Z Hurghady jadę prosto do miejscowości Port Safaga, gdzie oprócz części
turystycznej z hotelami jest też zwyczajne egipskie osiedle. Coś a'la
socrealistyczne blokowisko, tylko że prawie na pustyni i z meczetem.

Kilka
kilometrów dalej na policyjnym punkcie kontrolnym (takie punkty są wszędzie co
kilkadziesiąt kilometrów, także na Synaju) po godzinie oczekiwania na
komendanta okazuje się, że rowerem w Egipcie już dalej nie pojadę. Zagraniczni
turyści, czy to w autobusach, czy w prywatnych samochodach, mogą poruszać się
tylko w konwojach policyjnych. Taki konwój formowany jest dwa razy dziennie na
trasie Hurghada-Luksor i wyróżnia się tym, że z tyłu i z przodu jadą dwa
pickupy policyjne, a przy przejeżdżaniu przez miasta włączane są syreny. Z
prawdziwą ochroną ma to mało wspólnego. Więcej w tym cyrku, zabawy, a najwięcej
;-) chęci wywarcia na turystach wrażenia, że wszystko jest pod kontrolą po
tragicznych wydarzeniach z 1997 roku.

Ja
mam to szczęście, że ten rodzaj transportu nic mnie nie kosztuje. Rower biorą
mi do pierwszego wozu, a ja mogę albo jechać z policją, albo z policyjnego
przydziału wsiąść do któregoś z autokarów wycieczkowych, albo być zaproszonym
przez parę przesympatycznych Niemców do ich wypożyczonego volkswagena. Dzięki
temu święta Bożego Narodzenia spędzam w Luksorze, choć poza telefonem do
rodziny trudno mówić tutaj o świętowaniu.

Za
to po przeprawieniu się na drugi brzeg Nilu zwiedzam groby faraonów sprzed
kilku tysięcy lat. Wrażenie robią hieroglify. Jak to wygląda, to wszyscy wiedzą
ze szkoły. Tylko tutaj ma się to, że tak powiem, na żywo i w kolorze. Z Luksoru
do Kairu udaję się pociągiem, bo doliną Nilu za miejscowością Qena już nawet
konwoje nie jeżdżą. Pewien Niemiec opowiadał mi, że gdy wybrał się taksówką na
tej trasie, aby coś tam zobaczyć, przez cały czas za taksówką jechał czołg...
:-)

Stolica
Egiptu jest ogromna, ale dzięki bardzo szerokim ulicom nie przytłacza. Jednak
wydostać się stąd drogą powietrzną przez najbliższe sześć dni jest prawie
niemożliwością, a to z powodu nagromadzenia się kolejno wolnych dni: trzy dni
święta zakończenia ramadanu (zamknięte wszystkie agencje turystyczne), sobota,
niedziela, Nowy Rok (zamknięta ambasada Ugandy i księgarnia Uniwersytetu
Amerykańskiego, jedyne miejsce gdzie można kupić przewodnik po Ugandzie).
Muzułmanie w 95% nie świętują Nowego Roku, za to zakończenie ramadanu
obchodzone jest hucznie: ucztowanie, prezenty, nowe ubrania i nowe krajowe
produkcje filmowe - do późna w nocy pod kinami toczy się walka o bilety. Dla
mnie ten rok skończy się dopiero po zakończeniu wyprawy - na razie żyję trochę
poza czasem.

Kair
to też oczywiście piramidy. Jadąc przez miasto rowerem człowiek wypatruje
czegoś na horyzoncie wielkości dalekich gór. Tymczasem nagle zza linii kamienic
wyłania się ogromna kamienna góra. W porównaniu z piramidami Sfinks wydaje się
bardzo malutki. Giza to jedno z najpopularniejszych miejsc turystycznych. Można
tu spotkać ludzi z całego świata. Oprócz standardowych turystów z Korei czy
Japonii także ludzie z Brazylii, Irlandii czy Nowej Zelandii. I całe szczęście,
bo z Egipcjanami raczej nie można nawiązać normalnych kontaktów, chyba że jest
się gotowym płacić za każde podanie ręki.
Szczęśliwie w drugi dzień 2001 roku udaje mi się załatwić wszystkie formalności
i odlecieć do źródeł Nilu w Ugandzie. Kilka dni dłużej w Egipcie, a na odgłos
wołania
Allah Akbar chyba zacząłbym bić. Tylko nie myślcie, że Egipt to
same złe rzeczy. Po prostu brak miejsca, by wszystko dokładnie opisać.
Krzysiek
poleć stronę znajomym