Już po syryjskiej kontroli granicznej, a jeszcze przed kontrolą jordańską, na
pięciokilometrowym odcinku ziemi niczyjej (tak naprawdę syryjskiej) zmuszony
jestem po raz pierwszy na trasie załatać wraz z dętką także oponę.
Trzeba mieć dużego pecha, żeby złapać gumę w takim miejscu, ale na szczęście
patrolujący teren żołnierze syryjscy są bardzo mili, trochę przeszkadzają mi
swoją pomocą przy naklejaniu łatek, ale potem zapraszają mnie na herbatę, a
także pozwalają mi potrzymać karabin :-) Robimy wspólne zdjęcie.

Na
granicy jordańskiej dość szczegółowe wypytywanie o cel podróży, ale wszystko w
bardzo kulturalnej atmosferze i na końcu serdeczne "Welcome in Jordan". Słowo
"Welcome" można w tym kraju usłyszeć każdego dnia kilkadziesiąt razy i
przynajmniej pierwszego dnia znajduje ono całkowite potwierdzenie w
rzeczywistości. Mężczyzna, którego pytam o tani hotel w przygranicznym mieście
Ramtha, po kilku chwilach proponuje mi nocleg w jego pięknym domu, do którego
podjeżdżamy taksówką (pół roweru wystaje z tyłu z bagażnika). Później zostaję
zaproszony na kolację wraz z dużą grupą innych osób do "garażu" - prywatnego
miejsca, gdzie spotykają się prawie codziennie, aby napić się wspólnie herbaty,
porozmawiać, wypalić nargillę, pooglądać telewizję satelitarną, w tym także
polskie programy - Jordańczykom bardzo podobają się polskie kobiety, tą opinię
usłyszę jeszcze kilka razy. Dla mnie ciekawym doświadczeniem było zobaczenie
tak daleko od kraju reklamy firmy, w której pracuję - pozdrowienia dla
wszystkich pracusiów.
Jordania w porównaniu z Syrią stoi dwa razy wyżej w rozwoju cywilizacyjnym.
Przede wszystkim jest dużo czyściej. W pobliskim mieście Irbid (drugim co do
wielkości w Jordanii) są normalne, czyli w europejskim stylu sklepy z
obfitością towarów, o których już zdążyłem zapomnieć, ze istnieją:
sterylizowane mleko w kartonie, kilkanaście rodzajów soków owocowych, płatki
kukurydziane, jogurty, masło orzechowe. Oczywiście nie ma nic za darmo - ceny
dwukrotnie wyższe. Tylko dostęp do sieci tani. Na jednej tylko ulicy naliczyłem
18 kawiarenek internetowych.
Z Irbid jadę na zachód do położonej przy granicy izraelskiej miejscowości
Umm-Qais, aby ze wzgórza z odkopanym starożytnym rzymskim miastem przyjrzeć się
okolicom Jeziora Tyberiadzkiego - miejscom, gdzie około 2 tysiące lat temu
uzdrawiał i nauczał Jezus. Zdaje się, ze od tamtego czasu krajobrazy, jak i
ludzie niewiele się zmienili. Kilka dni temu niedaleko stąd żołnierze z Armii
Boga (Hezbollah) zastrzelili dwóch Izraelczyków...
W Umm-Qais dostaję pierwsze ostrzeżenie przed jordańskimi i palestyńskimi
dziećmi. Mam absolutnie nie zostawiać roweru lub bagaży bez opieki. Trochę mnie
to dziwi. Tak przywykłem do bezpieczeństwa krajów Bliskiego Wschodu, że często
nawet nie zapinam roweru. Nie chce mi się też wierzyć w to, że na King's
Highway dzieci rzucają w rowerzystów kamieniami, ale okazuje się, że nie tylko
tam. W ogóle odnoszę wrażenie, że przynajmniej między dziećmi i młodzieżą
kamień jest tutaj podstawowym środkiem komunikacji. Nieraz widzę, jak dzieci
rzucają się między sobą po szkole, kamieniami też zarządza się stadem owiec czy
kóz. Może dlatego, że na tej wypalonej od słońca ziemi kamienie leżą wszędzie?
Kilkanaście kilometrów zjeżdżam w dół w dolinę Jordanu. Ta niewielka w sumie
rzeka zaznacza swoją obecność nagłym wybuchem zieloności na tych półpustynnych
obszarach: trawa, palmy, sady bananowe, tysiące upraw i szklarni. Jadę wzdłuż
granicy z Izraelem, ciesząc się z dawno zapomnianych ciepłych nocy.

Okres
jest niespokojny. Ludzie są strasznie podminowani tym, ze na Zachodnim Brzegu
giną palestyńskie dzieci. "If you go to Israel, we will kill you now !" -
słyszę. Może to nie jest do końca prawda, ale oddaje atmosferę. Czasem słyszę
zaczepne "Szalom" - tak się sprawdza, czy nie jestem stamtąd. Równie źle
byłoby, gdybym posiadał paszport amerykański. Do tego wspomniane dzieci, które
nie maja zahamowań: zagradzają drogę, klepią w plecy, łapią za sakwy, czasem
dobrze, że tylko po ziemi potoczy się jakiś kamień, czasem można usłyszeć
przekleństwo. Na szczęście droga idzie szybko na dół do najniżej położonego
miejsca na ziemi - Morza Martwego.
Krzysiek
poleć stronę znajomym