Z Pompejów ruszam poprzez środkową, górzystą, część Włoch w kierunku Benevento
i dalej w kierunku wybrzeża Adriatyku do portu w Bari.
W mniejszych górskich miasteczkach ludzie są bardziej ciekawi i często wychodzą
na spotkanie przybysza. Na moją odpowiedź, że cała trasa ma liczyć 10 tys. km
wszędzie we Włoszech, zarówno przez dzieci jak i dorosłych, wykonywany jest
charakterystyczny gest strzepywania ścierpniętej ręki z uniesionym w bok
łokciem - uffffff...

Trudy
górskich podjazdów wynagradzają czarujące krajobrazy. W ciągu kilku dni
pokonuję góry i wjeżdżam z kolei na bardzo słabo zaludnione równiny rolnicze,
które ciągną się aż do wschodniego wybrzeża. Tutaj z kolei zabudowy jest aż
nadto i niestety, podobnie jak na wybrzeżu zachodnim, nie ma swobodnego dostępu
do morza. Noce spędzam w drogich hotelach, bo kempingi są już nieczynne.
Restauracje są otwierane dopiero około godz. 20, tak więc przez cały dzień nie
mam szansy zjeść ciepłego posiłku (serwowane w barach przeróżne dania, takie
jak pizza czy lasagne, zawierają mąkę (gluten), na którą jestem uczulony).
Dopiero wieczorem sam próbuję przyrządzić sobie coś na kuchence turystycznej.
Jak najszybciej więc podążam w kierunku Bari, aby promem do Grecji opuścić ten
bardzo drogi dla turysty kraj.
Krzysiek
poleć stronę znajomym