Do Indii wjeżdżam wczesnym popołudniem przez przejście graniczne w Sunauli i
po 60 km zatrzymuję się w pierwszym większym miasteczku, Pharenda, z zamiarem
świętowania nowego kraju - zwyczajowo dobrą restauracją i/lub hotelem.

Jedyne
jednak, co jest dostępne, to guest house dla handlarzy warzyw i żywność na
stoiskach ulicznych. Pokój kosztuje 35 rupii (około 3,5 zl), ale stan czystości
pościeli i materaca budzi odruchy wymiotne. Wyjmuje wiec mój śpiwór - hm, tez
nie wygląda za dobrze, no ale przynajmniej nie jest, za przeproszeniem, obsrany
przez szczury i myszy. Dodatkową atrakcją są tysiące komarów i brak prądu po
19-tej (rzecz powszechna w Indiach). Zakupy pomaga mi zrobić kilku uczniów
pobliskiej szkoły średniej. Oczywiście wcześniej upewniam się, czy za pomoc nie
przyjdzie mi później zapłacić. Już nie pamiętam, kiedy byłem tak milo
przyjmowany, zwłaszcza, że następnego dnia rano zostaje zaproszony (a raczej
zgarnięty) przez starszego człowieka na dłuższą rozmowę faktograficzną i
indyjska herbatę (podawaną z mlekiem, cukrem i przyprawianą imbirem).
Pożywiam się na ulicznych straganach smażonymi warzywami, jajkami i mięsem,
obtaczanymi w mące z ciecierzycy (sztuka 5-10 groszy) i daniem przypominającym
placki ziemniaczane z sosem grochowym, cebulą i papryczkami, podawanym na
talerzu wykonanym z suszonych liści (50 groszy - ceny przytaczam, bo są
śmiesznie niskie). Później chłopcy oprowadzają mnie po miasteczku i zwiedzamy
hinduistyczne miejsce pielgrzymkowe. Jest to niewielki park z ogrodem i stawem,
gdzie przy ścieżce znajduje się kilkanaście otwartych kapliczek lub małych
świątynek z figurkami bogów i bogiń o kilku parach rąk i twarzach ludzkich lub
zwierzęcych (małp, słoni itp.). Wszystko bardzo kolorowe, niektóre posążki maja
świecące zdobieniami ubranka. Mimo, że jest późny wieczór, przewija się sporo
ludzi -

kłaniają
się, bija w dzwony, palą w świeczki i kadzidełka, namaszczają czoła, dotknąwszy
wcześniej stóp bogów. Dla mnie to wszystko wygląda bardziej na wystawę
egzotycznych lalek i mitologię, dlatego pytam chłopców, czy naprawdę wierzą we
wszystkich tych bogów i boginie. "Pewnie, czemu by nie ???" - odpowiadają
niemal chórem.
Przesadą byłoby mówienie o szoku kulturowym, ale jeśli bym już musiał wskazać
na mojej trasie na coś, to byłoby to miejsce i Indie w ogólności, bo jest to
kraj odmienny od wszystkich innych, w którym zachowało się do dziś bardzo dużo
różnic kulturowych i ekonomicznych. Niektóre z nich nie są widoczne dla
zewnętrznego obserwatora, np. cały system kastowy. Jedynym śladem jego
obecności, na jaki się natknąłem był podział ogłoszeń matrymonialnych w
gazecie. Same ogłoszenia też są śmieszne. Większość jest w

stylu:
"Ojciec (zawód, stanowisko, pensja w rupiach) poszukuje dla syna/córki (zawód,
stanowisko, pensja w rupiach) odpowiedniej kandydatki/kandydata ...".
O oryginalności Indii może tez świadczyć to, że zrobiłem tutaj bardzo dużą
ilość zdjęć (jak na jeden kraj), a nie robię ich dużo, zazwyczaj tylko wtedy,
gdy zobaczę coś specyficznego (nie robię reportażu). W Indiach są to przede
wszystkim zdjęcia ludzi i architektury, bo krajobraz jest przez cały czas
wyjątkowo monotonny: płaskie jak stół zielone pola, czasem przecięte rzeką.
Jedynymi wzniesieniami, na które trzeba tutaj wjeżdżać, są łukowate wygięte
mosty :-).
Zwierząt jest dużo, ale są to ciągle te same gatunki: woły,

krowy
i małpy, z którymi ludzie tutaj walczą (dziwiłem się, dopóki nie zostałem
zaatakowany przez małpę o czerwonej twarzy na dworcu w Varanasi - szczerząc
zęby próbowała mi wyrwać siatkę z jedzeniem :-) !). Czasem na drogach czy
ulicach można też spotkać słonie jako... środki transportu.
Przydrożne miasta i miasteczka wszędzie mają jedną cechę wspólną: zawierają
niezliczoną ilość ludzi. Czegoś takiego jeszcze nigdy nie widziałem. Dziesiątki
tysięcy głów plus rowery i próbujące się przebić przez to ludzkie morze
autobusy. Do tego głośna, ostra indyjska muzyka z megafonów. Ostatnie badania
wykazały, ze w Indiach populacja przekroczyła miliard ! Jadąc z północy (z
Nepalu) zauważam, że twarze obu płci straciły swoja mongoidalność, kobiece
stały się bardziej dzikie (dalej obowiązuje kolczyk w nosie). Stroje mężczyzn
stały się bardziej sukmanowate (białe, a raczej szare), kobiety noszą jaskrawe
pomarańczowe sari z odkrytym brzuchem, które bardzo mocno kontrastują z
otaczającą zielenią (często można zobaczyć pojedyncze kobiety śpieszące gdzieś
przez pola)

.
Pierwszym moim głównym celem w Indiach jest święte miasto Hindusów, Varanasi
(Benares), od którego z granicy dzieli mnie ponad 300 km. Po drodze nie ma
możliwości spania w namiocie na dziko, bo wszędzie jest się na widoku (drzewa
rosną tylko w rzędzie wzdłuż drogi i wokół domów). Nawet gdy zatrzymuje się
tylko na chwilowy odpoczynek, zaraz zbliżają się ludzie, a potem następni
ludzie i... następni ludzie. Z reguły nic nie mówią, tylko patrzą, oczywiście
głównie na "niesamowity" rower z licznikiem i przerzutkami, którymi po chwili
ktoś odważniejszy zaczyna się bawić. Gorzej, gdy ze szkoły wyjdą uczniowie.
Wtedy zdarza się, że jestem oblegany przez więcej niż 100 osób naraz. W tych
warunkach problemem jest załatwienie czynności fizjologicznych, a te przy
indyjskim super ostrym jedzeniu są często bardzo naglące (kłopoty żołądkowe z
mniejszym i większym nasileniem mam od drugiego dnia do końca pobytu). Raz
tylko wykorzystałem namiot, bo z braku hoteli w okolicy zostałem zaproszony na
nocleg do obozowiska policji (przy okazji: policjanci w Indiach są bardzo mili
i pomocni, jeśli chodzi o informacje, najważniejsze: mówią po angielsku). Przy
porannej toalecie mogę się naocznie przekonać, ze człowiek, który przy drodze
sprzedawał równo przycięte patyki (gałązki) o różnych szerokościach
rzeczywiście sprzedawał... szczoteczki do zębów. Nie wierzyłem.
Z innych ciekawostek: powoli toczący się lokalny pociąg wyładowany ludźmi,
niektórzy trzymają za oknami rowery, a część siedzi po prostu na dachach
wagonów; przydrożne zakłady fryzjerskie, tj. krzesło lub kamień i lusterko
zawieszone na drzewie (włosy można obciąć za 1 zł); rozpowszechnione znaki
swastyki (odwrotne niż hitlerowska) jako symbole energii;
paan - bardzo
popularna, orzeźwiająca używka do żucia, po której mężczyźni mają tutaj
czerwone wargi i zęby; czy wreszcie oczywiście zaklinacze kobr.

W
sklepach leży pełno przeterminowanych zachodnich produktów lub po prostu bardzo
starych np. baterie sprzed 4 lat, skorodowane ze starości puszki pepsi i kakao
(robiąc zakupy czuję się czasem jak bohater "Ubika" Philipa K. Dicka).
W mieście Mau (gdzie 75% stanowią indyjscy muzułmanie) właściciel hotelu po
krótkiej rozmowie zadał mi "trzy pytania na temat Europy": czy to prawda, ze
Europejczycy traktują swoje matki i siostry jak żony (chodziło mu o stosunki
kazirodcze); czy to prawda, ze w Europie mężczyźni żenią się z mężczyznami; i
czy to prawda, ze w Europie jest "free sex" (tzn. przedmałżeński).
Tuz przed Varanasi odwiedzam małe miasteczko Sarnath, gdzie ponoć Budda
wygłosił swoją pierwszą mowę po oświeceniu. Znajdują się tu m.in. tysiącletnie
stupy, do których pielgrzymują buddyści z Tybetu i modlą się przed nimi na
leżąco (a mnie uczono, ze buddyzm to filozofia a nie religia ?). Zaś do
Varanasi przyjeżdżają pielgrzymi z całego subkontynentu indyjskiego, aby obmyć
się z grzechów w świętej rzece Ganges. Codziennie przybywają ich tysiące, w
związku z tym kilometrowy pas wzdłuż rzeki jest wyłączony z ruchu i
przeznaczony tylko dla pieszych. Kamienne zejścia do wody w formie schodów
(ghaty) ciągną się przez kilka kilometrów (przeciwległy, pustynny brzeg nie
jest zabudowany).

Niedaleko
obu końców dwa ghaty mają specjalne znaczenie - są przeznaczone do spalania
zwłok. Spalanie odbywa się na w sumie niewielkich ilościach drewna. Ogień tutaj
płonie 24 godziny na dobę. Obok piętrzą się stosy gałęzi i leżą czekające na
swoją kolej, owinięte w materiał ciała. Właściciel łódki, z której to oglądam,
mówi, że ciała dzieci i osób świętych nie są spalane, tylko wrzucane z
kamieniem do wody.
Na brzegu natrafiam też na występ (?) trzech
naga sadhu, dwóch (w tym
jeden to prawie dziecko) ubranych jest tylko... w popiół (dla ochrony przed
chłodem), trzeci w takt muzyki odkrywa się na chwilę i dzwoni dzwoneczkami
przywiązanymi do... swojego instrumentu. Najdziwniejsze jest jednak to, że obok
ustawia się kolejka wiernych, chcących złożyć ofiarę pieniężną, dotknąć i
ucałować świętych mężów, dostać błogosławieństwo i pomazanie popiołem.
Wieczorem nad rzeką odbywają się ceremonie religijne mocno oddziaływujące na
zmysły: dźwięczne (dzwony, kowadła, bębny), kolorowe (ogień, kwiaty) i
zapachowe (kadzidełka).
W tym wszystkim przewija się tez spora ilość młodszych i starszych ludzi z
Zachodu ubranych w indyjskie stroje, z indyjskimi znakami na czołach i
generalnie bawiących się w "jestem prawdziwym Hindusem". Dla mnie jest to
śmieszne i zaskakujące, bo myślałem, że czasy hippisów już dawno minęły. Ponoć
szukają tutaj odpowiedzi na ważne życiowe pytania, ale więcej bardzo tanich
konopi indyjskich temu, kto poda choć jedną odpowiedź, jaką tutaj znalazł.
Zazwyczaj kończy się na mętnej krytyce kapitalizmu, dzięki któremu biali sadhu
mają środki finansowe i techniczne, aby tu dotrzeć...
W Varanasi zaczyna się też moja przygoda z indyjską biurokracją. Okazuje się
bowiem, że wydłużenie o dwa tygodnie wizy turystycznej zajmuje 5 dni roboczych.
Ponoć w Agrze można załatwić to w jeden dzień (tak mówi urzędnik). Moja wiza za
kilka dni traci ważność, więc postanawiam dotrzeć tam szybko pociągiem, a po
drodze przy okazji odwiedzić słynne ze swoich kamiennych świątyń Khajuraho. Aby
przewieźć pociągiem pospiesznym rower, trzeba najpierw go zaopatrzyć w
koniecznie metalową tabliczkę z opisem kto-co-skąd-dokąd. Takie tabliczki (tzn.
kawałek zardzewiałej blachy z odręcznie wykonanym lakierem napisem) można na
poczekaniu zamówić pod dworcem.
c.d.
Krzysiek
poleć stronę znajomym