rowerem
przez trzy
kontynenty,
2000/01
opowiadania/index.shtmlOPOWIADANIA
ZapiskiZapiski
żyjąc w: Szwajcaria i Europażyjąc w: Szwajcaria i Europa
camino de Santiagocamino de Santiago
Krzysztof Rozmus 
żyjący na ziemi 
Wyprawa rowerem przez 3 kontynenty
 
WYPRAWA ROWEREM PRZEZ 3 KONTYNENTY, 2000/01
Relacje
Europa: Na starcie RzymDroga zachodnim wybrzeżemNeapol PompejeDo portu w BariGrecja Turcja
Bliski Wschód: Na granicy syryjskiejSyria Jordania - część północnaIzraelJerozolima Jordania - górySynaj
Afryka: Egipt - część afrykańska UgandaKenia
Azja: NepalIndieIndie c.d.TajlandiaMalezjaSingapur


Rowerem przez 3 kontynenty: Indie c.d.
22.02-04.03.2001

W pociągu do Varanasi poznaję 28-latka z Bangalore, który wyróżnia się swoją południowoindyjską urodą (długie, kruczo-czarne włosy, pociągła twarz, orli nos) tak, że początkowo biorę go w ogóle za zagranicznego turystę.

Asi wraca do domu ze święta Kumbh Mela, które odbywa się raz na 12 lat. Podczas tego święta doszło do śmiesznej sytuacji, kiedy przed jednym z nagich sadhu rozebrała się do naga turystka z Meksyku, zaraz została zgarnięta przez policję. I gdzie tu sprawiedliwość i równouprawnienie płci?;-)

Asi opowiada mi też, że na południu Indii jest dużo więcej białych zafascynowanych naukami guru na eksport i że jest to śmieszne też dla Hindusów, ale nikt otwarcie tego nie okazuje, bo po co psuć świetny biznes. W rozmowie wychodzi też, że nasze doświadczenia życiowe w kilku punktach są zadziwiająco zbieżne. Próbujemy też sobie opowiadać na zmianę dowcipy, ale w zasadzie śmiejemy się tylko ze swoich. To jest straszne, jak bardzo poczucie humoru zależy od kultury, w której się człowiek wychował. Za trzy miesiące Asi zamierza wyjechać do Holandii i zrobić tam karierę grafika komputerowego. Na pożegnanie zostawiam mu mój e-mail i zachęcam do wizyty w Krakowie. Ja wysiadam, ale mój rower nie, i do końca nikt nie wie, czy w ogóle znajdował się w tym pociągu. Odzyskanie roweru zajmuje, bagatelka, 14 godzin oczekiwania na dworcu. Na szczęście jestem zbyt zmęczony podróżą i zbyt chory (żołądek), aby się denerwować.

Świątynie w Khajuraho, IndieW Khajuraho odwiedzam kilkanaście starych hinduskich świątyń, słynnych ze swoich zewnętrznych zdobień, głównie rzeźb. Całość jest piękna i robi niesamowite wrażenie swoją odmiennością od architektury europejskiej czy bliskowschodniej.

Do Agry docieram późno w nocy autobusem (mimo, że jest to podróż niebezpieczna, niewygodna, wolniejsza i droższa od pociągu, no ale przynajmniej rower mam na dachu i nie muszę obawiać się jego utraty). Przydworcowe hotele w tym, było nie było, dużym miecie, to po prostu chlew, ale jestem zbyt zmęczony 14 godzinami spędzonymi w autobusie, aby szukać czegoś innego w centrum miasta (7 km od dworca). Pokój z tłukącym się wentylatorem (chyba sprzed II wojny światowej) jest cały wysmarowany brudem, chyba najgorszy, w jakim spałem podczas całej mojej wyprawy. Żeby było śmieszniej, o 7 rano budzi mnie człowiek z pytaniem, czy chcę zamówić śniadanie do łóżka.

W ogóle jeśli chodzi o higienę, to Indie są co najmniej dwa razy niżej niż Afryka, co dla mnie jest zaskoczeniem (Indie - tysiące lat cywilizacji ?). W różnych miejscach po drodze widziałem brudne, cuchnące stawy, w których ludzie myją siebie, zwierzęta (woły) i robią pranie (nic dziwnego, że nawet świeżo wyprana pościel w hotelach jest brudna). Chyba nic nie przebije jednak sceny z dworcowej toalety w Agrze, gdzie pewien człowiek umył sobie ręce, po prostu zgarniając z podłogi brud, rozcierając go w rękach i spłukując wodą.

Po dwóch godzinach oczekiwania w biurze rejestracji turystów (całym zawalonym stosami zakurzonych papierów) dowiaduje się, że jedynym miejscem w Indiach, gdzie mogę przedłużyć swoją wizę, jest Ministerstwo Spraw Wewnętrznych w Delhi (nie pomaga zasugerowanie opłaty za dodatkową pracę). Całe szczęście, że zostawiłem sobie jeden dzień rezerwy. Jadę zatem szybko zobaczyć tylko słynny Taj Mahal, przed kolejną autobusową męką. Cena za zobaczenie tego symbolu Indii po ostatniej podwyżce wynosi $10 plus $10 podatku. Gdyby było to po prostu $20, być może zapłaciłbym ten haracz i wszedł do środka, a tak w ramach protestu przeciwko biurokracji rządowej przejeżdżam wzdłuż ogrodzenia i od strony rzeki zza muru oglądam tylną część pałacu. Też pięknie wygląda, a Pałac Taj Mahal, Agra, Indieprzynajmniej będę miał niestandardowe zdjęcia ;-)

W autobusie do Delhi po kilkunastu minutach kierowca wjeżdża pod jakąś niską rampę i przyciera całym dachowym bagażem, łamiąc przy okazji widelec w moim rowerze. Początkowo wydaje mi się, że złamana jest tylko śruba mocująca kierownicę, więc nie żądam wysokiego odszkodowania. Po negocjacjach z udziałem tłumacza (szczęście, że ktoś w autobusie mówił po angielsku) dostaję cale 7,5 zł, co nawet nie jest ceną za dodatkowy pełny bilet za przewóz roweru. Tłumaczem, a w zasadzie tłumaczką, okazuje się dość ładna i wyglądająca na dużo młodszą 21-letnia Jopi, która przyjechała przedpołudniem do Agry na ślub kolegi, ale nie znalazła adresu, więc wraca. Dodatkowo zgubiła bagaż. Jak, gdzie, nie wiem, bo z jej angielszczyzny rozumiem piąte przez dziesiąte i rozmowa jest prawie niemożliwa, dodatkowo hałas silnika i tłukące się szyby też robią swoje.

Tak oto jedziemy nocą do stolicy Indii, z przerwami na dłuższy postój w przydrożnej restauracji (gdzie po stoiskach z żywnością od czasu do czasu przebiegają szczury, i po którym trzeba pchać autobus, aby zapalił) i kontrolę policyjną bagażu pasażerów. W pewnym momencie niespodziewanie siedząca obok Jopi pyta mnie... co sądzę o życiu ??? Bo ona nie widzi w nim żadnego sensu i nie lubi go. Od kilku lat choruje na coś i cierpi straszne bóle w rękach i twarzy, dodatkowo nie ma pieniędzy i jest uzależniona od rodziców, którzy "nie pytają jej nigdy, na co ma ochotę". Brak większych perspektyw na zmianę, jednym słowem "life sucks". Teraz np. musi wysiąść w jakiejś wiosce przed Delhi i noc spędzić u ciotki, bo nie wolno jej tak późno wracać do domu. Próbuję bezskutecznie się dowiedzieć, co to za choroba, bo być może w Europie jest na to lekarstwo. Mówię jej też, aby starała się myśleć o ulepszeniu przyszłości, no i poza tym takie momenty jak ten, są ważne - przyjemność kontaktu z drugim człowiekiem. No, ale co to za kontakt, skoro prawie się nie rozumiemy, i kto wie, czy moje towarzystwo jest dla niej przyjemne.

W pierwszy dzień w Delhi (i w ostatni dzień ważności mojej wizy) po 4 godzinach udaje mi się załatwić wydłużenie nieprzedłużalnej wizy turystycznej i mogę mówić o szczęściu, bo większość osób jest po prostu odsyłana do Nepalu po nową wizę. Problem z wizą u wielu osób wynika z braku miejsc w samolocie, na który mieli wcześniej kupiony i potwierdzony bilet. Niektórzy musza czekać i miesiąc, tak wielkie jest obłożenie miejsc. No, ale w końcu żyje tu ponad miliard osób. Nie udaje mi się natomiast zdobyć odpowiedniego nowego widelca do mojego roweru, tak więc postanawiam zakończyć moje podróżowanie po Indiach i takowy kupić już w Bangkoku. Nie żeby nie było już w Indiach niczego ciekawego do zobaczenia, wręcz przeciwnie, ale samotne podróżowanie na zasadzie "6 godzin w pociągu - zobaczyć jakiś budynek - spotkać lokalnych friends, którym w miejscowościach turystycznych w ostateczności chodzi zawsze o pieniądze - jechać dalej do następnej miejscowości turystycznej" to jest to czego chciałem uniknąć wybierając podróżowanie rowerem.

Publiczna kąpiel, Khajuraho, IndieZałatwiając potrzebne do odlotu rzeczy (bilet lotniczy, pudło na rower, wiza tajlandzka itp.) przekonuje się też, jak ekonomiczne jest posiadanie roweru w dużym mieście - autoriksze w Delhi wcale nie są tanie. Aby zaoszczędzić pieniądze, idę na układ z kierowcą taksówki, który proponowany jest tutaj chyba każdemu turyście: płacisz mniej za taksówkę, ale musisz wstąpić po drodze do sklepu na 5 minut. Upewniam się wcześniej, że w sklepie nie grozi mi żadne fizyczne niebezpieczeństwo, a jedynie słowna presja do kupienia tradycyjnych indyjskich wyrobów po zawyżonej cenie. Kierowca dostaje 50 rupii (5 zł) w gotówce za każdego doprowadzonego klienta i procent od ewentualnie kupionego towaru.

Wynajmując taksówkę na prawie cały dzień zaliczam aż... 7 sklepów, gdzie jestem bardzo zainteresowany ;-) kupnem dywanów, kamieni szlachetnych, biżuterii, instrumentów muzycznych, szali jedwabnych itp. W ostatnim sklepie, już późno wieczorem po całym dniu załatwiania spraw i dodatkowo zwiedzania miasta, podobnie jak ja zmęczony pracownik, któremu pewnie nie chciało się po raz kolejny odgrywać swojego przedstawienia, pyta mnie wprost, czy w ogóle naprawdę chcę kupić jakiś dywan. Bardzo ciśnie mi się na usta: "Nie chcę żadnych dywanów, chcę po prostu zaoszczędzić na taksówce" :-) Na drugi dzień dowiaduję się, że kierowca za wizytę dostaje 4 razy więcej niż mówił :-)

Swoją drogą ceny w tych imperiach pamiątkarskich musza być nieźle wysokie, skoro opłaca im się w ten sposób utrzymywać ruch. I z drugiej strony, znając realną kwotę, jaką dostaje kierowca, można by na tym nieźle zarobić (przy podziale pól na pól). Rzadko się zdarza, aby ktoś płacił tylko za oglądanie towaru.

Erotyczna elewacja, Khajuraho, IndieW ramach dalszych oszczędności kupuję bilet do Bangkoku nie z Delhi, ale z Kalkuty. Zaoszczędzenie $130 plus możliwość nadprogramowego zwiedzenia słynnego miasta wydaje mi się dobrym pomysłem, dopóki nie staję przed faktem braku wolnych miejsc w jakimkolwiek pociągu do Kalkuty na najbliższy tydzień (oprócz zwykłego osobowego, który musi chyba jechać dwie doby, skoro ekspres jedzie 24 godziny - w tym wypadku i tak nie zdążyłbym na samolot). Na kilka godzin przed odjazdem ostatniego pasującego mi pociągu jeszcze raz idę na dworzec sprawdzić. Jest jeden bilet w najwyższej klasie, tak drogi, że trochę dopłacę i polecę do Kalkuty samolotem (o ile wcześniej zarezerwowałbym miejsce, bo lokalne przeloty tez są mocno obłożone). Gdy już mam odchodzić, nagle znajduje się jakiś tańszy bilet. Pytam kasjera, jak to zrobił ? "Working here I learnt not to disappoint anybody."

Uff... Udaje mi się wpakować pudło z rowerem do przedziału, leżę na łóżku i próbuję się wreszcie zrelaksować po trzech dniach bieganiny, obiecując sobie przeznaczać na załatwianie spraw związanych z odlotem co najmniej 5 dni (jeszcze przed startem w swoich planach przeznaczałem na coś takiego naiwnie jeden dzień). Zamykam oczy i po 5 minutach, to nie żart, podchodzi do mnie człowiek z biletem wypisanym na moje miejsce i prosi, abym poszedł z nim potwierdzić mój bilet. Idę, oczywiście z zamiarem walczenia o swoje miejsce. Podróż pociągiem na zachodzie jest standardowo banalna i nudna, w Indiach jest przygodą. Okazuje się, że to jego bilet zawiera błąd (był wypisany ręcznie, a mój był wydrukowany z komputera), wiec mogę spać spokojnie. Wracam do przedziału, a tu... na moim łóżku siedzi naga sadhu i uśmiecha się dwuznacznie. Dobra, tym razem żartuję ;-)

Dom Matki Teresy z Kalkuty, IndieW Kalkucie odwiedzam oczywiście dom Matki Teresy, gdzie teraz m.in. znajduje się jej grób. Obok, na ścianach rozpisany jest życiorys wraz ze zdjęciami oraz jej różne wypowiedzi i zalecenia dla sióstr, które kontynuują dzieło pomocy najbardziej potrzebującym, nie tylko w Indiach, ale w różnych krajach na całym świecie. Jednym z zaleceń jest, aby idąc nawet do najbardziej cierpiących, zawsze mieć uśmiech na twarzy i coś śmiesznego do powiedzenia, bo dobry humor jest zaraźliwy. Zostawiam skromny datek i metrem (tak, Kalkuta to ogromna metropolia) jadę zobaczyć Victoria Memorial - pomniki dawnych rządców Indii. Po raz kolejny dochodzi do mnie, jak młody jest obecny świat - Anglicy wycofali się z Indii zaledwie 50 lat temu. A 150 lat temu niedaleko stąd odbywały się jeszcze krwawe obrzędy ku czci bogini Kali...

Na lotnisku jeszcze jedna ostatnia ciekawostka. Za przebywanie w budynku na trzy godziny wcześniej niż odlot samolotu trzeba płacić - to dlatego przed wejściem stoją krzesła. Pisałem już, ile w Indiach żyje ludzi?

Krzysiek
poleć stronę znajomym