W ostatniej miejscowości przed granica jordańsko-izraelską, nie mogąc znaleźć
żadnego hotelu, gdzie mógłbym zostawić rower, decyduję się na wjazd do Izraela
rowerem.
A w zasadzie autobusem, gdyż przejścia Allenby Bridge nie można przekroczyć
pojedynczo, czy to pieszo, czy rowerem, czy prywatnym samochodem. Po stronie
izraelskiej każda część mojego bagażu, a na końcu i sam cały rower, zostają
umieszczone w maszynie i dokładnie prześwietlone w poszukiwaniu broni. Z
granicy także nie można wyjechać rowerem. Mając do wyboru taksówkę do
Jerozolimy za 50$ wybieram autobus do Jerycha - sytuacja konfliktowa nieco się
uspokoiła, granicę opuszcza w ten sposób bardzo dużo ludzi. Jerycho znajduje
się na terenie Autonomii Palestyńskiej, konieczna jest wiec ponowna kontrola
paszportowa.
Na dworcu okazuje się, że cena dzielonej taksówki do Jerozolimy podskoczyła
sześciokrotnie w stosunku do przewodnikowych 5 NIS. Kierowcy tłumaczą to
koniecznością objeżdżania miasta dookoła, aż do izraelskiego punktu
kontrolnego. To i tak nie jest może drogo, ale w sumie liczy się każdy grosz.
Nie chce mi się też ponownie zdejmować sakw, czekać na innych pasażerów do
kompletu. Poza tym to tylko 40 km, a taksówki palestyńskie i tak nie mogą
wjeżdżać do centrum miasta. Decyduję się zatem wjechać do Jerozolimy rowerem,
ale najpierw upewniam się co do spokoju i bezpieczeństwa drogi. Taksówkarze
zapewniają mnie, że od Palestyńczyków nic mi nie grozi, ale żołnierze izraelscy
mogą mnie zastrzelić, jak będę podjeżdżał do punktu kontrolnego na granicy
miasta. "Oni są szaleni, strzelają nawet do dzieci !" - słyszę, ale bardziej
wygląda mi to na próbę przestraszenia i zatrzymania w taksówce.
Słynny punkt kontrolny to piętrowy budynek, ogrodzenie i dwie zdalnie zamykane
kraty, umożliwiające przejazd. Z daleka podnoszę rękę w pokojowym geście i
zatrzymuje się przy bramie. Widzę, jak jeden z żołnierzy wychodzi, ale zawraca,
by ubrać kamizelkę kuloodporną. Drugi ubezpiecza go dwumetrowym karabinem, albo
raczej czymś wielkim wprost z filmów science-fiction. Mam zostawić rower w
pewnej odległości i podejść z paszportem. Wszystko w porządku. Jako turysta nie
muszę objeżdżać miasta dookoła. Droga do Jerozolimy jest całkowicie bezpieczna
i pod kontrolą Izraelczyków, natomiast w Jerychu, cóż... Palestyńczycy mogą
mnie wziąć za izraelskiego żołnierza i "umieścić mi kulkę w głowie", ale raczej
z tym rowerem trudno będzie mnie pomylić.
Przez miasto przejeżdżam całkowicie spokojnie, i gdy już prawie jestem na
głównej drodze do Jerozolimy, nagle zauważam na drodze kamienie, druty, spalony
asfalt, wywróconą ciężarówkę, a na końcu tego swoistego toru przeszkód
żołnierzy palestyńskich. Jest to, jak się okazuje analogiczny palestyński punkt
kontrolny. Znów muszę zostawić rower, tym razem w odległości aż 100 metrów.
Komendant musi wydać zgodę na opuszczenie miasta: mogę jechać, ale nie wolno mi
już tu wrócić - miasto jest zamknięte. Jeden z żołnierzy, z którym nawiązuję
krótką rozmowę, zadaje mi pytanie, czy nie mam już nic lepszego w życiu do
roboty niż jeździć rowerem po Izraelu w czasie wojny ? Za punktem kontrolnym
widzę dwa olbrzymie manewrujące czołgi palestyńskie... Już pierwsze kilometry
uświadamiają mi smutną prawdę, że droga do Jerozolimy wiedzie cały czas ostro
pod górę i to przez pustynne wzgórza. Po godzinie jazdy jestem dopiero na
poziomie morza (co jest oznakowane małym pomniczkiem i mozaiką na skale). No
tak, drogę zacząłem z najniższej depresji świata i będę musiał pokonać różnicę
wzniesień wielkości jednego kilometra. Nie mam szansy dojechać do miasta przed
zmrokiem. W czasie następnych trzech godzin zmuszony jestem kilkukrotnie i
całkowicie zasłużenie zakląć na samego siebie.
Wreszcie całkowicie wyczerpany i zlany potem dojeżdżam do obwodnicy miasta i
mam przed sobą dwie drogi: Jerozolima i Jerozolima Wschodnia. Ta druga droga
mimo, że bardziej stroma wydaje się być krótsza. Poza tym z Jerozolimy
Wschodniej jest bliżej do Starego Miasta, gdzie mam zamiar znaleźć tani hotel.
Kilkakrotnie spoglądam, czy ktoś może nie wczuł się intuicyjnie w moją sytuację
i nie zatrzymał się samochodem, aby mnie podwieźć. Niestety.
Za to po prawej stronie w ostatnich promieniach zachodzącego słońca i w
pierwszych światłach ukazuje mi się wielkie, piękne miasto, rozłożone na kilku
wzgórzach. Ostatni wysiłek i ostatni 45-minutowy ostry podjazd. Na samej górze
(skąd jeszcze 6 km do centrum) okazuje się, że droga jest zamknięta dla
turystów. Muszę wrócić z powrotem na obwodnicę i wybrać inną drogę... Klnę, ale
szybko zjeżdżam na dół, aby zdążyć złapać stopa na górę - moje możliwości
fizyczne i psychiczne na dziś się skończyły. Po dwóch minutach jadę furgonetką
z młodym sympatycznym Izraelczykiem, który pól roku temu wrócił z narzeczona z
sześciomiesięcznej wyprawy po krajach Dalekiego Wschodu. Zmęczony niestety
zostawiam mój śpiwór w jego samochodzie. Chcąc oszczędzić ostatecznie tracę
kilka razy więcej. Ale to nic. Nauki, aby nie być głupio oszczędnym, nie będę
musiał już nigdzie odbierać po raz drugi.
Krzysiek
poleć stronę znajomym