rowerem
przez trzy
kontynenty,
2000/01
opowiadania/index.shtmlOPOWIADANIA
ZapiskiZapiski
żyjąc w: Szwajcaria i Europażyjąc w: Szwajcaria i Europa
camino de Santiagocamino de Santiago
Krzysztof Rozmus 
żyjący na ziemi 
Wyprawa rowerem przez 3 kontynenty
 
WYPRAWA ROWEREM PRZEZ 3 KONTYNENTY, 2000/01
Relacje
Europa: Na starcie RzymDroga zachodnim wybrzeżemNeapol PompejeDo portu w BariGrecja Turcja
Bliski Wschód: Na granicy syryjskiejSyria Jordania - część północnaIzraelJerozolima Jordania - górySynaj
Afryka: Egipt - część afrykańska UgandaKenia
Azja: NepalIndieIndie c.d.TajlandiaMalezjaSingapur


Rowerem przez 3 kontynenty: Kenia
14-31.01.2001

Na granicy jeszcze po stronie ugandyjskiej daję się naciąć na 10$ przy wymianie pieniędzy na ulicy (taki numer udaje się tylko raz w życiu, potem jest się już zbyt czujnym).

Nie pisałbym o tym, gdyby nie to co, zdarzyło się później. W ostatnim momencie przed przekroczeniem granicy orientuję się, że w moim portfelu jest za mało kasy i ponieważ goście zdążyli się już zmyć, ku uciesze gawiedzi idę na policję, głównie z myślą o zapobieżeniu wypadkom złodziejstwa na turystach na przyszłość. Nie mogę się nadziwić, gdy po pięciu minutach, bez żadnych szczegółowych pytań czy spisywania raportów, policja przynosi brakujące pieniądze. No może nie do końca wszystkie, ale jestem w zbyt dużej euforii, aby zorientować się, że ta usługa kosztowała mnie 3$. Wygląda to podejrzanie, ale w ostateczności wszyscy są szczęśliwi: turysta, bo odzyskał większa część pieniędzy, a to przecież jego wina, że dał się oszukać; nieuczciwi sprzedawcy, bo nie ponoszą konsekwencji, a przecież nie każdy idzie na policję; no i policja też ma swoją działkę. To była Uganda, ale krótki przegląd prasy w Kenii (listy od czytelników) pokazuje, że policja (głównie w Nairobi) często działa poza prawem. To chyba afrykańska specyfika.

safari, KeniaDroga do Kisumu jest dość płaska. Krajobrazy przestrzenne, ale monotonne, głównie pola uprawne. Dużo za to jest niewielkich, ale bardzo kolorowych ptaków. Ludzie bardziej otwarci niż w Ugandzie - jestem pozdrawiany nawet przez kobiety. Towarzyszący mi w drodze na rowerach często wypytują mnie o szczegóły wyprawy i widać, że po pierwsze są pod wrażeniem, a po drugie są żądni wiedzy o świecie. Niektórzy nawet kojarzą Polskę z Wałęsą i walką "Solidarności".

Za Kisumu wybieram jedną z dróg do Nakuru, która na mapie oznaczona jest jako droga pierwszej kategorii. W praktyce: ziemia, kamienie i zero samochodów. Do tego pod górę - właśnie wjeżdżam na zachodnią ścianę Wielkiego Rowu Afrykańskiego. Niektóre osady są z rodzaju tych, gdzie sprzedawca mówi: "Pamiętam, jak dwa lata temu była tu para z Holandii...". Dzieci widząc mnie, często wpadają w panikę.

Nakuru, KeniaPierwszy raz w Afryce jestem też zmuszony prosić o nocleg. Półgodzinna próba z pastorem o przerażonych oczach zaczyna się od "Czy jesteś chrześcijaninem?" a kończy na "Nasze pomieszczenia maja zbyt niski standard...". Ostatecznie noc spędzam w przychodni w prywatnym pokoju doktora za normalną cenę hotelowa, ale z pobudką o trzeciej na ranem. Potrzebne są leki i narzędzia, za ścianą odbywa się... poród. W całej wiosce nie ma prądu, więc wszystko odbywa się przy lampach naftowych lub latarkach. Życie nie zamiera po zmierzchu. Szczególnie śmiesznie ludzie wyglądają w restauracji - w jednej ręce latarka, którą świeci się w talerz, w drugiej łyżka.

Masaj, KeniaCzęść ludzi przy drodze to słynne plemię Masajów. Wyróżniają się przede wszystkim bardzo kolorowymi strojami oraz rozciągniętymi dziurkami w uszach. Tak dużymi, ze można w nie wepchnąć plastikowe pudełko po lekarstwach lub owinąć dookoła ucha. Mężczyźni noszą broń - krótką drewnianą pałkę zakończoną kulką wielkości pięści. Podobno wystarczy raz uderzyć...

W Nakuru odwiedzam słynne z tysięcy różowych flamingów jezioro. Razem z pelikanami, marabutami, egipskimi gęśmi i orłami tworzą niezapomniany widok, ale i niesamowity hałas. Jest to moje pierwsze mini (półdniowe) safari samochodem. Niestety, nie udaje się zobaczyć żadnych wielkich kotów. Ale za to są takie cuda jak zebry, żyrafy, nosorożce, szakale, antylopy, bawoły - niemal w zasięgu ręki. Jest to wszystko tak wspaniałe, że decyduję się od razu zobaczyć następny park nie czekając, aż dotrę do Nairobi, zwłaszcza, że w tym mieście załatwianie wszystkich spraw lepiej ograniczyć do niezbędnego minimum czyli kupna biletu lotniczego i odlotu.

park Nakuru, KeniaNiestety właściciel biura z Nakuru okazał się być człowiekiem nieuczciwym. Jeden dzień czekam na obiecane safari, następne trzy dni trwa zabawa w kotka i myszkę, polegającą na bezskutecznych próbach odzyskania pieniędzy. Policja za dużo do sprawy nie wnosi, choć obiecuje, że wymusi wysłanie pieniędzy do Polski, jak tylko gość się znajdzie. Chcę wierzyć. Zresztą nie były to duże pieniądze. Szkoda tylko czasu i tego odczucia bezsilności obcokrajowca.

W związku z tym skracam sobie ostatni odcinek drogi do Nairobi autobusem. Z dworca ruszam jak taran według wcześniej wyuczonego planu prosto do hotelu. Tutaj, za podwójnymi drzwiami ochranianymi przez uzbrojonego strażnika, można czuć się w miarę bezpiecznie. Podobne zabezpieczenia są w droższych sklepach czy agencjach turystycznych. Nairobi pod względem przestępczości jest jednym z Nairobi, Kenianajgorszych miast na świecie i nie są to tylko opowieści. Jak pamiętam, każda osoba, która przyjeżdżała z Nairobi do Kampali albo sama była ofiara napadu rabunkowego w biały dzień, albo o takim zdarzeniu słyszała z pierwszej ręki. Podstawową ochroną, oprócz modlitwy :-), jest noszenie przy sobie minimalnej potrzebnej ilości gotówki, zakładanie ciemnych okularów (aby zza nich bacznie obserwować sytuacje na ulicy) i zmierzanie prosto do celu z jednoczesnym ignorowaniem po drodze żebraków, sprzedawców safari i ludzi, którzy w przyszłym miesiącu jadą studiować medycynę właśnie do stolicy twojego kraju i chcą się dowiedzieć, jaka jest pogoda.

Najsmutniejszym widokiem w stolicy Kenii są bezdomne dzieci, które na ulicach żebrzą, wąchają klej lub próbują sprzedać ulepione przez siebie figurki afrykańskich zwierząt. Początkowo myślałem, że jest to plastelina, dopóki nie zobaczyłem, jak wygrzebują błoto z przydrożnych rynsztoków.

park Amboseli, KeniaW Nairobi udaje mi się wreszcie kupić odpowiednie dętki i nową oponę na moje koła - coś, czego bezskutecznie poszukiwałem przez ostatnie dwa miesiące. Udaje mi się także wykupić trzydniowe safari do Amboseli. Nie jest to takie łatwe, bo tydzień temu niespodziewanie dla wszystkich zaczęła się pora deszczowa i park staje się powoli zbiornikiem wodnym - kierowcy nie lubią tam jeździć. Zresztą przy takiej pogodzie główna atrakcja, czyli widok północnej strony Kilimandżaro (sam wulkan znajduje się już na terytorium Tanzanii) stoi pod dużym znakiem zapytania. Mimo to trzeba spróbować, a wewnętrznie wierzyć, ze się uda. Na miejscu z powodu deszczów udaje się zrobić tylko jedną przejażdżkę w poszukiwaniu zwierząt (game drive), ale za to nadspodziewanie udaną. Natrafiamy na trójkę lwów (co jest rzadkością w tym parku), które wylegują się w pobliżu właśnie zabitego hipopotama. Lwy kompletnie nie przejmują się obecnością samochodów i turystów. Oprócz tych ostatnich, dookoła zbierają się dziesiątki hien w oczekiwaniu na resztki.

Amboseli, KeniaAmboseli jest jednak przede wszystkim królestwem słoni. Są to zwierzęta wspaniałe do obserwacji, głównie dlatego, że nie boją się samochodów. A można nawet powiedzieć, że przyglądają się im z pewnym zainteresowaniem. Słonie mają wiele unikalnych cech dla innych zwierząt, ale wspólnych z ludźmi, m.in. bardzo długo trwa dochodzenie małych słoni do pełnej samodzielności i dorosłości. Podobnie jak ludzie, słonie mogą być prawo- lub lewo-"kielne" (kłów używają do wykopywania studni z woda). Mitologia buszmeńska mówi, że słoń wstydzi się, jeśli zabije człowieka (ale niesprowokowany sam nigdy nie atakuje!) i próbuje zamaskować zwłoki liśćmi i ziemią. Oprócz słoni udaje się nam zobaczyć także strusie i żurawie koroniaste, by wymienić tylko gatunki, których jeszcze nie widziałem.

Jednym z innych miłych zaskoczeń na safari jest jedzenie, przyrządzane przez kucharza w warunkach polowych. Tak smacznego, obfitego i różnorodnego jedzenia nie jadłem nigdzie od początku mojej wyprawy. W przewodniku jest napisane coś odwrotnego, więc obawiałem się niekończącego się standardu kenijskiego, czyli ugali (ugotowana na twardo kaszka kukurydziana) i smażone mięso. W ostatni wieczór trochę się wypogadza. Obok księżyca i gwiazd na niebie widać wyraźnie jakąś planetę (Jowisz?), do lampy na Kilimandżaro, Keniadrewnianym stole zlatują się setki większych i mniejszych owadów, a gdzieś w pobliżu śmieją się hieny. Atmosfera jak wycięta z filmu, bo dodatkowo, jak zauważyłem turyści w Afryce to ludzie trochę starsi (szukający jakby mocniejszych wrażeń) i to głownie z krajów, które miały kolonie w Afryce. Wcześnie rano przed wschodem słońca ostatniego dnia pobytu popłoch na kempingu. Wszyscy wylegają zobaczyć, to na co czekali i na co wydali pieniądze. Jest, widać Kilimandżaro.

Krzysiek
poleć stronę znajomym