W pociągu do Varanasi poznaję 28-latka z Bangalore, który wyróżnia się swoją
południowoindyjską urodą (długie, kruczo-czarne włosy, pociągła twarz, orli
nos) tak, że początkowo biorę go w ogóle za zagranicznego turystę.
Asi wraca do domu ze święta
Kumbh Mela, które odbywa się raz na 12 lat.
Podczas tego święta doszło do śmiesznej sytuacji, kiedy przed jednym z nagich
sadhu rozebrała się do naga turystka z Meksyku, zaraz została zgarnięta przez
policję. I gdzie tu sprawiedliwość i równouprawnienie płci?;-)
Asi opowiada mi też, że na południu Indii jest dużo więcej białych
zafascynowanych naukami guru na eksport i że jest to śmieszne też dla Hindusów,
ale nikt otwarcie tego nie okazuje, bo po co psuć świetny biznes. W rozmowie
wychodzi też, że nasze doświadczenia życiowe w kilku punktach są zadziwiająco
zbieżne. Próbujemy też sobie opowiadać na zmianę dowcipy, ale w zasadzie
śmiejemy się tylko ze swoich. To jest straszne, jak bardzo poczucie humoru
zależy od kultury, w której się człowiek wychował. Za trzy miesiące Asi
zamierza wyjechać do Holandii i zrobić tam karierę grafika komputerowego. Na
pożegnanie zostawiam mu mój e-mail i zachęcam do wizyty w Krakowie. Ja
wysiadam, ale mój rower nie, i do końca nikt nie wie, czy w ogóle znajdował się
w tym pociągu. Odzyskanie roweru zajmuje, bagatelka, 14 godzin oczekiwania na
dworcu. Na szczęście jestem zbyt zmęczony podróżą i zbyt chory (żołądek), aby
się denerwować.

W
Khajuraho odwiedzam kilkanaście starych hinduskich świątyń, słynnych ze swoich
zewnętrznych zdobień, głównie rzeźb. Całość jest piękna i robi niesamowite
wrażenie swoją odmiennością od architektury europejskiej czy bliskowschodniej.
Do Agry docieram późno w nocy autobusem (mimo, że jest to podróż niebezpieczna,
niewygodna, wolniejsza i droższa od pociągu, no ale przynajmniej rower mam na
dachu i nie muszę obawiać się jego utraty). Przydworcowe hotele w tym, było nie
było, dużym miecie, to po prostu chlew, ale jestem zbyt zmęczony 14 godzinami
spędzonymi w autobusie, aby szukać czegoś innego w centrum miasta (7 km od
dworca). Pokój z tłukącym się wentylatorem (chyba sprzed II wojny światowej)
jest cały wysmarowany brudem, chyba najgorszy, w jakim spałem podczas całej
mojej wyprawy. Żeby było śmieszniej, o 7 rano budzi mnie człowiek z pytaniem,
czy chcę zamówić śniadanie do łóżka.
W ogóle jeśli chodzi o higienę, to Indie są co najmniej dwa razy niżej niż
Afryka, co dla mnie jest zaskoczeniem (Indie - tysiące lat cywilizacji ?). W
różnych miejscach po drodze widziałem brudne, cuchnące stawy, w których ludzie
myją siebie, zwierzęta (woły) i robią pranie (nic dziwnego, że nawet świeżo
wyprana pościel w hotelach jest brudna). Chyba nic nie przebije jednak sceny z
dworcowej toalety w Agrze, gdzie pewien człowiek umył sobie ręce, po prostu
zgarniając z podłogi brud, rozcierając go w rękach i spłukując wodą.
Po dwóch godzinach oczekiwania w biurze rejestracji turystów (całym zawalonym
stosami zakurzonych papierów) dowiaduje się, że jedynym miejscem w Indiach,
gdzie mogę przedłużyć swoją wizę, jest Ministerstwo Spraw Wewnętrznych w Delhi
(nie pomaga zasugerowanie opłaty za dodatkową pracę). Całe szczęście, że
zostawiłem sobie jeden dzień rezerwy. Jadę zatem szybko zobaczyć tylko słynny
Taj Mahal, przed kolejną autobusową męką. Cena za zobaczenie tego symbolu Indii
po ostatniej podwyżce wynosi $10 plus $10 podatku. Gdyby było to po prostu $20,
być może zapłaciłbym ten haracz i wszedł do środka, a tak w ramach protestu
przeciwko biurokracji rządowej przejeżdżam wzdłuż ogrodzenia i od strony rzeki
zza muru oglądam tylną część pałacu. Też pięknie wygląda, a

przynajmniej
będę miał niestandardowe zdjęcia ;-)
W autobusie do Delhi po kilkunastu minutach kierowca wjeżdża pod jakąś niską
rampę i przyciera całym dachowym bagażem, łamiąc przy okazji widelec w moim
rowerze. Początkowo wydaje mi się, że złamana jest tylko śruba mocująca
kierownicę, więc nie żądam wysokiego odszkodowania. Po negocjacjach z udziałem
tłumacza (szczęście, że ktoś w autobusie mówił po angielsku) dostaję cale 7,5
zł, co nawet nie jest ceną za dodatkowy pełny bilet za przewóz roweru.
Tłumaczem, a w zasadzie tłumaczką, okazuje się dość ładna i wyglądająca na dużo
młodszą 21-letnia Jopi, która przyjechała przedpołudniem do Agry na ślub
kolegi, ale nie znalazła adresu, więc wraca. Dodatkowo zgubiła bagaż. Jak,
gdzie, nie wiem, bo z jej angielszczyzny rozumiem piąte przez dziesiąte i
rozmowa jest prawie niemożliwa, dodatkowo hałas silnika i tłukące się szyby też
robią swoje.
Tak oto jedziemy nocą do stolicy Indii, z przerwami na dłuższy postój w
przydrożnej restauracji (gdzie po stoiskach z żywnością od czasu do czasu
przebiegają szczury, i po którym trzeba pchać autobus, aby zapalił) i kontrolę
policyjną bagażu pasażerów. W pewnym momencie niespodziewanie siedząca obok
Jopi pyta mnie... co sądzę o życiu ??? Bo ona nie widzi w nim żadnego sensu i
nie lubi go. Od kilku lat choruje na coś i cierpi straszne bóle w rękach i
twarzy, dodatkowo nie ma pieniędzy i jest uzależniona od rodziców, którzy "nie
pytają jej nigdy, na co ma ochotę". Brak większych perspektyw na zmianę, jednym
słowem "life sucks". Teraz np. musi wysiąść w jakiejś wiosce przed Delhi i noc
spędzić u ciotki, bo nie wolno jej tak późno wracać do domu. Próbuję
bezskutecznie się dowiedzieć, co to za choroba, bo być może w Europie jest na
to lekarstwo. Mówię jej też, aby starała się myśleć o ulepszeniu przyszłości,
no i poza tym takie momenty jak ten, są ważne - przyjemność kontaktu z drugim
człowiekiem. No, ale co to za kontakt, skoro prawie się nie rozumiemy, i kto
wie, czy moje towarzystwo jest dla niej przyjemne.
W pierwszy dzień w Delhi (i w ostatni dzień ważności mojej wizy) po 4 godzinach
udaje mi się załatwić wydłużenie nieprzedłużalnej wizy turystycznej i mogę
mówić o szczęściu, bo większość osób jest po prostu odsyłana do Nepalu po nową
wizę. Problem z wizą u wielu osób wynika z braku miejsc w samolocie, na który
mieli wcześniej kupiony i potwierdzony bilet. Niektórzy musza czekać i miesiąc,
tak wielkie jest obłożenie miejsc. No, ale w końcu żyje tu ponad miliard osób.
Nie udaje mi się natomiast zdobyć odpowiedniego nowego widelca do mojego
roweru, tak więc postanawiam zakończyć moje podróżowanie po Indiach i takowy
kupić już w Bangkoku. Nie żeby nie było już w Indiach niczego ciekawego do
zobaczenia, wręcz przeciwnie, ale samotne podróżowanie na zasadzie "6 godzin w
pociągu - zobaczyć jakiś budynek - spotkać lokalnych
friends, którym w
miejscowościach turystycznych w ostateczności chodzi zawsze o pieniądze -
jechać dalej do następnej miejscowości turystycznej" to jest to czego chciałem
uniknąć wybierając podróżowanie rowerem.

Załatwiając
potrzebne do odlotu rzeczy (bilet lotniczy, pudło na rower, wiza tajlandzka
itp.) przekonuje się też, jak ekonomiczne jest posiadanie roweru w dużym
mieście - autoriksze w Delhi wcale nie są tanie. Aby zaoszczędzić pieniądze,
idę na układ z kierowcą taksówki, który proponowany jest tutaj chyba każdemu
turyście: płacisz mniej za taksówkę, ale musisz wstąpić po drodze do sklepu na
5 minut. Upewniam się wcześniej, że w sklepie nie grozi mi żadne fizyczne
niebezpieczeństwo, a jedynie słowna presja do kupienia tradycyjnych indyjskich
wyrobów po zawyżonej cenie. Kierowca dostaje 50 rupii (5 zł) w gotówce za
każdego doprowadzonego klienta i procent od ewentualnie kupionego towaru.
Wynajmując taksówkę na prawie cały dzień zaliczam aż... 7 sklepów, gdzie jestem
bardzo zainteresowany ;-) kupnem dywanów, kamieni szlachetnych, biżuterii,
instrumentów muzycznych, szali jedwabnych itp. W ostatnim sklepie, już późno
wieczorem po całym dniu załatwiania spraw i dodatkowo zwiedzania miasta,
podobnie jak ja zmęczony pracownik, któremu pewnie nie chciało się po raz
kolejny odgrywać swojego przedstawienia, pyta mnie wprost, czy w ogóle naprawdę
chcę kupić jakiś dywan. Bardzo ciśnie mi się na usta: "Nie chcę żadnych
dywanów, chcę po prostu zaoszczędzić na taksówce" :-) Na drugi dzień dowiaduję
się, że kierowca za wizytę dostaje 4 razy więcej niż mówił :-)
Swoją drogą ceny w tych imperiach pamiątkarskich musza być nieźle wysokie,
skoro opłaca im się w ten sposób utrzymywać ruch. I z drugiej strony, znając
realną kwotę, jaką dostaje kierowca, można by na tym nieźle zarobić (przy
podziale pól na pól). Rzadko się zdarza, aby ktoś płacił tylko za oglądanie
towaru.

W
ramach dalszych oszczędności kupuję bilet do Bangkoku nie z Delhi, ale z
Kalkuty. Zaoszczędzenie $130 plus możliwość nadprogramowego zwiedzenia słynnego
miasta wydaje mi się dobrym pomysłem, dopóki nie staję przed faktem braku
wolnych miejsc w jakimkolwiek pociągu do Kalkuty na najbliższy tydzień (oprócz
zwykłego osobowego, który musi chyba jechać dwie doby, skoro ekspres jedzie 24
godziny - w tym wypadku i tak nie zdążyłbym na samolot). Na kilka godzin przed
odjazdem ostatniego pasującego mi pociągu jeszcze raz idę na dworzec sprawdzić.
Jest jeden bilet w najwyższej klasie, tak drogi, że trochę dopłacę i polecę do
Kalkuty samolotem (o ile wcześniej zarezerwowałbym miejsce, bo lokalne przeloty
tez są mocno obłożone). Gdy już mam odchodzić, nagle znajduje się jakiś tańszy
bilet. Pytam kasjera, jak to zrobił ? "Working here I learnt not to disappoint
anybody."
Uff... Udaje mi się wpakować pudło z rowerem do przedziału, leżę na łóżku i
próbuję się wreszcie zrelaksować po trzech dniach bieganiny, obiecując sobie
przeznaczać na załatwianie spraw związanych z odlotem co najmniej 5 dni
(jeszcze przed startem w swoich planach przeznaczałem na coś takiego naiwnie
jeden dzień). Zamykam oczy i po 5 minutach, to nie żart, podchodzi do mnie
człowiek z biletem wypisanym na moje miejsce i prosi, abym poszedł z nim
potwierdzić mój bilet. Idę, oczywiście z zamiarem walczenia o swoje miejsce.
Podróż pociągiem na zachodzie jest standardowo banalna i nudna, w Indiach jest
przygodą. Okazuje się, że to jego bilet zawiera błąd (był wypisany ręcznie, a
mój był wydrukowany z komputera), wiec mogę spać spokojnie. Wracam do
przedziału, a tu... na moim łóżku siedzi naga sadhu i uśmiecha się dwuznacznie.
Dobra, tym razem żartuję ;-)

W
Kalkucie odwiedzam oczywiście dom Matki Teresy, gdzie teraz m.in. znajduje się
jej grób. Obok, na ścianach rozpisany jest życiorys wraz ze zdjęciami oraz jej
różne wypowiedzi i zalecenia dla sióstr, które kontynuują dzieło pomocy
najbardziej potrzebującym, nie tylko w Indiach, ale w różnych krajach na całym
świecie. Jednym z zaleceń jest, aby idąc nawet do najbardziej cierpiących,
zawsze mieć uśmiech na twarzy i coś śmiesznego do powiedzenia, bo dobry humor
jest zaraźliwy. Zostawiam skromny datek i metrem (tak, Kalkuta to ogromna
metropolia) jadę zobaczyć Victoria Memorial - pomniki dawnych rządców Indii. Po
raz kolejny dochodzi do mnie, jak młody jest obecny świat - Anglicy wycofali
się z Indii zaledwie 50 lat temu. A 150 lat temu niedaleko stąd odbywały się
jeszcze krwawe obrzędy ku czci bogini Kali...
Na lotnisku jeszcze jedna ostatnia ciekawostka. Za przebywanie w budynku na
trzy godziny wcześniej niż odlot samolotu trzeba płacić - to dlatego przed
wejściem stoją krzesła. Pisałem już, ile w Indiach żyje ludzi?
Krzysiek
poleć stronę znajomym