Do Malezji wjeżdżam przez malutkie ukryte w niewysokich górach przejście
graniczne. Zaraz później z wierzchołka mogę podziwiać panoramę Malezji:

płaskie
prawie całkiem zielone pola, gdzieniegdzie pojedyncze pagórki, wszystko spowite
gęstymi chmurami, z których nieustannie pada deszcz. Zmiana w porównaniu z
Tajlandią w zasadzie nie duża, może trochę monotonniej. Natomiast bardzo
wyraźna jest różnica w sposobie bycia ludzi. Dosłownie na kilku metrach zniknął
gdzieś entuzjazm powitań a zastąpił go bardzo życzliwy dystans. To na pewno za
sprawą religii muzułmańskiej, którą wyznają Malajowie stanowiący połowę
mieszkańców półwyspu. Po drodze spotykam nowo wybudowane meczety i minarety,
podobnie jak na Bliskim Wschodzie, tyle, że tutaj na piątkowe modły ludzie
przyjeżdżają wysokiej klasy samochodami. Na przestrzeganie reguł islamu władze
kładą bardzo duży nacisk. Rygoryzm posuwa się nawet do zmuszania 7-letnich
dziewczynek do noszenia strojów ściśle zakrywających całe ciało i włosy. W
kraju tropikalnym gdzie temperatura nie spada poniżej 30 stopni C jest to
bardzo praktyczne... Pomijam fakt jakie to generuje w nich odczucia na temat
własnego ciała, zwłaszcza, że ich szkolne rówieśniczki Chinki czy Hinduski
chodzą na co dzień w normalnych spódniczkach. Wiele starszych Malajek ma dużą
nadwagę i jest trochę zaniedbanych, ale w zasadzie w takich warunkach nie ma
się chyba po co starać.

Droga
na południe nie jest najlepszej jakości (pewnie dlatego, że oprócz niej biegnie
też w tym kierunku autostrada), często bez pobocza i zatłoczona samochodami.
Okolice są bardzo zurbanizowane. Co chwilę przejeżdżam przez jakieś miasteczka
i większe miasta, w których zawsze jest dużo hoteli i potężne domy towarowe
(bardzo dużo sprzętu audio i video). Pomijając padające codziennie deszcze
jazda nie przedstawia żadnych większych trudności z tym, że jest po prostu
bardzo nudna.

Moje
pedałowanie w Malezji doprowadza mnie po kilku dniach na wyspę Penang, która
połączona jest z lądem najdłuższym w Azji Południowo-Wschodniej mostem o
długości 13 km. Nie można po nim jeździć rowerem, bo stanowi część autostrady,
ale ja nie daję się odesłać na prom i po chwili jadę zapakowany w vana wraz z
ludźmi z obsługi mostu. W głównym mieście na wyspie, Georgetown, znajduje się
dużo zabytków architektury m.in. stare kościoły i świątynie: chrześcijańskie,
hinduskie (z Indii Południowych) oraz chińskie. Te ostatnie są bardzo kolorowe
i oryginalnie zdobione pudełeczkami, lusterkami i smokami. W zasadzie możliwość
kontaktu z chińską kulturą jest jedną z niewielu atrakcji, które znajduję w
Malezji. Chińczycy, którzy stanowią 43% mieszkańców, są weseli i otwarci i to
do nich należy większość tanich hoteli.

Gdyby
nie deszcze można by ewentualnie jeszcze korzystać z tutejszych plaż, ale przy
tej pogodzie postanawiam wykorzystać okazję jaką jest obecność w Georgetown
konsulatu indonezyjskiego i zorientować się co do warunków otrzymania wizy. Od
Sumatry, gdzie żyją w dżungli orangutany i gdzie znajduje się, ponoć
przepiękne, wulkaniczne jezioro Toba dzieli mnie zaledwie kilka godzin
szybkiego rejsu. Zakładam, że jeśli zdobycie wizy nie będzie wiązać się z
większymi problemami to rozszerzę nadplanowo swoją wyprawę przynajmniej o kilka
dni. W konsulacie okazuje się, że aby kupić wizę do tego jednego z najtańszych
krajów świata należy dodatkowo wylegitymować się posiadaniem $2000 w czekach
podróżnych (podczas gdy większość narodów europejskich w ogóle nie potrzebuje
wiz). Nie licząc straty, którą poniosę przy nabywaniu i potem sprzedawaniu
niepotrzebnej ilości czeków jest to jeszcze w zasięgu moich możliwości, ale
denerwuje mnie idiotyzm tego przepisu, który blokuje wjazd do tego kraju pewnej
liczbie osób, które takiej gotówki nie posiadają. W Indonezji można spokojnie
przeżyć dzień za $5, a każdy zagraniczny turysta może tylko ten biedny kraj
wzbogacić. Do tej pory przy każdym takim problemie w zasadzie nigdy nie
zastanawiałem się dłużej nad pytaniami "dlaczego" i "po co" tylko brałem się
szybko do jego rozwiązania nie zważając na pieniądze. Tutaj w przypadku kraju,
który nie był włączony do mojej trasy od początku mam po prostu zbyt mało
energii by walczyć z kolejnym stresem i być może podobnymi problemami już po
przekroczeniu granicy. Poza tym mam już trochę dość przeżywania wspaniałych
rzeczy w pojedynkę.

Ostatecznie
decyduję przyspieszyć i zdążyć na święta wielkanocne do domu. W tym celu
korzystając z uprzejmości kierowców chińskich i hinduskich w pół dnia
przedostaję się autostopem w wyższe góry Cameroon Highlands. Na miejscu klimat
jest przyjemnie chłodniejszy. Można tu podziwiać zielone dywany upraw herbaty
oraz tropikalne motyle i inną faunę np.: żaby liściaste, owłosione pająki,
skorpiony, olbrzymie żuki czy wije zgromadzone na specjalnej farmie. Poza tym
jest jak w całej Malezji niedroga i bardzo dobra malajska kuchnia (jest w sam
raz ostra). Z reguły restauracyjki funkcjonują na zasadzie szwedzkiego stołu i
bez problemu można najeść się do syta. Szczególnie przypada mi do gustu sałatka
z narybku oraz dania z owoców morza. Najdziwniejszym daniem w Malezji jest
deser zwany celung (a w innej odmianie ABC). Przyrządza się go kładąc na dno
miseczki najpierw trochę gotowanej kukurydzy i fasolki. Na to daje się górę
zwykłego, ale struganego lodu i nasącza się go kilkoma obrzydliwie słodkimi
sokami. Na wierzch kładzie się troszkę czegoś co przypomina farbowany na
zielono makaron. Smacznego.

Z
gór początkowo zjeżdżam w dół 60 km (to lubię) i w prawie dwa dni dojeżdżam do
stolicy Malezji Kuala Lumpur, gdzie największą atrakcją jest najwyższy budynek
świata - dwie połączone ze sobą srebrne olbrzymie wierze. Oprócz nich miasto
naszpikowane jest całą masą innych bardzo wysokich gmachów. W KL spędzam tylko
pół dnia, bo spieszę się do Singapuru, aby zdążyć kupić bilet lotniczy do
Polski jeszcze przed świętami (jak się oczywiście okaże całkiem niepotrzebnie,
ale pewnych rzeczy trzeba się uczyć kilka razy). W dwa dni dojeżdżam do Melaki.
Po drodze mam okazję zobaczyć chiński cmentarz, gdzie nagrobki ozdobione są
widoczkami przyrody a gdzieniegdzie leżą ofiary pokarmowe dla zmarłych oraz w
innym miejscu chiński kościół katolicki. Gdzieś na trasie gubię także
zalaminowaną mapę z oznaczoną trasą mojej podróży, którą przez cały czas miałem
przymocowaną z tyłu roweru i która była jakby moją wizytówką w świecie. Z
każdym obrotem kół wielka wyprawa zbliża się do końca.

Melaka
jest niedużym, ale bardzo przestrzennym miastem i ma wspaniałą bazę hotelową.
To ostatnie jest ważne, bo dwa razy zdarzyło mi się w Malezji być pogryzionym w
nocy przez jakieś łóżkowe insekty i chyba muszę nazwać to największym
rozczarowaniem i zdziwieniem tej wyprawy. Wiem, że takie wypadki zdarzały się
też turystom w Tajlandii i Singapurze, a byłyby to ostatnie kraje, w których
bym się tego spodziewał. W Melace przy nadbrzeżu stoi replika starego
holenderskiego okrętu - znak dawnych kolonialnych czasów, podobnie jak
150-letnia tablica upamiętniająca wizytę angielskiego zarządcy Indii u jego
holenderskiego odpowiednika na Półwyspie Malajskim.


Nazajutrz
dojeżdżam 20 km do autostrady i łapię stopa do Johor Bahru, miasta na granicy z
Singapurem. Młody Chińczyk zajmujący się handlem sprzętem nagłośnieniowym jest
na tyle miły, że oprócz darmowego podwiezienia zaprasza mnie na wspólny obiad z
jego przyjaciółmi. Szczerze mówiąc z początku jestem trochę podejrzliwy i nie
chcę ryzykować niczego już na samym końcu wyprawy. Widzę po sobie, że
wewnętrznie przygotowuję się już do powrotu. Ostatecznie przyjmuję zaproszenie.
Przy stole oprócz konsumpcji bardzo dobrej zupy, kaczki, ryżu i serka tofu
zabawiamy się zawiłościami naszych ojczystych języków. Dla nich polski brzmi
mniej więcej tak jak dla mnie chińszczyzna. Jest to dobra okazja do nauczenia
się kilku słów w obcym języku. Mogę się na przykład dowiedzieć, że "ło sjan ni"
znaczy "tęsknię za tobą".
Krzysiek
poleć stronę znajomym