W Jerozolimie mieszkam w najtańszym możliwym miejscu, czyli muzułmańskiej
dzielnicy Starego Miasta. Wraz z moim przybyciem rozpoczyna się ramadan -
islamski miesiąc postu.
Na ten czas, wyjątkowo ze względu na napiętą sytuację turyści nie sa wpuszczani
nawet na dziedziniec słynnego meczetu Kopuły Skały - to ta charakterystyczna
jerozolimska złota kopuła na miejscu, skąd, jak wierzą muzułmanie, prorok
Mahomet wstąpił do nieba.

Nic
nie stoi jednak na przeszkodzie, aby zobaczyć go przynajmniej z daleka, wraz z
całą przepiękną panoramą z wznoszącej się za murami miasta Góry Oliwnej. U dołu
wzgórza odwiedzam Kościół Męki Pańskiej, nazywany też Kościołem Wszystkich
Narodów (różne elementy budowli fundowały różne nacje). Wraz z przyległym
ogrodem upamiętnia on miejsce trwogi i modlitwy Jezusa przed czekającą go
śmiercią. Kościół jest niewielki i ma fioletowe szyby nadające miejscu półmrok
i specyficzną atmosferę. Można się tutaj wyspowiadać w sześciu językach.
Na ulicach miasta pełno jest policji, wojska, w wieczorami dodatkowo chodzą
nieumundurowane, ale za to w kamizelkach kuloodpornych, patrole. Najbardziej
chyba strzeżonym miejscem jest słynna Ściana Płaczu, jedyna fizyczna
pozostałość po żydowskiej świątyni zburzonej w I wieku n.e. przez Rzymian. Na
dziedzińcu znajduje się kilkadziesiąt wozów policyjnych, na dachach wokół
rozmieszczeni są snajperzy, przed wejściem wszyscy poddawani są kontroli na
wypadek posiadania broni. Sam mur podzielony jest na dwie części: męska i
żeńską, skąd nieustannie wznoszą się modły, śpiewy i charakterystyczne
żydowskie pokłony. Prawie wszyscy mężczyźni ubrani są w czarne chałaty,
kapelusze i maja kręcone pejsy. Zresztą chodzą tak na co dzień, często można
ich spotkać na Nowym Mieście, gdzie mieszkają Izraelczycy. Wschodnia,
muzułmańska część miasta, jak wspomniałem, jest zamknięta dla turystów.

Na
Starym Mieście można być często obrażonym lub w inny nieprzyjemny sposób
zaczepionym przez palestyńskie dzieci i młodzież. Okazuje się, że nie tylko ja
się na to uskarżam, ale tez para rowerzystów z Holandii, o których słyszałem
już w Syrii od ludzi, bo byli na trasie jeden dzień przede nam. W ciągu
czterech miesięcy częściowo rowerem, a częściowo pociągiem i autobusem pokonali
trasę Amsterdam-Jerozolima.
Osobnym rozdziałem są jerozolimscy sprzedawcy pamiątek, którzy nie zostawią
nikogo w spokoju. Potrafią chyba powiedzieć kilka słów w każdym języku świata.
Ceny za nawet najdrobniejsze pierdółki zaczynają się od 170 dolarów, aby
systematycznie spadać. Później sprzedawca już siłą próbuje Cię zatrzymać w
sklepie - $10. Na końcu krzyczy za tobą na ulicy "Five dollars, OK ?".
W Jerozolimie też dowiaduje się, ze słynny bliskowschodni falafel jest potrawa
przyrządzaną bez mąki, choć na taką nie wygląda. Jak się okazuje, jest to
kolejny sposób przyrządzania groszku: posiekany wraz z zieloną pietruszką,
cebulą i solą, w postaci kulek jest smażony na głębokim oleju. Bardzo smaczny,
stanowi cenne urozmaicenie mojego menu, obok dawno zapomnianych, a kupionych w
izraelskim supermarkecie serów pleśniowych, salami, łososia czy różnorakich
sałatek.
Krzysiek
poleć stronę znajomym