rowerem
przez trzy
kontynenty,
2000/01
opowiadania/index.shtml OPOWIADANIA
Zapiski Zapiski
żyjąc w: Szwajcaria i Europa żyjąc w: Szwajcaria i Europa
camino de Santiago camino de Santiago
Krzysztof Rozmus 
żyjący na ziemi 
Wyprawa rowerem przez 3 kontynenty
 
WYPRAWA ROWEREM PRZEZ 3 KONTYNENTY, 2000/01
Wywiad, sierpień 2006
5 lat po powrocie - wywiad z Krzysztofem Rozmusem
13 sierpnia 2006

Pytanie: Dokładnie cztery miesiące temu minęło 5 lat od Twojego powrotu z wyprawy „Rowerem przez kontynenty,
2000/01
”. Wiem, że w okresie po zakończeniu podróży w Polsce brałeś udział w wielu prezentacjach jej poświęconych, udzielałeś wywiadów. Wiem także, że każde takie spotkanie pozostawiało w Tobie pewien niedosyt, niedosyt głębszych pytań.

Krzysiek Rozmus: Tak, rzeczywiście pytania z sali prawie nigdy nie wychodziły poza standardowe gdzie Ci się najbardziej podobało, jak długo trzeba się przygotowywać do wyprawy i kiedy wybierasz się na następną. Rozumiem, że atmosfera prezentacji dla kilkudziesięcioosobowej grupy może nie sprzyjać zadawaniu bardziej dociekliwych pytań, ale indywidualne spotkania z mediami także nie wypadały pod tym względem lepiej.

Spróbujmy zatem nadrobić zaległości i trochę podrążyć temat. Ponad pół roku samotnej podróży to swoista szkoła życia. Czego się w niej nauczyłeś?

Przedmiotów w tej szkole było bardzo dużo. Czymś chyba najbardziej oczywistym było wyrobienie sobie sporej odporności psychicznej na różne trudności i tak zwane przeciwieństwa losu. Nigdy się nie poddawaj, uczyłem się tej sztuki poprzez swoje własne codzienne zmagania, ale także od innych podróżników spotykanych po drodze. Widziałem ludzi, którzy z piosenką na ustach zaczynali brać się do roboty w okolicznościach, w których ja w pozycji horyzontalnej snułbym rozważania typu czemu życie jest takie ciężkie. Czasem zrobienie czegokolwiek albo nawet zrobienie tylko tego co się da, radykalnie zmienia sytuację. 

Jakiś konkretny przykład z wyprawy wzięty?

Mam przed oczami sylwetki spotkanych przeze mnie osób, które fascynowały mnie swoją odwagą i uporem, np. 64-letni francuski pielgrzym, który samotnie i pieszo przemierzał trasę Rzym - Jerozolima, ciągnąc za sobą przez afrykańskie pustynie mały wózeczek z prowiantem. 50-letni Norweg, który nie korzystając z żadnych innych środków transportu niż rower przejechał całą trasę Norwegia - Singapur (19 tys. km) i gdy go spotkałem wybierał się w dalszą drogę do Indonezji i Australii. Czy 23-letnia Tricia z Anglii, która podczas swojej ponad rocznej samotnej podróży dookoła świata dwa razy ocierała się niemal o śmierć, raz walcząc z chorobą ciśnieniową na jakiejś zapomnianej karaibskiej wysepce, drugi raz przeżywając syryjskie bombardowanie pewnego zamku na izraelskiej granicy (wraz z grupą innych turystów uznała, że ruiny tego zamku będą świetnym miejscem na darmowy nocleg :-). Zresztą takie ekstrema to rzadkość, codzienność jest raczej dużo bardziej prozaiczna. Pamiętam 21-letniego Nicolasa z Niemiec, dzięki któremy odważyłem się się spać na dziko w namiocie (dla niego nie stanowiło to żadnego problemu, a był ode mnie 5 lat młodszy) i sytuację, gdy po jednym z takich noclegów na dziko w Turcji wyprowadziliśmy rano nasze rowery z pola na drogę. Okazało się, że w nocy szukając po ciemku miejsca powbijaliśmy sobie do kół słownie setki kolców. Dętki były do wyrzucenia a zamiast jazdy czekało nas kilkugodzinne żmudne wyłuskiwanie kolców z opon. Moją reakcją na sytuację było przysiąść sobie w cieniu, zniechęcić się i w rozgoryczeniu zacząć opracowywać w myśli Ogólną teorię kolca. Tymczasem Nico bez zastanowienia postawił rower do góry nogami i pogwizdując wziął się za oczyszczanie opon. Po godzinie był gotów do dalszej drogi.
Inną sprawą była nauka koncentrowania się na teraźniejszości zamiast przyszłości, która jak się okazuje jest bardzo niepewna. Najlepiej będzie, jeśli znów podam konkretny przykład. Będąc w Malezji, przedostatnim z odwiedzanych przeze mnie krajów, postanowiłem wrócić na święta wielkanocne do Polski i zacząłem się spieszyć do Singapuru, aby zdążyć kupić jeszcze jakieś tanie bilety lotnicze (liczyłem na to, że oferta biletowa w Singapurze będzie lepsza). W związku z tym ostatnią część podróży w Malezji potraktowałem po macoszemu, rezygnowałem z odwiedzania pewnych miejsc, ze spotkań. Wszystko działo się w niezdrowym pośpiechu, a na końcu w Singapurze okazało się, że tanich biletów i tak już nie ma. Tego typu sytuacji podczas wyprawy miałem bardzo dużo.

Czyli lepszy wróbel w garści niż gołąb na dachu?

Tak. Z tym, że trzeba pamiętać, że jeśli od tego przysłowiowego gołębia dzieli nas dystans dachu (czasu, odległości, pieniędzy, innych przeszkód) to w zasadzie nie możemy być nawet pewni czy jest to gołąb :-) Może z odległości tylko nam się tak wydaje? Może w rzeczywistości siedzi tam wróbel, taki sam, jakiego mamy w garści? Może nawet jeśli uda nam się dobrać do gołębia, to w międzyczasie zmienią nam się preferencje i gołębie w ogóle przestaną nas interesować? Może wreszcie wróbel wcale nie jest taki zły, zwłaszcza jeśli by mu się lepiej przyjrzeć? Uczciwiej byłoby chyba sformułować to przysłowie lepszy wróbel w garści niż wróbel na dachu :-) Mówiąc o tym, właśnie zdaję sobie sprawę, że chyba wciąż na nowo muszę się szkolić w sztuce cieszenia się tym co się ma tu i teraz.

Wróćmy jednak do innych przedmiotów z wyprawowej szkoły życia.

Przed wyjazdem korespondowałem z kilkoma podróżnikami. Jeden z nich, Richard Gregg (przejechał na rowerze ponad 56 tys. km), w odpowiedzi na moje różne dylematy i pytania dotyczące wyprawy napisał mi: 99% problemów istnieje tylko w Twojej głowie, pozostałe 1% rozwiązujesz na bieżąco w rzeczywistości. Ta myśl znalazła całkowite potwierdzenie podczas mojej podróży. Zauważmy, że tak zwane martwienie się na zapas jest odwrotnością problemu gołębia na dachu, jest widzeniem w gołębiu jadowitego węża. I jedno i drugie jest tylko grą wyobraźni, często niemającą nic wspólnego z rzeczywistością. Pamiętam jak bardzo stresowałem się przed wyjazdem ewentualną kradzieżą, gdy będę musiał gdzieś zostawić swój rower (jadąc samotnie nie ma się tej drugiej osoby, która mogłaby popilnować bagaż). W praktyce przypinałem rower dwoma zapięciami w widocznym, ruchliwym miejscu, brałem ze sobą pieniądze, dokumenty, aparat fotograficzny i czasami prosiłem kogoś (np. sprzedawcę z ulicznego stoiska), aby od czasu do czasu rzucił okiem. Nigdy nie zdarzyło się, abym miał z tym jakiekolwiek problemy. Może roweru strzegła plastikowa mapka wyprawy z krótkim opisem, przytwierdzona do tylniego błotnika. Ukraść rower komuś, kto używa go do przemierzenia trzech kontynentów to byłoby chyba zagranie zbyt chamskie nawet dla złodzieja rowerów :-)
Kolejnym moim stresem przed wyjazdem było np.: jak zdołam wytrzymać palące słońce i wysokie temperatury w tropikach. W rzeczywistości dużo więcej wycierpiałem się od zimna w górach Turcji czy Jordanii, a w Kenii byłem w stanie jechać na rowerze nawet w południe. 
Inną nauką, jaką wyniosłem dla siebie osobiście było wyzbycie się sknerstwa. O tym, czym może skończyć się głupia oszczędność, można przeczytać np. w mojej relacji z Izraela. Jeszcze czymś innym było zaakceptowanie cierpienia jako pewnego stałego składnika naszego ludzkiego życia. Oczywiście była też cała masa mniej górnolotnych, praktycznych nauk dawania sobie rady w różnych turystycznych sytuacjach, takich 
jak ucieczka przed psem czy podrabianie swoich własnych podpisów na czekach. O tych wszystkich przygodach można poczytać w działach Relacje i Varia oraz zobaczyć na zdjęciach.

A czego dowiedziałeś się o otaczającym świecie? Trzy kontynenty, piętnaście krajów, różne ustroje, kultury i religie to zapewne bogate źródło własnych refleksji.

Po powrocie do Polski, po ponad pół roku podróży, zacząłem łapać się na tym, że zastanawiam się nad różnymi ludzkimi reakcjami w zwyczajnych, codziennych sytuacjach np. czy krakowski taksówkarz, z którym umówiłem się na cenę kursu przed jazdą, będzie na końcu i tak próbował podbić stawkę. Przed podróżą nigdy bym sobie nie stawiał takich pytań, ogromna liczba zachowań, norm, praw była dla mnie bezdyskusyjna. Po powrocie zdałem sobie sprawę, że wszystko w naszym międzyludzkim świecie jest kwestią umowną. Weźmy dla przykładu ludzkie gesty: w Grecji przeczy się przez kiwanie głową, w Bułgarii mówi się tak kręcąc głową na boki, w Tajlandii śmiech oznacza uśmiech, a w Korei mówiąc o sobie pokazuje się palcem na swoje czoło, nie na pierś. Ta ludzka różnorodność przejawia się w wielu miejscach, na różnych płaszczyznach. Chińczycy np. na nagrobkach malują ciepłe i spokojne krajobrazy, i składają zmarłym ofiary pokarmowe takie jak owoce, butelki oleju itp. Europejczyk w tej sytuacji może zapytać kpiąco Chińczyka: kiedy wasi zmarli przyjdą to wszystko zjeść? Chińczyk może spokojnie odpowiedzieć: wtedy, kiedy wasi zmarli przyjdą powąchać kwiaty, które im składacie. Ten wymyślony dialog uczy tolerancji wobec inności i pokazuje, że nasze własne zwyczaje i zachowania wcale nie mają automatycznie statusu lepszych czy bardziej logicznych
Zresztą, jeśli spojrzeć głębiej na te różnice, to często okaże się, że są one tylko w formie, a treść i sedno sprawy są takie same. W przypadku cmentarza chodzi oczywiście o wyrażenie szacunku zmarłym. Przypatrywałem się też np. różnym świętom: chrześcijańskim, islamskim, hinduistycznym, buddyjskim - jeśli zapomnieć na chwilę o różnych słowach, jakie przy takich okazjach się wypowiada, to okaże się, że wszędzie mamy jakąś orkiestrę, jakiś parkiet do tańczenia, jakieś wesołe miasteczko, jakiegoś sprzedawcę waty cukrowej, i gdzieś tam w gruncie rzeczy chodzi o to, żeby posłuchać muzyki, potańczyć, zjeść coś słodkiego i ewentualnie się napić, słowem oderwać się na chwilę od codzienności. Bardzo podobnie sprawa wygląda z pobieraniem i wymuszaniem różnego rodzaju opłat od przyjezdnych. Nie ma znaczenia czy ktoś nazywa to kosztem wyrobienia wizy, taksą klimatyczną, podatkiem wjazdowym lub od używania drogi, mytem, cłem czy opłatą za podniesienie szlabanu. Pod tą całą warstwą frazeologiczną istotne jest przecież tylko ile? 
Oczywiście o tolerancję jest łatwo, gdy dotyczy ona spraw mniej lub bardziej błahych. Gorzej jest ze zwyczajami okrutnymi lub budzącymi kontrowersje z innych powodów, takimi jak np. palenie czarownic, palenie wdów, ofiary z dzieci czy dorosłych, aborcja, niewolnictwo, klitoridektomia, ludożerstwo, samobójstwa, zjadanie kotów czy psów i sposób ich przygotowania do spożycia. W takich sytuacjach najczęściej dochodzi do starć. Przypomina mi się tutaj historyjka o tym, jak do angielskiego zarządcy kolonii indyjskiej zgłosili się Hindusi, domagając się zalegalizowania zwyczaju palenia wdów. Motywowali to wielowiekową tradycją. Anglik zaś odparł, że on też ma swoją wielowiekową tradycję, która nakazuje mu zamykanie do wiezienia ludzi, którzy zabijają innych.
A propos Anglików, inną rzeczą, z jakiej mocno zdałem sobie sprawę podczas podróży, było odkrycie, że nasz aktualny świat w sensie układu geopolitycznego jest bardzo młody. Anglicy wycofali się z Indii zaledwie 59 lat temu, mnóstwo innych krajów zdobyło niepodległość jeszcze później.

Porozmawiajmy może jednak o czymś lżejszym. Co było dla Ciebie największym zaskoczeniem podczas wyprawy?

W sensie bardzo ogólnym wszystko. To jednak zupełnie inna sprawa uczyć się o czymś w szkole, czytać, a obcować z tym czymś na żywo, twarzą w twarz - mam na myśli tutaj np. miejsca-symbole typu Giza, Jerozolima, Varanasi. W sensie bardziej szczegółowym chyba najbardziej zaskakujące były Indie, tak bardzo wyróżniające się swoją odrębną kulturą, religią, czy też niestety brudem.

A największe rozczarowanie?

Nie przeżyłem żadnych wielkich rozczarowań. Gdybym musiał coś pod to podciągnąć, to była by to chyba Afryka Równikowa. Nie wiem, dlaczego wiele obiecywałem sobie po zobaczeniu Wielkiego Rowu Afrykańskiego. Tymczasem ogromne, spalone słońcem sawanny, jakoś do mnie nie przemawiały. Innym "rozczarowaniem" były łóżka hotelowe z insektami w Tajlandii i Malezji. Tego rzeczywiście się nie spodziewałem po krajach, które uchodzą za bardziej rozwinięte cywilizacyjnie niż Polska.

Wyprawa miała hasło "Cuda natury, ślady starożytnych cywilizacji, współczesne życie ludzi". Jakie są Twoje typy w tych trzech kategoriach, Twoje TOP 3?

Cuda natury: półwysep Synaj i Morze Czerwone ex aequo ze zwierzętami w narodowych parkach w Kenii.
Ślady starożytnych cywilizacji: skalne miasto Nabatejczyków Petra w Jordanii.
Współczesne życie ludzi: konflikt w Izraelu.

Z czego jesteś najbardziej dumny w związku z wyprawą?

Myślę, że naprawdę jedynym powodem do dumy było przezwyciężenie swoich własnych lęków i podjęcie decyzji o wyjeździe. Wszystko, co działo się później, było już tylko konsekwencją tej decyzji. Jej realizacja nie przekraczała trudnością tzw. zwykłego życia w mieście.

Czy było coś, co Ci się nie udało lub zrobiłbyś to teraz inaczej?

Z założonego planu nie udało mi się z powodu choroby i kończącego się terminu ważności wizy indyjskiej zrealizować trekkingu w Himalajach. Z drugiej strony zupełnie nieoczekiwanie spędziłem chwilkę w Bahrainie, więc można powiedzieć, że wyszedłem na zero :-)
Ciężko odpowiedzieć co zrobiłbym teraz inaczej, bo teraz nie mam już potrzeby odbywania podobnej podróży. Gdybym wybierał się teraz po raz pierwszy, zapewne ograniczyłbym do minimum pobyt w Afryce, o ile w ogóle bym tam wjeżdżał (chodzi mi o zagrożenie chorobami tropikalnymi).

Czy wyprawa miała jakiś, pozytywny lub negatywny, wpływ na Twoje życie zawodowe?

Przed wyjazdem dochodziły do mnie opinie, że półroczny wyjazd jest zawodowym samobójstwem. Nigdy specjalnie się tym nie przejmowałem, podobnie jak całym pojęciem kariery zawodowej.  W dwa lata po powrocie starałem się o dosyć oblegane stanowisko w jednej z zagranicznych firm w Krakowie. Jak się dowiedziałem już po wygranym procesie rekrutacji, wzmianka w CV o samotnej wyprawie rowerowej przez trzy kontynenty była traktowana jako atut.

Czyli opłacało się jechać. Co radziłbyś innym, którzy chcieliby pójść w Twoje ślady?

Jeśli ktoś nie miał żadnego doświadczenia w podróżowaniu powinien pojechać najpierw gdzieś w Polskę. Później odbyć 2, 3-tygodniową podróż po Europie Wschodniej (bezpieczeństwo porównywalne z tym w Europie Zachodniej, znacznie niższe koszty, ale więcej potrzebnych trudności administracyjno-organizacyjnych). Następnie obowiązkowa lektura Poradnika obieżyświata autorstwa Remigiusza Mielcarka. Autor w swoich licznych wyprawach okrążył już kulę ziemską kilka razy i na trochę ponad 100 stronach formatu A5 w bardzo przystępny sposób dzieli się wszystkim, czego nauczył się o tanim, bezpiecznym i ciekawym podróżowaniu. Potem pozostaje już tylko zaplanowanie trasy, kupienie przewodnika Lonely Planetokres przygotowań zaopatrzeniowo-wizowo-medycznych i w drogę!

A jak się zmotywować?

Znaleźć znajomego, który powie nam w twarz, że jesteśmy za słabi na wyprawę i na pewno nam się nie uda :-)

Dziękuję za rozmowę.

Dziękuję.


Rozmawiała Agnieszka.


poleć stronę znajomym
 

Post scriptum, 19.08.2006:

Po opublikowaniu tekstu, na dwóch grupach dyskusyjnych zadano jeszcze dodatkowe pytania, miała miejsce dłuższa i krótsza dyskusja.
Poczytaj: pl.rec.rowery, pl.rec.turystyka.tramping.

skomentuj