rowerem
przez trzy
kontynenty,
2000/01
opowiadania/index.shtmlOPOWIADANIA
ZapiskiZapiski
żyjąc w: Szwajcaria i Europażyjąc w: Szwajcaria i Europa
camino de Santiagocamino de Santiago
Krzysztof Rozmus 
żyjący na ziemi 
Wyprawa rowerem przez 3 kontynenty
 
WYPRAWA ROWEREM PRZEZ 3 KONTYNENTY, 2000/01
Relacje
Europa: Na starcie RzymDroga zachodnim wybrzeżemNeapol PompejeDo portu w BariGrecja Turcja
Bliski Wschód: Na granicy syryjskiejSyria Jordania - część północnaIzraelJerozolima Jordania - górySynaj
Afryka: Egipt - część afrykańska UgandaKenia
Azja: NepalIndieIndie c.d.TajlandiaMalezjaSingapur


Rowerem przez 3 kontynenty: Indie
16.02-22.02.2001

Do Indii wjeżdżam wczesnym popołudniem przez przejście graniczne w Sunauli i po 60 km zatrzymuję się w pierwszym większym miasteczku, Pharenda, z zamiarem świętowania nowego kraju - zwyczajowo dobrą restauracją i/lub hotelem.

Hare Kriszna, IndieJedyne jednak, co jest dostępne, to guest house dla handlarzy warzyw i żywność na stoiskach ulicznych. Pokój kosztuje 35 rupii (około 3,5 zl), ale stan czystości pościeli i materaca budzi odruchy wymiotne. Wyjmuje wiec mój śpiwór - hm, tez nie wygląda za dobrze, no ale przynajmniej nie jest, za przeproszeniem, obsrany przez szczury i myszy. Dodatkową atrakcją są tysiące komarów i brak prądu po 19-tej (rzecz powszechna w Indiach). Zakupy pomaga mi zrobić kilku uczniów pobliskiej szkoły średniej. Oczywiście wcześniej upewniam się, czy za pomoc nie przyjdzie mi później zapłacić. Już nie pamiętam, kiedy byłem tak milo przyjmowany, zwłaszcza, że następnego dnia rano zostaje zaproszony (a raczej zgarnięty) przez starszego człowieka na dłuższą rozmowę faktograficzną i indyjska herbatę (podawaną z mlekiem, cukrem i przyprawianą imbirem).

Pożywiam się na ulicznych straganach smażonymi warzywami, jajkami i mięsem, obtaczanymi w mące z ciecierzycy (sztuka 5-10 groszy) i daniem przypominającym placki ziemniaczane z sosem grochowym, cebulą i papryczkami, podawanym na talerzu wykonanym z suszonych liści (50 groszy - ceny przytaczam, bo są śmiesznie niskie). Później chłopcy oprowadzają mnie po miasteczku i zwiedzamy hinduistyczne miejsce pielgrzymkowe. Jest to niewielki park z ogrodem i stawem, gdzie przy ścieżce znajduje się kilkanaście otwartych kapliczek lub małych świątynek z figurkami bogów i bogiń o kilku parach rąk i twarzach ludzkich lub zwierzęcych (małp, słoni itp.). Wszystko bardzo kolorowe, niektóre posążki maja świecące zdobieniami ubranka. Mimo, że jest późny wieczór, przewija się sporo ludzi - Varanasi, Indiekłaniają się, bija w dzwony, palą w świeczki i kadzidełka, namaszczają czoła, dotknąwszy wcześniej stóp bogów. Dla mnie to wszystko wygląda bardziej na wystawę egzotycznych lalek i mitologię, dlatego pytam chłopców, czy naprawdę wierzą we wszystkich tych bogów i boginie. "Pewnie, czemu by nie ???" - odpowiadają niemal chórem.

Przesadą byłoby mówienie o szoku kulturowym, ale jeśli bym już musiał wskazać na mojej trasie na coś, to byłoby to miejsce i Indie w ogólności, bo jest to kraj odmienny od wszystkich innych, w którym zachowało się do dziś bardzo dużo różnic kulturowych i ekonomicznych. Niektóre z nich nie są widoczne dla zewnętrznego obserwatora, np. cały system kastowy. Jedynym śladem jego obecności, na jaki się natknąłem był podział ogłoszeń matrymonialnych w gazecie. Same ogłoszenia też są śmieszne. Większość jest w Hinduska, Indiestylu: "Ojciec (zawód, stanowisko, pensja w rupiach) poszukuje dla syna/córki (zawód, stanowisko, pensja w rupiach) odpowiedniej kandydatki/kandydata ...".

O oryginalności Indii może tez świadczyć to, że zrobiłem tutaj bardzo dużą ilość zdjęć (jak na jeden kraj), a nie robię ich dużo, zazwyczaj tylko wtedy, gdy zobaczę coś specyficznego (nie robię reportażu). W Indiach są to przede wszystkim zdjęcia ludzi i architektury, bo krajobraz jest przez cały czas wyjątkowo monotonny: płaskie jak stół zielone pola, czasem przecięte rzeką. Jedynymi wzniesieniami, na które trzeba tutaj wjeżdżać, są łukowate wygięte mosty :-).

Zwierząt jest dużo, ale są to ciągle te same gatunki: woły, Mycie wołów, Indiekrowy i małpy, z którymi ludzie tutaj walczą (dziwiłem się, dopóki nie zostałem zaatakowany przez małpę o czerwonej twarzy na dworcu w Varanasi - szczerząc zęby próbowała mi wyrwać siatkę z jedzeniem :-) !). Czasem na drogach czy ulicach można też spotkać słonie jako... środki transportu.

Przydrożne miasta i miasteczka wszędzie mają jedną cechę wspólną: zawierają niezliczoną ilość ludzi. Czegoś takiego jeszcze nigdy nie widziałem. Dziesiątki tysięcy głów plus rowery i próbujące się przebić przez to ludzkie morze autobusy. Do tego głośna, ostra indyjska muzyka z megafonów. Ostatnie badania wykazały, ze w Indiach populacja przekroczyła miliard ! Jadąc z północy (z Nepalu) zauważam, że twarze obu płci straciły swoja mongoidalność, kobiece stały się bardziej dzikie (dalej obowiązuje kolczyk w nosie). Stroje mężczyzn stały się bardziej sukmanowate (białe, a raczej szare), kobiety noszą jaskrawe pomarańczowe sari z odkrytym brzuchem, które bardzo mocno kontrastują z otaczającą zielenią (często można zobaczyć pojedyncze kobiety śpieszące gdzieś przez pola)Sprzedawca szczoteczek do zębów, Gorakhpur, Indie.

Pierwszym moim głównym celem w Indiach jest święte miasto Hindusów, Varanasi (Benares), od którego z granicy dzieli mnie ponad 300 km. Po drodze nie ma możliwości spania w namiocie na dziko, bo wszędzie jest się na widoku (drzewa rosną tylko w rzędzie wzdłuż drogi i wokół domów). Nawet gdy zatrzymuje się tylko na chwilowy odpoczynek, zaraz zbliżają się ludzie, a potem następni ludzie i... następni ludzie. Z reguły nic nie mówią, tylko patrzą, oczywiście głównie na "niesamowity" rower z licznikiem i przerzutkami, którymi po chwili ktoś odważniejszy zaczyna się bawić. Gorzej, gdy ze szkoły wyjdą uczniowie. Wtedy zdarza się, że jestem oblegany przez więcej niż 100 osób naraz. W tych warunkach problemem jest załatwienie czynności fizjologicznych, a te przy indyjskim super ostrym jedzeniu są często bardzo naglące (kłopoty żołądkowe z mniejszym i większym nasileniem mam od drugiego dnia do końca pobytu). Raz tylko wykorzystałem namiot, bo z braku hoteli w okolicy zostałem zaproszony na nocleg do obozowiska policji (przy okazji: policjanci w Indiach są bardzo mili i pomocni, jeśli chodzi o informacje, najważniejsze: mówią po angielsku). Przy porannej toalecie mogę się naocznie przekonać, ze człowiek, który przy drodze sprzedawał równo przycięte patyki (gałązki) o różnych szerokościach rzeczywiście sprzedawał... szczoteczki do zębów. Nie wierzyłem.

Z innych ciekawostek: powoli toczący się lokalny pociąg wyładowany ludźmi, niektórzy trzymają za oknami rowery, a część siedzi po prostu na dachach wagonów; przydrożne zakłady fryzjerskie, tj. krzesło lub kamień i lusterko zawieszone na drzewie (włosy można obciąć za 1 zł); rozpowszechnione znaki swastyki (odwrotne niż hitlerowska) jako symbole energii; paan - bardzo popularna, orzeźwiająca używka do żucia, po której mężczyźni mają tutaj czerwone wargi i zęby; czy wreszcie oczywiście zaklinacze kobr. Zaklinacz kobr, IndieW sklepach leży pełno przeterminowanych zachodnich produktów lub po prostu bardzo starych np. baterie sprzed 4 lat, skorodowane ze starości puszki pepsi i kakao (robiąc zakupy czuję się czasem jak bohater "Ubika" Philipa K. Dicka).

W mieście Mau (gdzie 75% stanowią indyjscy muzułmanie) właściciel hotelu po krótkiej rozmowie zadał mi "trzy pytania na temat Europy": czy to prawda, ze Europejczycy traktują swoje matki i siostry jak żony (chodziło mu o stosunki kazirodcze); czy to prawda, ze w Europie mężczyźni żenią się z mężczyznami; i czy to prawda, ze w Europie jest "free sex" (tzn. przedmałżeński).

Tuz przed Varanasi odwiedzam małe miasteczko Sarnath, gdzie ponoć Budda wygłosił swoją pierwszą mowę po oświeceniu. Znajdują się tu m.in. tysiącletnie stupy, do których pielgrzymują buddyści z Tybetu i modlą się przed nimi na leżąco (a mnie uczono, ze buddyzm to filozofia a nie religia ?). Zaś do Varanasi przyjeżdżają pielgrzymi z całego subkontynentu indyjskiego, aby obmyć się z grzechów w świętej rzece Ganges. Codziennie przybywają ich tysiące, w związku z tym kilometrowy pas wzdłuż rzeki jest wyłączony z ruchu i przeznaczony tylko dla pieszych. Kamienne zejścia do wody w formie schodów (ghaty) ciągną się przez kilka kilometrów (przeciwległy, pustynny brzeg nie jest zabudowany). Spalanie zwłok nad Gangesem, IndieNiedaleko obu końców dwa ghaty mają specjalne znaczenie - są przeznaczone do spalania zwłok. Spalanie odbywa się na w sumie niewielkich ilościach drewna. Ogień tutaj płonie 24 godziny na dobę. Obok piętrzą się stosy gałęzi i leżą czekające na swoją kolej, owinięte w materiał ciała. Właściciel łódki, z której to oglądam, mówi, że ciała dzieci i osób świętych nie są spalane, tylko wrzucane z kamieniem do wody.

Na brzegu natrafiam też na występ (?) trzech naga sadhu, dwóch (w tym jeden to prawie dziecko) ubranych jest tylko... w popiół (dla ochrony przed chłodem), trzeci w takt muzyki odkrywa się na chwilę i dzwoni dzwoneczkami przywiązanymi do... swojego instrumentu. Najdziwniejsze jest jednak to, że obok ustawia się kolejka wiernych, chcących złożyć ofiarę pieniężną, dotknąć i ucałować świętych mężów, dostać błogosławieństwo i pomazanie popiołem. Wieczorem nad rzeką odbywają się ceremonie religijne mocno oddziaływujące na zmysły: dźwięczne (dzwony, kowadła, bębny), kolorowe (ogień, kwiaty) i zapachowe (kadzidełka).Naga sadhu, Indie

W tym wszystkim przewija się tez spora ilość młodszych i starszych ludzi z Zachodu ubranych w indyjskie stroje, z indyjskimi znakami na czołach i generalnie bawiących się w "jestem prawdziwym Hindusem". Dla mnie jest to śmieszne i zaskakujące, bo myślałem, że czasy hippisów już dawno minęły. Ponoć szukają tutaj odpowiedzi na ważne życiowe pytania, ale więcej bardzo tanich konopi indyjskich temu, kto poda choć jedną odpowiedź, jaką tutaj znalazł. Zazwyczaj kończy się na mętnej krytyce kapitalizmu, dzięki któremu biali sadhu mają środki finansowe i techniczne, aby tu dotrzeć...

W Varanasi zaczyna się też moja przygoda z indyjską biurokracją. Okazuje się bowiem, że wydłużenie o dwa tygodnie wizy turystycznej zajmuje 5 dni roboczych. Ponoć w Agrze można załatwić to w jeden dzień (tak mówi urzędnik). Moja wiza za kilka dni traci ważność, więc postanawiam dotrzeć tam szybko pociągiem, a po drodze przy okazji odwiedzić słynne ze swoich kamiennych świątyń Khajuraho. Aby przewieźć pociągiem pospiesznym rower, trzeba najpierw go zaopatrzyć w koniecznie metalową tabliczkę z opisem kto-co-skąd-dokąd. Takie tabliczki (tzn. kawałek zardzewiałej blachy z odręcznie wykonanym lakierem napisem) można na poczekaniu zamówić pod dworcem.

c.d.

Krzysiek
poleć stronę znajomym