Na granicy jeszcze po stronie ugandyjskiej daję się naciąć na 10$ przy
wymianie pieniędzy na ulicy (taki numer udaje się tylko raz w życiu, potem jest
się już zbyt czujnym).
Nie pisałbym o tym, gdyby nie to co, zdarzyło się później. W ostatnim momencie
przed przekroczeniem granicy orientuję się, że w moim portfelu jest za mało
kasy i ponieważ goście zdążyli się już zmyć, ku uciesze gawiedzi idę na
policję, głównie z myślą o zapobieżeniu wypadkom złodziejstwa na turystach na
przyszłość. Nie mogę się nadziwić, gdy po pięciu minutach, bez żadnych
szczegółowych pytań czy spisywania raportów, policja przynosi brakujące
pieniądze. No może nie do końca wszystkie, ale jestem w zbyt dużej euforii, aby
zorientować się, że ta usługa kosztowała mnie 3$. Wygląda to podejrzanie, ale w
ostateczności wszyscy są szczęśliwi: turysta, bo odzyskał większa część
pieniędzy, a to przecież jego wina, że dał się oszukać; nieuczciwi sprzedawcy,
bo nie ponoszą konsekwencji, a przecież nie każdy idzie na policję; no i
policja też ma swoją działkę. To była Uganda, ale krótki przegląd prasy w Kenii
(listy od czytelników) pokazuje, że policja (głównie w Nairobi) często działa
poza prawem. To chyba afrykańska specyfika.

Droga
do Kisumu jest dość płaska. Krajobrazy przestrzenne, ale monotonne, głównie
pola uprawne. Dużo za to jest niewielkich, ale bardzo kolorowych ptaków. Ludzie
bardziej otwarci niż w Ugandzie - jestem pozdrawiany nawet przez kobiety.
Towarzyszący mi w drodze na rowerach często wypytują mnie o szczegóły wyprawy i
widać, że po pierwsze są pod wrażeniem, a po drugie są żądni wiedzy o świecie.
Niektórzy nawet kojarzą Polskę z Wałęsą i walką "Solidarności".
Za Kisumu wybieram jedną z dróg do Nakuru, która na mapie oznaczona jest jako
droga pierwszej kategorii. W praktyce: ziemia, kamienie i zero samochodów. Do
tego pod górę - właśnie wjeżdżam na zachodnią ścianę Wielkiego Rowu
Afrykańskiego. Niektóre osady są z rodzaju tych, gdzie sprzedawca mówi:
"Pamiętam, jak dwa lata temu była tu para z Holandii...". Dzieci widząc mnie,
często wpadają w panikę.

Pierwszy
raz w Afryce jestem też zmuszony prosić o nocleg. Półgodzinna próba z pastorem
o przerażonych oczach zaczyna się od "Czy jesteś chrześcijaninem?" a kończy na
"Nasze pomieszczenia maja zbyt niski standard...". Ostatecznie noc spędzam w
przychodni w prywatnym pokoju doktora za normalną cenę hotelowa, ale z pobudką
o trzeciej na ranem. Potrzebne są leki i narzędzia, za ścianą odbywa się...
poród. W całej wiosce nie ma prądu, więc wszystko odbywa się przy lampach
naftowych lub latarkach. Życie nie zamiera po zmierzchu. Szczególnie śmiesznie
ludzie wyglądają w restauracji - w jednej ręce latarka, którą świeci się w
talerz, w drugiej łyżka.

Część
ludzi przy drodze to słynne plemię Masajów. Wyróżniają się przede wszystkim
bardzo kolorowymi strojami oraz rozciągniętymi dziurkami w uszach. Tak dużymi,
ze można w nie wepchnąć plastikowe pudełko po lekarstwach lub owinąć dookoła
ucha. Mężczyźni noszą broń - krótką drewnianą pałkę zakończoną kulką wielkości
pięści. Podobno wystarczy raz uderzyć...
W Nakuru odwiedzam słynne z tysięcy różowych flamingów jezioro. Razem z
pelikanami, marabutami, egipskimi gęśmi i orłami tworzą niezapomniany widok,
ale i niesamowity hałas. Jest to moje pierwsze mini (półdniowe) safari
samochodem. Niestety, nie udaje się zobaczyć żadnych wielkich kotów. Ale za to
są takie cuda jak zebry, żyrafy, nosorożce, szakale, antylopy, bawoły - niemal
w zasięgu ręki. Jest to wszystko tak wspaniałe, że decyduję się od razu
zobaczyć następny park nie czekając, aż dotrę do Nairobi, zwłaszcza, że w tym
mieście załatwianie wszystkich spraw lepiej ograniczyć do niezbędnego minimum
czyli kupna biletu lotniczego i odlotu.

Niestety
właściciel biura z Nakuru okazał się być człowiekiem nieuczciwym. Jeden dzień
czekam na obiecane safari, następne trzy dni trwa zabawa w kotka i myszkę,
polegającą na bezskutecznych próbach odzyskania pieniędzy. Policja za dużo do
sprawy nie wnosi, choć obiecuje, że wymusi wysłanie pieniędzy do Polski, jak
tylko gość się znajdzie. Chcę wierzyć. Zresztą nie były to duże pieniądze.
Szkoda tylko czasu i tego odczucia bezsilności obcokrajowca.
W związku z tym skracam sobie ostatni odcinek drogi do Nairobi autobusem. Z
dworca ruszam jak taran według wcześniej wyuczonego planu prosto do hotelu.
Tutaj, za podwójnymi drzwiami ochranianymi przez uzbrojonego strażnika, można
czuć się w miarę bezpiecznie. Podobne zabezpieczenia są w droższych sklepach
czy agencjach turystycznych. Nairobi pod względem przestępczości jest jednym z

najgorszych
miast na świecie i nie są to tylko opowieści. Jak pamiętam, każda osoba, która
przyjeżdżała z Nairobi do Kampali albo sama była ofiara napadu rabunkowego w
biały dzień, albo o takim zdarzeniu słyszała z pierwszej ręki. Podstawową
ochroną, oprócz modlitwy :-), jest noszenie przy sobie minimalnej potrzebnej
ilości gotówki, zakładanie ciemnych okularów (aby zza nich bacznie obserwować
sytuacje na ulicy) i zmierzanie prosto do celu z jednoczesnym ignorowaniem po
drodze żebraków, sprzedawców safari i ludzi, którzy w przyszłym miesiącu jadą
studiować medycynę właśnie do stolicy twojego kraju i chcą się dowiedzieć, jaka
jest pogoda.
Najsmutniejszym widokiem w stolicy Kenii są bezdomne dzieci, które na ulicach
żebrzą, wąchają klej lub próbują sprzedać ulepione przez siebie figurki
afrykańskich zwierząt. Początkowo myślałem, że jest to plastelina, dopóki nie
zobaczyłem, jak wygrzebują błoto z przydrożnych rynsztoków.

W
Nairobi udaje mi się wreszcie kupić odpowiednie dętki i nową oponę na moje koła
- coś, czego bezskutecznie poszukiwałem przez ostatnie dwa miesiące. Udaje mi
się także wykupić trzydniowe safari do Amboseli. Nie jest to takie łatwe, bo
tydzień temu niespodziewanie dla wszystkich zaczęła się pora deszczowa i park
staje się powoli zbiornikiem wodnym - kierowcy nie lubią tam jeździć. Zresztą
przy takiej pogodzie główna atrakcja, czyli widok północnej strony Kilimandżaro
(sam wulkan znajduje się już na terytorium Tanzanii) stoi pod dużym znakiem
zapytania. Mimo to trzeba spróbować, a wewnętrznie wierzyć, ze się uda. Na
miejscu z powodu deszczów udaje się zrobić tylko jedną przejażdżkę w
poszukiwaniu zwierząt (
game drive), ale za to nadspodziewanie udaną.
Natrafiamy na trójkę lwów (co jest rzadkością w tym parku), które wylegują się
w pobliżu właśnie zabitego hipopotama. Lwy kompletnie nie przejmują się
obecnością samochodów i turystów. Oprócz tych ostatnich, dookoła zbierają się
dziesiątki hien w oczekiwaniu na resztki.

Amboseli
jest jednak przede wszystkim królestwem słoni. Są to zwierzęta wspaniałe do
obserwacji, głównie dlatego, że nie boją się samochodów. A można nawet
powiedzieć, że przyglądają się im z pewnym zainteresowaniem. Słonie mają wiele
unikalnych cech dla innych zwierząt, ale wspólnych z ludźmi, m.in. bardzo długo
trwa dochodzenie małych słoni do pełnej samodzielności i dorosłości. Podobnie
jak ludzie, słonie mogą być prawo- lub lewo-"kielne" (kłów używają do
wykopywania studni z woda). Mitologia buszmeńska mówi, że słoń wstydzi się,
jeśli zabije człowieka (ale niesprowokowany sam nigdy nie atakuje!) i próbuje
zamaskować zwłoki liśćmi i ziemią. Oprócz słoni udaje się nam zobaczyć także
strusie i żurawie koroniaste, by wymienić tylko gatunki, których jeszcze nie
widziałem.
Jednym z innych miłych zaskoczeń na safari jest jedzenie, przyrządzane przez
kucharza w warunkach polowych. Tak smacznego, obfitego i różnorodnego jedzenia
nie jadłem nigdzie od początku mojej wyprawy. W przewodniku jest napisane coś
odwrotnego, więc obawiałem się niekończącego się standardu kenijskiego, czyli
ugali
(ugotowana na twardo kaszka kukurydziana) i smażone mięso. W ostatni wieczór
trochę się wypogadza. Obok księżyca i gwiazd na niebie widać wyraźnie jakąś
planetę (Jowisz?), do lampy na

drewnianym
stole zlatują się setki większych i mniejszych owadów, a gdzieś w pobliżu
śmieją się hieny. Atmosfera jak wycięta z filmu, bo dodatkowo, jak zauważyłem
turyści w Afryce to ludzie trochę starsi (szukający jakby mocniejszych wrażeń)
i to głownie z krajów, które miały kolonie w Afryce. Wcześnie rano przed
wschodem słońca ostatniego dnia pobytu popłoch na kempingu. Wszyscy wylegają
zobaczyć, to na co czekali i na co wydali pieniądze. Jest, widać Kilimandżaro.
Krzysiek
poleć stronę znajomym