rowerem
przez trzy
kontynenty,
2000/01
opowiadania/index.shtmlOPOWIADANIA
ZapiskiZapiski
żyjąc w: Szwajcaria i Europażyjąc w: Szwajcaria i Europa
camino de Santiagocamino de Santiago
Krzysztof Rozmus 
żyjący na ziemi 
Wyprawa rowerem przez 3 kontynenty
 
WYPRAWA ROWEREM PRZEZ 3 KONTYNENTY, 2000/01
Relacje
Europa: Na starcie RzymDroga zachodnim wybrzeżemNeapol PompejeDo portu w BariGrecja Turcja
Bliski Wschód: Na granicy syryjskiejSyria Jordania - część północnaIzraelJerozolima Jordania - górySynaj
Afryka: Egipt - część afrykańska UgandaKenia
Azja: NepalIndieIndie c.d.TajlandiaMalezjaSingapur


Rowerem przez 3 kontynenty: Izrael
27.11.2000

W ostatniej miejscowości przed granica jordańsko-izraelską, nie mogąc znaleźć żadnego hotelu, gdzie mógłbym zostawić rower, decyduję się na wjazd do Izraela rowerem.

A w zasadzie autobusem, gdyż przejścia Allenby Bridge nie można przekroczyć pojedynczo, czy to pieszo, czy rowerem, czy prywatnym samochodem. Po stronie izraelskiej każda część mojego bagażu, a na końcu i sam cały rower, zostają umieszczone w maszynie i dokładnie prześwietlone w poszukiwaniu broni. Z granicy także nie można wyjechać rowerem. Mając do wyboru taksówkę do Jerozolimy za 50$ wybieram autobus do Jerycha - sytuacja konfliktowa nieco się uspokoiła, granicę opuszcza w ten sposób bardzo dużo ludzi. Jerycho znajduje się na terenie Autonomii Palestyńskiej, konieczna jest wiec ponowna kontrola paszportowa.

Na dworcu okazuje się, że cena dzielonej taksówki do Jerozolimy podskoczyła sześciokrotnie w stosunku do przewodnikowych 5 NIS. Kierowcy tłumaczą to koniecznością objeżdżania miasta dookoła, aż do izraelskiego punktu kontrolnego. To i tak nie jest może drogo, ale w sumie liczy się każdy grosz. Nie chce mi się też ponownie zdejmować sakw, czekać na innych pasażerów do kompletu. Poza tym to tylko 40 km, a taksówki palestyńskie i tak nie mogą wjeżdżać do centrum miasta. Decyduję się zatem wjechać do Jerozolimy rowerem, ale najpierw upewniam się co do spokoju i bezpieczeństwa drogi. Taksówkarze zapewniają mnie, że od Palestyńczyków nic mi nie grozi, ale żołnierze izraelscy mogą mnie zastrzelić, jak będę podjeżdżał do punktu kontrolnego na granicy miasta. "Oni są szaleni, strzelają nawet do dzieci !" - słyszę, ale bardziej wygląda mi to na próbę przestraszenia i zatrzymania w taksówce.

Słynny punkt kontrolny to piętrowy budynek, ogrodzenie i dwie zdalnie zamykane kraty, umożliwiające przejazd. Z daleka podnoszę rękę w pokojowym geście i zatrzymuje się przy bramie. Widzę, jak jeden z żołnierzy wychodzi, ale zawraca, by ubrać kamizelkę kuloodporną. Drugi ubezpiecza go dwumetrowym karabinem, albo raczej czymś wielkim wprost z filmów science-fiction. Mam zostawić rower w pewnej odległości i podejść z paszportem. Wszystko w porządku. Jako turysta nie muszę objeżdżać miasta dookoła. Droga do Jerozolimy jest całkowicie bezpieczna i pod kontrolą Izraelczyków, natomiast w Jerychu, cóż... Palestyńczycy mogą mnie wziąć za izraelskiego żołnierza i "umieścić mi kulkę w głowie", ale raczej z tym rowerem trudno będzie mnie pomylić.

Przez miasto przejeżdżam całkowicie spokojnie, i gdy już prawie jestem na głównej drodze do Jerozolimy, nagle zauważam na drodze kamienie, druty, spalony asfalt, wywróconą ciężarówkę, a na końcu tego swoistego toru przeszkód żołnierzy palestyńskich. Jest to, jak się okazuje analogiczny palestyński punkt kontrolny. Znów muszę zostawić rower, tym razem w odległości aż 100 metrów. Komendant musi wydać zgodę na opuszczenie miasta: mogę jechać, ale nie wolno mi już tu wrócić - miasto jest zamknięte. Jeden z żołnierzy, z którym nawiązuję krótką rozmowę, zadaje mi pytanie, czy nie mam już nic lepszego w życiu do roboty niż jeździć rowerem po Izraelu w czasie wojny ? Za punktem kontrolnym widzę dwa olbrzymie manewrujące czołgi palestyńskie... Już pierwsze kilometry uświadamiają mi smutną prawdę, że droga do Jerozolimy wiedzie cały czas ostro pod górę i to przez pustynne wzgórza. Po godzinie jazdy jestem dopiero na poziomie morza (co jest oznakowane małym pomniczkiem i mozaiką na skale). No tak, drogę zacząłem z najniższej depresji świata i będę musiał pokonać różnicę wzniesień wielkości jednego kilometra. Nie mam szansy dojechać do miasta przed zmrokiem. W czasie następnych trzech godzin zmuszony jestem kilkukrotnie i całkowicie zasłużenie zakląć na samego siebie.

Wreszcie całkowicie wyczerpany i zlany potem dojeżdżam do obwodnicy miasta i mam przed sobą dwie drogi: Jerozolima i Jerozolima Wschodnia. Ta druga droga mimo, że bardziej stroma wydaje się być krótsza. Poza tym z Jerozolimy Wschodniej jest bliżej do Starego Miasta, gdzie mam zamiar znaleźć tani hotel. Kilkakrotnie spoglądam, czy ktoś może nie wczuł się intuicyjnie w moją sytuację i nie zatrzymał się samochodem, aby mnie podwieźć. Niestety.

Za to po prawej stronie w ostatnich promieniach zachodzącego słońca i w pierwszych światłach ukazuje mi się wielkie, piękne miasto, rozłożone na kilku wzgórzach. Ostatni wysiłek i ostatni 45-minutowy ostry podjazd. Na samej górze (skąd jeszcze 6 km do centrum) okazuje się, że droga jest zamknięta dla turystów. Muszę wrócić z powrotem na obwodnicę i wybrać inną drogę... Klnę, ale szybko zjeżdżam na dół, aby zdążyć złapać stopa na górę - moje możliwości fizyczne i psychiczne na dziś się skończyły. Po dwóch minutach jadę furgonetką z młodym sympatycznym Izraelczykiem, który pól roku temu wrócił z narzeczona z sześciomiesięcznej wyprawy po krajach Dalekiego Wschodu. Zmęczony niestety zostawiam mój śpiwór w jego samochodzie. Chcąc oszczędzić ostatecznie tracę kilka razy więcej. Ale to nic. Nauki, aby nie być głupio oszczędnym, nie będę musiał już nigdzie odbierać po raz drugi.

Krzysiek
poleć stronę znajomym