie chłodniejszy. Można tu podziwiać zielone dywany upraw herbaty oraz tropikalne motyle i inną faunę np.: żaby liściaste, owłosione pająki, skorpiony, olbrzymie żuki czy wije zgromadzone na specjalnej farmie. Poza tym jest jak w całej Malezji niedroga i bardzo dobra malajska kuchnia (jest w sam raz ostra). Z reguły restauracyjki funkcjonują na zasadzie szwedzkiego stołu i bez problemu można najeść się do syta. Szczególnie przypada mi do gustu sałatka z narybku oraz dania z owoców morza. Najdziwniejszym daniem w Malezji jest deser zwany celung (a w innej odmianie ABC). Przyrządza się go kładąc na dno miseczki najpierw trochę gotowanej kukurydzy i fasolki. Na to daje się górę zwykłego, ale struganego lodu i nasącza się go kilkoma obrzydliwie słodkimi sokami. Na wierzch kładzie się troszkę czegoś co przypomina farbowany na zielono makaron. Smacznego.

Najwyższy biurowiec świata, Kuala Lumpur, MalezjaZ gór początkowo zjeżdżam w dół 60 km (to lubię) i w prawie dwa dni dojeżdżam do stolicy Malezji Kuala Lumpur, gdzie największą atrakcją jest najwyższy budynek świata - dwie połączone ze sobą srebrne olbrzymie wierze. Oprócz nich miasto naszpikowane jest całą masą innych bardzo wysokich gmachów. W KL spędzam tylko pół dnia, bo spieszę się do Singapuru, aby zdążyć kupić bilet lotniczy do Polski jeszcze przed świętami (jak się oczywiście okaże całkiem niepotrzebnie, ale pewnych rzeczy trzeba się uczyć kilka razy). W dwa dni dojeżdżam do Melaki. Po drodze mam okazję zobaczyć chiński cmentarz, gdzie nagrobki ozdobione są widoczkami przyrody a gdzieniegdzie leżą ofiary pokarmowe dla zmarłych oraz w innym miejscu chiński kościół katolicki. Gdzieś na trasie gubię także zalaminowaną mapę z oznaczoną trasą mojej podróży, którą przez cały czas miałem przymocowaną z tyłu roweru i która była jakby moją wizytówką w świecie. Z każdym obrotem kół wielka wyprawa zbliża się do końca.

Chiński cmentarz, MalezjaMelaka jest niedużym, ale bardzo przestrzennym miastem i ma wspaniałą bazę hotelową. To ostatnie jest ważne, bo dwa razy zdarzyło mi się w Malezji być pogryzionym w nocy przez jakieś łóżkowe insekty i chyba muszę nazwać to największym rozczarowaniem i zdziwieniem tej wyprawy. Wiem, że takie wypadki zdarzały się też turystom w Tajlandii i Singapurze, a byłyby to ostatnie kraje, w których bym się tego spodziewał. W Melace przy nadbrzeżu stoi replika starego holenderskiego okrętu - znak dawnych kolonialnych czasów, podobnie jak 150-letnia tablica upamiętniająca wizytę angielskiego zarządcy Indii u jego holenderskiego odpowiednika na Półwyspie Malajskim.

Muzułmańskie reguły ubioru w tropikalnym kraju, MalezjaPoczęstunek w chińskiej restauracji, Johor Bahru, MalezjaNazajutrz dojeżdżam 20 km do autostrady i łapię stopa do Johor Bahru, miasta na granicy z Singapurem. Młody Chińczyk zajmujący się handlem sprzętem nagłośnieniowym jest na tyle miły, że oprócz darmowego podwiezienia zaprasza mnie na wspólny obiad z jego przyjaciółmi. Szczerze mówiąc z początku jestem trochę podejrzliwy i nie chcę ryzykować niczego już na samym końcu wyprawy. Widzę po sobie, że wewnętrznie przygotowuję się już do powrotu. Ostatecznie przyjmuję zaproszenie. Przy stole oprócz konsumpcji bardzo dobrej zupy, kaczki, ryżu i serka tofu zabawiamy się zawiłościami naszych ojczystych języków. Dla nich polski brzmi mniej więcej tak jak dla mnie chińszczyzna. Jest to dobra okazja do nauczenia się kilku słów w obcym języku. Mogę się na przykład dowiedzieć, że "ło sjan ni" znaczy "tęsknię za tobą".

Krzysiek
poleć stronę znajomym