rowerem
przez trzy
kontynenty,
2000/01
opowiadania/index.shtml OPOWIADANIA
Zapiski Zapiski
żyjąc w: Szwajcaria i Europa żyjąc w: Szwajcaria i Europa
camino de Santiago camino de Santiago
Krzysztof Rozmus 
żyjący na ziemi 
Wyprawa rowerem przez 3 kontynenty
 
WYPRAWA ROWEREM PRZEZ 3 KONTYNENTY, 2000/01
Varia
Varia
czyli scenki, które nie zmieściły się w relacjach przesyłanych na bieżąco z trasy.

Podrabianie własnego podpisu
Pierwszy hotel na trasie
Karteczki
Nocne zdjęcie Aten
Pierwsza guma
Na wakacjach
Uczniowie z Gönen
Tańczący z czekami
Aslihan
Samolot na niebie
Kot zjadł węża
Seks z kierowcą TIRa
Pozwólcie dzieciom oglądać rower
Herbata, na zdrowie, spierdalaj
38,6 w Aleppo
Fryzjerzy golą z forsy
Bób z cytryną
W noclegowni kelnerów
Nad jeziorem Genezaret
Aurel
Sprawy się same załatwiają
Lądowanie w Afryce
Turyści w Kampali
Zepsute mleko
We wspólnej sypialni
Dzieci w maji moto
Chorobliwy klimat
Lwy wodne
Nóż w Abu Dhabi
Nepalskie klimaty
Wróżenie z ręki
Paan
Tygrysy za oknem
Komiks
Wożenie wagi
Regina
Powrót z gwiazd
It's crazy
Zaćmienie w Bangkoku
Angielska flegma
Hinduski ekolog
Na południu ludzie są tak stechnicyzowani
Szmaragdowe jeziorko
Taj fotograf
Madonna z szafy
Festina lente
Owoce, kaczka i ryż
Tricia
Krótki komentarz



Podrabianie własnego podpisu

Kupując jeszcze w Polsce czeki podróżne American Express, aby nie przedłużać całej procedury w banku podpisałem wszystkie 50 sztuk "na szybko" tzn. nieczytelnymi, często różniącymi się od siebie parafkami. Przy późniejszej wymianie takiego czeku na gotówkę w banku lub biurze American Express stawia się obok drugi, taki sam podpis. Jeśli są w miarę podobne dochodzi do transakcji. Tymczasem w prywatnych kantorach, które mają lepsze kursy zazwyczaj porównuje się to jeszcze z podpisem w paszporcie. A paszport miałem sprzed siedmiu lat podpisany całkiem inaczej. Zmuszało mnie to do szukania banków, czasem musiałem się ratować kartą VISA. Czasem przed wymianą musiałem długo uczyć się podrabiać własne bazgroły.


Pierwszy hotel na trasie

Z dziennika wyprawy: "15 paździenika 2000 - dzień odpoczynku. Siedzę w hotelu chłonąc ten świat, jego brud, gnicie, rozkład, niezwiązanie. Na zgliszczach wciąż odradza się życie w postaci owoców ziemi i pięknych kobiet. (..)"


Karteczki

Wymyśliłem to sobie jeszcze przed wyruszeniem, że w każdym z odwiedzanych krajów zostawię w jakimś ukrytym miejscu karteczkę z dowolnym cytatem i datą - na pamiątkę. Może ktoś kiedyś wyruszy i je odnajdzie. Ostatnią zostawiłem w Jordanii, bo tam zmieniłem podejście do całej wyprawy i przestało mnie to już bawić, podobnie jak na przykład zapisywanie ile kilometrów zrobiłem każdego dnia.


Nocne zdjęcie Aten

W Atenach spędziłem noc w bardzo ładnym hotelu "Economy". Widok zasłaniał jednak stojący obok biurowiec. Ponieważ mieszkałem na ostatnim ósmym piętrze z wysuniętym tarasem wspiąłem się na dach po elewacji hotelu, aby wykonać nocne zdjęcie miasta.


Pierwsza guma

Miejsce na pierwszy na dziko nocleg w Turcji wybraliśmy z Nico z dala od szosy, w polach. Rano zauważyliśmy, że nie mamy powietrza w kołach. Nico od razu wziął się do usuwania zebranych wieczorem nieświadomie z pól kolców, ja lekko się podłamałem. Ostatecznie musieliśmy wyrzucić dętki - nie było sensu przyklejać kilkudziesięciu łatek na każdą dętkę. Przyroda na tych szerokościach geograficznych stawała się jakby dziksza.


Na wakacjach

Z hotelu w Pammukale w Turcji wychodziła dobrze ubrana para.
- Skad jesteście ?
- Kalifornia, US - z perfekcyjnym hollywoodzkim akcentem.
- Co tu robicie ?
- Jesteśmy na wakacjach w Grecji i Turcji - z uśmiechem i na spokojnie.
W sumie w dobie komunikacji lotniczej, czemu nie ? Podobnie np. w Ugandzie grupa z Austrii i Niemiec zastanawiała się gdzie jechać jutro: może Tanzania, a może RPA ? Czasami zazdrościłem ludziom z tzw. zachodu tego totalnego luzu, ale myślę, że wynikał on przede wszystkim z tego, że nie podróżowali samotnie. Z drugiej strony niektórzy z nich zaliczali kraje tak jakby po prostu kupowali kolejne rzeczy w supermarkecie: na luzie, ale chyba też bez większych emocji.


Uczniowie z Gönen

Gdy już kładłem się spać w hotelu tej niedużej miejscowości w Turcji usłyszałem pukanie do drzwi. Otwarłem i spod drzwi uciekła cała gromada chłopców z lokalnej podstawówki, oprócz jednego najbardziej odważnego:
- Słyszeliśmy, że Pan tu się zatrzymał i chcieliśmy prosić czy by nie można popraktykować trochę języka angielskiego... ?
Nieśmiało. Po chwili odbyła się obopólna lekcja, bo ja też wykorzystałem okazję by nauczyć się więcej po turecku (na marginesie: ze wszystkich języków po drodze właśnie najwięcej nauczyłem się tureckiego). Poza tym od kilkunastu chłopców dowiedziałem się bez pytania, co robią ich ojcowie, ile zarabiają, kto w ich klasie ma jakie przezwisko i dlaczego oraz co planują robić w przyszłości. Ten najodważniejszy chciał zostać nauczycielem matematyki.


Tańczący z czekami

Do pewnego banku w Turcji wszedłem, a w zasadzie wślizgnąłem się pod na wpół spuszczoną kratą z zamiarem wymiany czeku. Mój zegarek nie wskazywał, że jest przerwa, ale okazało się, że jestem już w innej strefie czasowej. Mimo to pijący herbatę i słuchający radia kasjerzy powiedzieli abym został. Stojąc przy "okienku" dostałem herbatę i przystąpiliśmy do formalności. W pewnym momencie z radia zagrała skoczniejsza turecka muzyka. Mężczyźni wstali, wzieli się pod ręce i zaczęli tańczyć.


Aslihan

O dwunastej w południe zaczęła mnie strasznie nudzić jazda i nagle na tureckim pustkowiu znalazłem supermarekt a w nim znalazła mnie Aslihan - od miesiąca pracownica sklepu, a od dwóch młoda żona. Mimo, że nie potrafiła się do końca wypowiedzieć po angielsku, była dla mnie bardzo miła. Jej mąż od dawna był sprzedawcą w tym sklepie. Ona za cztery miesiące skończy studia i zostanie nauczycielką szycia i kroju. Póki co tęskni za starą rodziną. Chciałaby podróżować, przynajmniej zobaczyć Europę, ale jej mąż mówi stanowczo nie. Na koniec naszej dłuższej rozmowy dostałem od niej napisane po turecku na odwrocie rachunku kasowego tradycyjne życzenia. Do dziś nie wiem co dokładanie znaczą.


Samolot na niebie

To był chyba jedyny moment gdy zatęskniłem za krajem. Po pierwszym miesiącu wyprawy, kiedyś wieczorem po całym dniu pokonywania tureckich gór zobaczyłem na niebie srebrzysty samolot lecący w kierunku Polski. Mógł lecieć z Singapuru. Na razie wiedziałem, że do momentu gdy sam będę znajdował się w takim samolocie upłynie jeszcze co najmniej pięć miesięcy.


Kot zjadł węża

W Kapadocji wybrałem się na pięciogodzinny spacer po tych niesamowitych dolinkach z zamiarem znalezienia "bezpłatnego wejścia" do muzeum na otwartym powietrzu. Mieściły się tam wyryte w skałach świątynie z kolorowymi freskami i domy chrześcijan pierwszych wieków. Po drodze na tej spalonej słońcem ziemi mijałem karłowate sady jabłkowe, z każdym krokiem uciekało od mnie pełno miniaturowych jaszczurek. Były tam także dziwne latające pasikoniki, które podrywały się do cieżkiego lotu z głośnym furczeniem, aby za chwilę stracić równowagę, uderzyć o jakąś trawę i upaść. Widziałem także kota, który upolował i zjadał węża.


Seks z kierowcą TIRa

Kierowca TIRa, który wiózł mnie nocą na wschód w Turcji odpalał jednego papierosa od drugiego. Temperatura w kabinie zaczynała stawać się krytyczna. W zasadzie kompletnie nie mogliśmy się porozumieć. On nie znał angielskiego. Z tego co udało mi się dogadać po turecku, to nawet nie wiedział gdzie leży Polska. W pewnym momencie już po dłuższej jeździe zaczął się mnie pytać coś po turecku. Niestety nie byłem w stanie niczego zrozumieć oprócz powtarzającego się słówka "seks". Narzucająca się myśl była prosta: on jest homo i chce coś ode mnie w zamian za podwiezienie (taka sytuacja zdarzyła mi się już raz na autostopie w Niemczech). W dalszym ciągu mówiłem, że nie rozumiem co do mnie mówi. Wreszcie kierowca wyciągnął zza siedzenia kawałek wymiętej czarno-białej gazetki z "obrazkami", wskazał na mój przewodnik i jeszcze raz powtórzył "seks". Wreszcie zrozumiałem, że pytał się mnie czy nie mam jakiś kolorowych magazynów z panienkami. Nie miałem, choć dużo tego typu rzeczy można znaleźć w szafach pokojów hotelowych we Włoszech i Turcji.


Pozwólcie dzieciom oglądać rower

Gdy zatrzymywałem się w małych miejscowościach np. na obiad robiło się zazwyczaj spore zamieszanie. Wszyscy chcieli choćby dyskretnie zobaczyć przybysza. Oczywiście najmniej z tym kryły się dzieci. Szczególne zainteresowanie wbudzał "niesamowity" rower i przypięta z tyłu mapka. Niestety niektórzy dorośli, może myśląc że w ten sposób okażą mi szacunek, odganiali dzieci od roweru, często brutalnie. Takie scenki powtarzały się w małych miejscowościach na Bliskim Wschodzie, szczególnie w Turcji przy granicy syryjskiej i w Jordani.


Herbata, na zdrowie, spierdalaj

W Turcji przy granicy syryjskiej w małej wiosce zostałem zaproszony na herbatę przez siedzących w knajpce starszych ludzi. Niestety już od dłuższego czasu nie mogłem się z nikim swobodnie porozumieć (nikt nie znał angielskiego) i zaczynałem mieć już tego trochę dość. Gdy powiedziałem po turecku, że jestem z Polski okazało się, że jeden mężczyzna zna trzy słowa po polsku, bo pracował w Niemczech (na marginesie: w Niemczech mieszka i pracuje 4 miliony Turków) w restauracji z trzema polskimi dziewczynami: Krystyną, Beatą i Kasią. One nauczyły go: herbata, na zdrowie i spiedalaj. To ostatnie jak mówił jest "no gut". Poza tym wybrzydzał na polską wódkę.


38,6 w Aleppo

Do Aleppo w Syrii dotarłem w południe bardzo mocno zmęczony. Przedarłem się przez zgiełk miasta i resztką sił wyniosłem rower z bagażami na trzecie piętro do pokoju hotelowego. Zacząłem mieć dreszcze, więc położyłem się do łóżka pod kilka warstw koców, klnąc na światło i hałas. Po pięciu godzinach leżenia w stanie pół snu, pół jawy ze straszliwym wysiłkiem wstałem i zmierzyłem sobie temperaturę. Miałem 38,6 stopni Celsjusza. Nie czułem się chory, tylko totalnie osłabiony. Zażyłem jakieś lekarstwa. Nie byłem w stanie wykonać żadnego ruchu, więc położyłem się znowu. Rano obudziłem się zdrowy i pojechałem dalej. Nie wiem czy było to zatrucie, czy jakieś nagłe przeziębienie. Może po prostu organizm chciał powiedzieć głośno nie wysiłkowi jaki bez przerwy od trzech tygodni na niego nakładałem.


Fryzjerzy golą z forsy

W Homs w Syrii zostałem niemal siłą wciągnięty do zakładu fryzjerskiego. Było to trochę na zasadzie zabawy, w sumie i tak potrzebowałem skrócić włosy, więc ostatecznie zgodziłem się na strzyżenie maszynką. I mimo generalnej zasady nie uzgodniłem ceny usługi przed jej wykonaniem. Fryzjer zarządał ode mnie w przeliczeniu $6. Ponieważ orientowałem się już nieco w syryjskich cenach obliczałem, że jest to sześciokrotnie zawyżona cena. Gdybym nie miał już wcześniej doświadczeń w podróżowaniu po krajach tego typu pewnie pokornie dałbym pieniądze klnąc w duchu, że dałem się oszukać. Teraz jednak powiedziałem, że uważam, że cena jest nieuczciwa. Cały personel zakładu zrobił wielkie oczy, że to jest normalna cena, że każdy Syryjczyk tyle płaci i że ostatecznie mogą mi zrobić specjalną cenę $3. To i tak była wyższa cena niż w Polsce (a kraj był generalnie dwa razy tańszy), więc powiedziałem, że pójdę do innego zakładu i jeśli tam też będzie taka cena to ją im zapłacę. Zgodzili się. Poszedłem do hotelu i pytam się recepcjonisty na pół po angielsku, na pół w języku migowym ile kosztuje strzyżenie włosów maszynką ? On: mechaniczną czy elektryczną ? Mówię: nieważne, np. elektryczną. On: $4 - $6. Hmm. No to bardzo dziwne. Może rzeczywiście te $3 to specjalna cena dla mnie ? Jak tylko to pogodzić z tym, że tutaj wszyscy masowo chodzą do fryzjera, a przecież niemożliwe żeby było ich stać na częsty luksus płacenia $6. No nic poszedłem i zapłaciłem. Nazajutrz gdy opuszczałem hotel, recepcjonista zapytał się mnie, czy nie mógłby zobaczyć tej maszynki, którą sobie wczoraj kupiłem. On zrozumiał, że pytałem go o cenę maszynki ... Acha, w salonie fryzjerskim już nikt oczywiście nie przypominał sobie, że wczoraj tam byłem.


Bób z cytryną

Wspaniałą rzeczą dla podróżnych są uliczni sprzedawcy jedzenia. Dzięki nim można się tanio najeść i jest z kim pogadać. W Syrii np. pchają po uliach miast zadaszone wózeczki z gotowanym bobem, do którego dostaje się zestaw różnych przypraw. Woda z pod bobu też się nie marnuje. Dostaje się ją w szklance, z przyprawami i sokiem z cytryny jako smaczną zupę. W Kairze jeżdżą rozgrzane opalane drewnem piecyki, w których opieka się pataty. To takie duże pomarańczowe słodkie ziemniaki. Wyśmienite ze solą. W Ugandzie czy Keni można kupić opiekaną na wolnym ogniu kukurydzę, banany, szaszłyki lub kurczaki. W Tajlandii królują owoce. Pokrojone na kawałeczki, z patyczkiem, prosto z lodu i z ostrymi przyprawami.


W noclegowni kelnerów

Bywały sytuacje gdy z powodu zimna nie można było spędzać nocy w namiocie, a w okolicach nie było żadnych hoteli. Wtedy lądowałem w różnych niecodziennych miejscach np. w noclegowni dla kelnerów przydrożnej restauracji, w betonowym przydrożnym bunkrze-spichlerzu z workami słomy i myszami, w noclegowni kierowców taksówek itp.


Nad jeziorem Genezaret

Na całym Bliskim Wschodzie wszystkie ewangeliczne przypowieści nabierają realnych kształtów: domy, gospody, chleby, szczepy winne, rzucanie kamieniami, osiołki, owce, pasterze, żołnierze, rolnicy, ojcowie, matki, synowie i córki. Czy ziemia, po której chodził Jezus wyróżnia się czymś szczególnym ? Nie. Przesycony atmosferą śmiertelnego konfliktu Izrael rozczarowuje podróżnych, zwłaszcza tych co tutaj pierwszy raz i tych, którzy, może tylko podświadomie, czekają na jakiś cud, znak.
W drodze przez wysuszone słońcem sady i pola zostałem zaproszony przez pasterza na herbatę. Siedzieliśmy na kocu na ziemi, szklaneczki podała córka, ale zaraz zniknęła wraz z matką w dalszej części namiotu. To był taki współczesny jordański pasterz, który na noc wraca z rodziną samochodem do murowanego domu w mieście. Poszedłem dalej w stronę jeziora i zatrzymałem się. Dwa dni temu w tych okolicach zginęło dwóch żołnierzy. Nieustannie giną ludzie. Kontempluję chwilę obecną. Jest całkiem prawdopodobne, że dwa tysiące lat temu On właśnie tędy przechodził.


Aurel

Ten pięćdziesięcioletni mężczyzna w zasadzie nie podróżował. Jak dla mnie on się błąkał po synajskiej pustyni całkowicie pozbawiony energii i jak mówił szukał odpowiedzi. Aurel piętnaście lat temu ożenił się z kobietą, która nigdy go tak naprawdę nie pożądała. Dla niej "te sprawy" zawsze były odkładane na później, niepotrzebne, ostatecznie dla niego też nie najważniejsze, tak myślał. Mimo to dochowali się trójki dzieci. A teraz ona spotkała kogoś i mówi mu, że "on też musi sobie kogoś znaleźć". A on jako człowiek religijny nie jest w stanie tego pogodzić ze swoim sumieniem, więc się błąka.


Sprawy się same załatwiają

Wielokrotnie tego doświadczałem. W wielkich miastach, z których odlatywałem lub wyruszałem rowerem w dalszą drogę, było często wiele rzeczy do kupienia (np. pudło na rower) i spraw do załatwienia (np. bilet lotniczy, wiza do następnego kraju). Jeśli podchodziłem do tych spraw z pośpiechem i nerwowo to kończyło się bezsensowną, wyczerpującą bieganiną po ulicach, sklepach, urzędach. Najczęściej bezskuteczną. Ile można w ciągu wieczora oblecieć kilkupiętrowych hipermarketów w Bangkoku przy temp. 30 C w poszukiwaniu jednego pojemniczka z gazem ? Wtedy wracałem wykończony do hotelu z myślą, że jednak nie wyjadę jutro. Po czym nazajutrz na spokojnie, całkiem niedaleko i przypadkowo wchodziłem do sklepu z butami i znajdowałem kartusze. W Kairze przez trzy dni objeżdżałem całe miasto w poszukiwaniu pudła na rower lub folii do jego obwinięcia. Była nie do zdobycia. Po czym i tak okazywało się, że najbliższy samolot jest dopiero za 5 dni. Przestawałem się tym denerwować i "przypadkowo" znajdowałem sklep z balami folii, żeby dwie bramy dalej znaleźć pudło na rower. Czyli znajdywałem więcej niż mi było potrzeba.


Lądowanie w Afryce

Międzylądowanie w Nairobi w Kenii (w drodze do Ugandy) było o szóstej nad ranem, także jeszcze z samolotu mogłem podziwiać wschód słońca nad afrykańskim kontynentem. Początkowo cały ciemny, czarny zaczynał być powoli rozjaśniany pomarańczowym światłem. W końcu wylądowaliśmy gdy już było całkiem jasno, w samym jego środku. A w terminalu spieszący się czarni ludzie. Biznesmeni z teczkami. I siedzący na krześle murzyn w garniturze, z ostrą zaciętą twarzą i plakatem agitującym za świadkami Jehowy. Totalna fantastyka w rzeczywistości. Latanie samolotami to osobna część wyprawy, przyjemność sama w sobie.


Turyści w Kampali

Z dziennika wyprawy: "3 stycznia 2001 (..) Docieram po 1 h poszukiwań już w Kampali do ośrodka Backpackers Hostel and Camping na obrzeżach miasta. Za $3 mam prawie prywatny pokój w sypialni. Właściciel (biały) już od pierwszego spojrzenia wydał mi się bardzo nieprzyjemny (potem to tylko potwierdziłem) i nie skory do pomocy. Ludzie tu mieszkający odbiegają od typowych bliskowschodnich turystów - młodych Europejczyków. Tutaj głównie ludzie już trochę starsi, jakby wysublimowani i szukający jakiś mocniejszych wrażeń i do tego prawie wszyscy z krajów angielskojęzycznych lub mówiących bardzo szybko i niewyraźnie (Nowa Zelandia, Australia, Stany, Anglia). Pierwsze dwie noce i dni nie jestem prawie w stanie wstać z łóżka. Muszę się aklimatyzować po raz pierwszy w czasie tej podróży. Na trzeci dzień poznaję symaptycznego 23-letniego Szwajcara Jilla, który zamierza pracować na Uniwersytecie w Kampali i to początkowo tylko za utrzymanie, bo ... może się tu dużo nauczyć. Hmm...(..)"


Zepsute mleko

Pierwszy cały dzień jazdy na rowerze w Afryce z Fort Portal do Kasese zakończyłem na łóżku w hotelu. Przez godzinę musiałem przychodzić do siebie. Następnie głodny i spragniony sięgnąłem do zakupionego mleka w kartonie. Niestety było zepsute. W normalnych warunkach rzadko kto fatygował by się z dochodzeniem swoich praw w takim przypadku, ale surowe warunki wyprawy uczą pewnej "upierdliwości". Następnego dnia poszedłem do sklepu i w zasadzie całkiem podświadomie zostawiłem otwarty karton z mlekiem przed sklepem. Powiedziałem, że sprzedano mi tu wczoraj zepsute mleko i że chcę zwrotu pieniędzy. Sprzedawca na to, że owszem mógłby mi zwrócić pieniądze, ale ponieważ nie mam już tego mleka to też nie ma żadnego dowodu, że było zepsute itd. Obróciłem się, przyniosłem sprzed sklepu mleko i sprzedawca nie miał już żadnego wyjścia.


We wspólnej sypialni

We wspólnych kilku lub kilkunastoosobowych sypialniach hotelowych dochodzi czasem do ciekawych sytuacji. W Kampali pewna młoda Austriaczka (dość ładna figura, czarne włosy, ciekawa twarz), wieczorem przed pójściem do łóżka po prostu zdjęła sobie spodnie, pod którymi ... nie miała już nic. Rano sytuacja się powtórzyła, dodatkowo dziewczyna zmieniała sobie podkoszulkę. Oczywiście nie używała biustonosza. Osoby o słabym sercu, otrzegam, że noclegi we wspólnych sypialniach mogą wzmagać ryzyko zawału.
W Singapurze zapytał się mnie pewien 26-letni Kanadyjczyk, czy to jest normą, że we wspólnych hotelowych sypialniach ludzie uprawiają seks. Odpowiedziałem, że się z tym nie spotkałem. Jemu przydarzyło się to już dwa razy. Raz nawet został przez to obudzony, gdy spał na górnym poziomie piętrowego łóżka, a w nocy z miasta wróciła para i zajęła dolny poziom. Zacząłem się śmiać, bo te metalowe łóżka z reguły strasznie skrzypią.


Dzieci w maji moto

Maji moto w języku suahili znaczy czysta woda. Do źródła takiej czystej i ciepłej wody kilka kilometrów od głównej drogi na samym końcu doprowadziły mnie murzyńskie dzieci. Razem kąpaliśmy się, dzieci dodatkowo skakały do wody z gałęzi. Potem podzieliłem się z nimi owocem avocado i wodą mineralną. W drodze, do moich pogwizdywań dzieci momentalnie dośpiewywały swoje afrykańskie ciągi dalsze, zawodziły i próbowały tańczyć. Wczuwały się w muzykę. Murzyni już od dzieciństwa są bardzo muzykalni.


Chorobliwy klimat

W Kenii zauważyłem, że każda najmniejsza ranka na skórze na drugi dzień zaczyna podchodzić ropą i bardzo długo nie chce się goić. W ogóle nad całym moim pobytem w Afryce cały czas wisiało widmo zagrożenia chorobą Ebola lub malarią. W połączeniu jeszcze z zagrożeniem przestępczością etap afrykański mojej wyprawy był dość dużym stresem.


Lwy wodne

Na kempingu w parku Amboseli podczas safari siedzieliśmy wieczorem w pięć osób: starsze małżeństwo Anglików, małżeństwo Holendrów i ja. W sumie nudna rozmowa dotyczyła odwiedzanych wcześniej parków i widzianych gatunków zwierząt. Szczególnie śmieszna była Angielka - komunikatywna, typowa angielszczyźnia, z dystansem i specyficznym poczuciem humoru, lekką flegmą i potrząsaniem całym ciałem przy wypowiedzi, zwłaszcza na końcu zdania. Pytania były cały czas takie: widzieliście zebry w parku xxx ? a widzieliście żyrafy w parku yyy ? Miałem wrażenie, że nikt generalnie nie był bardzo zainteresowany odpowiedziami na te pytania. W pewnym momencie Anglik zapytał Holenderkę czy widzieli lwy w parku Samburu ? A ona zaczęła odpowiadać: "Tak trzy. Jeden przy brzegu, drugi w wodzie a trzeciemu wystawały tylko z wody uszy i oczy." - mając na myśli hipopotamy. Pytający nie zwrócił na to uwagi tylko jej mąż zapytał się czy to były lwy wodne. Za to nazajutrz widzieliśmy kąpiącego się słonia, który mimo padającego deszczu wszedł cały to jeziora tak, że wystawała mu tylko głowa.


Nóż w Abu Dhabi

Na lotnisku w Abu Dhabi gdzie przesiadałem się w drodze do Kathmandu wielu pasażerom w tym także i mnie zabrano (na przechowanie) scyzorki i inne noże z bagażu podręcznego. Ciekawostką było to, że posiłki w samolocie podawane były z metalowymi sztućcami.


Nepalskie klimaty

W malutkiej przydrożnej osadzie wyszedłem wieczorem z domu-hotelu aby się przejść. Obok bawiły się dzieci w coś co przypominało zabawę w klasy. Przyglądał się im siedzący na ziemi milczący sadhu, oparty plecami o mur, trzymający przed sobą kubeczek na datki. Nie wiem czy zamierzał spędzić noc na zewnątrz. Gdzieś dalej można było kupić coś do jedzenia, potrawy przyrządzane były na piecach opalanych drewnem. Całe życie w zasadzie toczyło się przy ciemnej drodze. W pewnym momencie do osady wjechał zapchany kursowy autobus. Na dachu siedziało kilku ludzi z bębnami i innymi instrumentami. Grali i głośno śpiewali. Wysiadło kilka osób, autobus pojechał dalej krętą i stromą drogą w ciemność. Przez chwilę dochodziły jeszcze z gór odległe dźwięki muzyki.


Wróżenie z ręki

Zrobiłem to w Varanasi (Indie) dla rozrywki, w sumie drogiej ($2) i jak się okazało kompletnie bezsensownej. Wróżący nie wyszedł poza stertę ogólników typu jesteś średnio bogaty, nie mało i nie bardzo dużo, około pięćdziesiątki zainteresujesz się religią, około 35 lat żona nie powinna lecieć samolotem itp. itd. Tam gdzie wyszedł poza ogólniki to się pomylił, że mam średnie wykształcenie, że mam dwójkę rodzeństwa. Było to tak żenujące, że nawet nie chciało mi się go korygować. Dowiedziałem się też, że będę żył około 70-ciu lat, ożenię się za 4 lata z bogatszą ode mnie dziewczyną o tym samym kierunku studiów, a w wieku lat 40-stu będę miał jakąś własność i wtedy wspomnę tę wróżbę. Na koniec zaproponował mi kupno talizmanu, który mógłby odwrócić złe wróżby oraz trzydniowy kurs medytacji za $3.


Paan

W Indiach spróbowałem raz paanu czyli ichniejszej używki na bazie orzecha betel. Ma straszliwy smak, działa znieczulająco na jamę ustną, jak połknąłem kawałeczek to chciało mi się od razu zwymiotować (więc to się chyba tylko żuje :-). Ale generalnie rzeczywiście czułem się orzeźwiony i odprężony, bardzo pogłebił mi się oddech. Po tej używce bardzo dużo Hindusów ma na stałe czerwony nalot na ustach i zębach.


Tygrysy za oknem

Jadąc pociągiem lub autobusem po Indiach można bardzo prosto zrobić dowcip współpasażerom. Wystarczy powiedzieć, żeby uważali bo w tych okolicach można zobaczyć tygrysy. Nie ma turysty, który nie poderwałby się i nie zaczął gorączkowo wypatrywać ich przez okno.


Komiks

W wieloosobowej sypialni przydworcowego hotelu w Satnie spotkałem Hindusa w sile wieku, sprzedawcę części do traktorów. Na dobranoc czytał komiks. Zainteresowałem się. Okazało się, że była to Ewangelia w obrazkach sygnowana przez Matkę Teresę. Zapytałem co o tym myśli. - Bardzo interesujące.


Wożenie wagi

W Delhi, gdzie miałem już spakowany rower do pudła (przed odlotem) musiałem wszystko jeszcze zważyć, aby rozłożyć resztę rzeczy. Część musiała iść do pudła (tak aby w sumie ważyło maksymalnie 20 kg), a część do mojej sakwy, która stanowiła bagaż podręczny (10 kg). Na ulicach można często spotkać ludzi z przenośnymi wagami, którzy ważą za drobną opłatą. Ja jednak potrzebowałem wagi na miejscu w hotelu. Kilka ulic dalej siedział Hindus, niepełnosprawny, jeden z wielu w Azji ludzi z niedorozwojem kończyn - właściciel wózka rowerowego i wagi. Chciałem od niego pożyczyć na 15 minut wagę. Nie chciał się zgodzić choć oferowałem mu 10 razy większą cenę. Widocznie waga była jedynym jego źródłem utrzymania. Przekonywali go też znajomi. Wreszcie przekonali go do tego: wsiadł na swój wózek, wziął wagę, a ja popchałem go aż pod mój hotel.


Regina

We wnioskach wizowych trzeba podać adres zamieszkania w kraju docelowym. Zazwyczaj wpisuje się tam adres jakiegokolwiek hotelu. Jeszcze w Nepalu, będąc kiedyś w kawiarence internetowej wyświetlił mi się przypadkowo baner (reklama) jakiegoś hotelu w Tajlandii. Skorzystałem z okazji i odpisałem adres, potem w Indiach, gdzie załatwiałem tajlandzką wizę wpisałem właśnie ten adres.
Z kolei czekając na samolot do Tajlandii na lotnisku w Kalkucie zwróciła moją uwagę miłą powierzchownością (szczupła, długie czarne włosy) i łagodnością 40-letnia kobieta. Wyświadczyłem jej jakąś tam drobną przysługę, ale nie rozmawialiśmy.
Po wylądowaniu w Bangkoku przejechałem taksówką na turystyczną ulicę Khao San i rozpocząłem poszukiwania wolnego miejsca w hotelach. Klimat tropikalny, temperatura ponad 30 C, ja obładowany bagażem (pudło z rowerem i sakwa), miejsc jakoś nie ma. Wreszcie udało mi się gdzieś zostawić rzeczy na przechowanie a na samym końcu znalazłem miejsce we wspólnej sypialni jakiegoś hotelu. Wpakowałem się, umyłem i wyszedłem na miasto.
Gdy wróciłem wieczorem to po pierwsze zorientowałem się, że jestem w hotelu, którego adres wyświetlił mi się przypadkowo w Nepalu i który wpisałem do wniosku wizowego. A po drugie w tej wspólnej sypialni znalazła też miejsce, poznana już wcześniej w Kalkucie, Regina.
Podróżowała sama, najpierw Indie, teraz Tajlandia. Jej małżeństwo trwało 7 lat. Ma syna i ze względu na niego także bardzo częste kontakty z byłym mężem, które teraz są bardzo przyjacielskie. Zapytałem się czy żałuje decyzji o rozwodzie. Powiedziała, że gdyby mogła jeszcze raz spróbować to na pewno dużo bardziej starała by się utrzymać małżeństwo, bo nie jest żadną trudnością się pobrać czy rozejść, ale żyć ze sobą przez cały czas. Zapytałem też o wiarę. Wierząca w Boga, ale od Kościoła Katolickiego odeszła "when she became sexually active".


Powrót z gwiazd

Z dziennika wyprawy: "5 marca 2001 (...) Fajne mam też uczucie w Bangkoku patrząc w nocy na super szybką kolejkę miejską, która jeździ na drugim poziomie ulic i popijając fluoryzującego szejka owocowego z automatu w kolorze jaskrawozielonym, brązowym lub różowym (czyli tak naprawdę nie wiadomo co) - wszystko jakby z "Powrotu z gwiazd" Stanisława Lema. (...)"


It's crazy

Podróżowanie może stać się nałogiem. Jeśli ktoś ma sporo pieniędzy to czasem po prostu trudno jest przestać, mimo a może dlatego, że jest to specyficzna mieszanka fascynacji i zmęczenia. Poznany przeze mnie w Bangkoku 33-letni Szkot podróżował sam od 16-tu miesięcy, odwiedził chyba wszystkie kontyneny. Właśnie wrócił z Australii i po Tajlandii zamierzał wrócić do domu, bo miał dość. Pytam dlaczego. - "It's crazy !".


Zaćmienie w Bangkoku

Raz na kilka lat zdarza mi się totalne zaćmienie umysłu jeśli chodzi o orientację w przestrzeni. Tak było przy próbie wyjazdu z Miasta Aniołów. Zacząłem późnym popołudniem, bo na chwilę przestał padać siąpiący od rana deszcz. Chciałem przedrzeć się przez miasto na główną drogę w kierunku południowym i zatrzymać się w pierwszym, odległym o 30 km mieście za Bangkokiem. Dwa razy w środku miasta tak pomyliłem drogę, że musiałem nawracać po dobrych kilka kilometrów. Po kilku godzinach kluczenia wśród samochodów, motocykli i tuk-tuków zrobiło się już późno i ciemno, deszcz nie przestawał padać. Byłem niedaleko południowej granicy miasta, ale już zbyt zmęczony na dalsze pedałowanie, zwłaszcza, że zamiast zwykłej drogi miałem przed sobą autostradę (a więc nie do końca trafiłem tam gdzie chciałem). Zacząłem rozglądać się za hotelem, ale były tylko bardzo drogie. Postanowiłem zatem wrócić z powrotem do swojego hotelu. Po drodze zatrzymywałem się w różnych miejscach licząc po cichu, że może ktoś się zainteresuje i zaoferuje jakiś nocleg. Niestety. Nic z tych rzeczy. Jakoś wszystko się nie układało tego dnia. Przemoczony zacząłem poszukiwania herbaty w sklepach (mają tam często w sklepach taką wydzieloną część barowo-fastfoodową), ale albo nie było herbaty, albo nie było cukru. Dopełnieniem tego pecha - zaćmienia był mój wjazd w powrotnej drodze na wielkie rondo. Szukając drogi, którą mam zjechać, zatoczyłem pełne koło i niezauważywszy tego wjechałem z powrótem na drogę, z której przyjechałem. Pognałem dobre kilka kilometrów zanim zorientowałem się, że tu już byłem. Na koniec, gdy już dotarłem do hotelu, okazało się, że wolnych miejsc już nie było.


Angielska flegma

Na ostatnim etapie mojej wyprawy zacząłem mieć odrazę do języka angielskiego. Angielskie, flegmatyczne, beznamiętne gadki w hotelach doprowadzały mnie do przekleństw, niedawały spać (mimo zatyczek w uszach). W jednej wspólnej sypialni w Tajlandii myślałem o rękoczynach, bo pewna para potrafiła tłuc do szóstej nad ranem: "Yyyyeeee", "Have you been to Nepal ?", "Yyyyeeee", "Did you like it ?", "Yyyyeeee"...


Hinduski ekolog

Na plaży podczas postoju (podczas rejsu po zatoce Phang Nga) 50-latek z Niemiec, ale mieszkający w Austarlii rozgadał się o Indiach, o "głębii duchowej" i poszukiwaniu odpowiedzi "jak żyć". Oczywiście, gdy go zacząłem pytać, żeby podał mi jedną konkretną rzecz, jedną konkretną odpowiedź jaką uzyskał w Indiach to oczywiście nic nie powiedział ("to są odpowiedzi osobiste, ple, ple, ple") i zaczął najeżdżać na kapitalizm i jego filozofię, a do tego dorzucił ekologię i gadki szły takie: "Zobacz na te łódki (którymi przypłyneliśmy - przyp. aut.), tysiące turystów, to idzie w miliony ton zanieczyszczeń i śmieci.". Zapytałem czy nasza łódka wyrzuciła do wody jakieś śmieci, bo ja osobiście niczego nie wyrzucałem, ani nie widziałem aby ktoś wyrzucał. Powiedział, że tak, bo przed chwilą znalazł dwie plastikowe butelki na plaży. O Boże ! Powinienem był powiedzieć, parafrazując jego słowa, że tysiące ludzi z wyższych sfer i inteligencji jeździ do indyjskich guru po nauki co idzie w miliony ton zanieczyszczeń. Wielki mi ... ekolog a pali papierosy - niszczy cząstkę natury, czyli siebie.


Na południu ludzie są tak stechnicyzowani

Na tym samym rejsie wspomniany przeze mnie Niemiec zaczął rozmowę w wodzie z parą Szwedów. Szwed wziął na tę przejażdżkę łódką sporo sprzętu: aparat cyfrowy, laptopa i kable i co pewien czas z ryzykiem utopienia tego wszystkiego przesyłał dane z aparatu do komputera. Niemiec zapytał się skąd pochodzą. - "Mieszkamy w północnej Szwecji, gdzie żyją ludzie nie tak stechnicyzowani jak ci na południu". Tu nastąpiło wyraźne skrzywienie się Szweda na to "stechnicyzowanie", a Niemiec ze zrozumieniem pokiwał głową. A mi się przypomniał taki rysunek Mleczki z jeżem i szczotką.


Szmaragdowe jeziorko

Z dziennika wyprawy: "17 marca 2001 (...) Kolejne 10 km, pod koniec drogą gruntową - mijam wiejskie zabudowania, chatki na palach, drób, ludzi z nożami na kijach (chyba kosy). Są też bungalowy, ale za 350 bahtów - chrzanię. W ostatniej budce przed parkiem kupuję dwie butuleki wody oraz chipsy i orzeszki. Zaczyna zachodzić słońce. Na miejscu moim oczom ukazuje się oszałamiający widok !!!!! Dość duże jeziorko o głębokości 1,5 m z krystalicznie czystą błękitną wodą, cały czas zasilane strumieniami ślizgającymi się po bulwarze wapiennych skał (dość rozległy minimalnie pochylony teren). Całość oczywiście w środku dżungli. Oficjalną nazwą jest "Emerald pool" (t.j. szmaragdowy). Ponoć znajdujące się w wodzie bakterie i algi zabarwiają ją w zależności od temperatury od błękitu do zieleni. O tej porze nie ma już żyjącego ducha, więc pozbywam się całego odzienia i wskakuję do wody. (...) Szkoda tylko, że jestem tu sam, że nie mogę z kimś, lub nawet z większą ilością osób tego przeżywać.(...)".


Taj fotograf

W przedostatnim dniu w Tajlandii po raz kolejny na kilka kilometrów przed miejscem na nocleg dopadła mnie tropikalna ulewa. Dodatkowo okazało się, że zaznaczony na mapie hotel nie znajduje się w żadnym miasteczku tylko na terenie parku przyrodniczego. Poza recepcją przy wjeździe i bungalowami w środku parku nie było nic, a przede wszystkim nie było żadnego sklepu czy restauracji. Pożywiłem się tym co miałem: cukrem, kakao, herbatą. Po pewnym czasie do pokoju obok przyjechał samochodem tajlandzki fotograf, który robił zdjęcia ptaków dla jakiegoś magazynu. Właśnie wrócił z zakupów z odległego miasta. Pogadaliśmy trochę. Myślałem, że może coś mi odsprzeda, ale usłyszałem tylko "To na jutro", "Ja mówię bardzo słabo po angielsku", "Do jutra". Dobra, może był zmęczony i nie chciało mu się nawiązywać kontaktu. A okazja była niezła - bungalowy w środku lasu, wokół żywgo ducha. Zastanawiałem się czy ja kiedyś komuś tak odmówiłem... Chciałbym się znaleźć w sytuacji odwrotnej i mieć okazję pomóc. Tymczasem nie było na co narzekać, bo trochę głodówki jeszcze nikomu nie zaszkodziło. Gorzej, że nic a nic nie przestawało padać...


Madonna z szafy

W pewnej przydrożnej restauracyjce malajskiej stała szafa grająca, gdzie oprócz lokalnej muzyki było też trochę zachodnich kawałków. Wybrałem nieznaną mi piosenkę Madonny "Taka a bow". Refren był jakby już na zakończenie mojej wyprawy: "Say good-bye, bye, bye, say good-bye".


Festina lente

Czyli spiesz się powoli. To jedna z cenniejszych rzeczy, które wyniosłem z wyprawy. A musiałem się jej uczyć po kilka razy aż do samego końca. W Georgetown w Malezji podjąłem decyzję, że nie będę odwiedzał Sumatry tylko wrócę na święta wielkanocne do domu. I zacząłem się spieszyć, choć już tyle razy mówiłem sobie, że nie warto... Pretekst był taki, że trzeba zdąrzyć kupić jeszcze jakieś tańsze bilety lotnicze do Polski w Singapurze. W związku z tym w Kaula Lumpur spędziłem w sumie tylko pół dnia, przez co nie wjechałem na słynne wieże Petronas Towers, ani nie spotkałem się z polskim ambasadorem w KL (skoligaconym z moją rodziną). W pięknej, przestrzennej Melace, gdzie miałem jeden z lepszych pokojów hotelowych na całym Dalekim Wschodzie spędziłem tylko jedno popołudnie. Potem skracałem sobie w pośpiechu drogę autostopem. A na końcu w Singapurze okazało się, że tańszych biletów i tak już nie ma. A te droższe nie są aż tak drogie. I tak spiesząc się do nie do końca uchwytnych wartości w przyszłości wypuściłem z ręki te bieżące, nie mając w rezultacie ani jednych ani drugich.


Owoce, kaczka i ryż

Podczas wyprawy, a szczególnie na Dalekim Wschodzie poznałem smak wielu nieznanych mi wcześniej owoców. Słodki jackfruit, kompot z niedojrzałych kokosów, kwaskowaty starfruit, przedziwny dragonfruit i inne. W Tajlandii i Malezji można je było bez problemu kupić na ulicznych stoiskach. W Singapurze, gdzie takie w zasadzie nie istniały, owoce można było kupić w supermarketach. Dodatkowo moją dietę tam przez dziewięć dni stanowiły cztery kawałki kaczki (lub kurczaka) i ryż w najtańszej nieklimatyzowanej chińskiej knajpce plus gorąca herbata z kondensowanym mlekiem. Było to proste, monotonne a jednak bardzo smaczne danie. Może dlatego po prostu, że działo się to w Singapurze.


Tricia

Dni w Singapurze minęły mi dość szybko głównie za sprawą Trici z Anglii, 23-latki, studentki dziennikarstwa, z którą przez trzy dni odwiedziliśmy takie miejsca jak Nocne Safari, Zoo, wyspę Sentosa. Ona podróżowała sama od roku (Kanada, Ameryka Środkowa, Australia), pracując po drodze (raz nawet w domu publicznym, jako recepcjonistka). Dwa razy już otarła się o śmierć. Raz umierała trzy dni na chorobę ciśnieniową, po nurkowaniu na jakiejś zapomnianej wysepce na Karaibach. Drugi raz została nielegalnie z grupą ludzi na noc w ruinach jakiegoś zamku w Izraelu, który w pewnym momencie znalazł się pod ostrzałem syryjskim. Typ mocno różny ode mnie (fanka klubów transowych, extasy, marihuany itp.), ale raczej miło spędziliśmy czas (inteligentna i otwarta). Z Tricią wiąże się wiele śmiesznych sytuacji. W Singapurze sprzedawano napój gazowany o nazwie Sarsi (coś na bazie imbiru, ale do końca nie wiadomo co to było). Próbowałem poczęstować nim Tricię. Ale ona powiedziała, że nie pija napojów, o których nie wie z czego są zrobione. Wywiązał się taki śmieszny dialog:
 T.: What's Sarsi ?
 K.: What's Pepsi ?
 T.: What's life ?
Innym razem podczas nocnego safari próbowałem jej wyjaśnić, że żyrafy bardzo śmiesznie zginają szyję, na boki, robiąc taki łuk. Jakoś nie bardzo potrafiłem się wysłowić w tym temacie, męczyłem się a i tak wydawało mi się, że ona wciąż mnie nie rozumie. Wtedy ona chciała mnie przekonać, że na pewno zrozumiała:
 T.: I understood. Really !
 K.: No. You didn't get the covered message.
 T.: Oh, you mean hidden symbolism in it ?
Poza tym po drodze, mimo że oboje nie mieliśmy do tego żadnych predyspozycji, śpiewaliśmy wspólnie piosenki. Szczególnie jedna jakoś nie mogła się od nas odczepić: "Stopped into a church, I passed along the way, Well, I got down on my knees, And I pretend to pray, You know the preacher likes the cold, He knows I'm gonna stay, California dreaming, California dreaming, On such a winter's day (...)".


Krótki komentarz

Już dobrych kilka miesięcy po powrocie dostałem list od nieznajomej kobiety z Polski pt.: "Krótki komentarz do Twojej wyprawy 'Rowerem przez trzy kontynenty'". Treść listu odnosiła się w całości do zamieszczonych w internecie moich relacji, które przesyłałem na bieżąco z trasy. Poniżej krótki fragment:

"(...)Zastanawiam się czy Ty w ogóle wiesz na czym polega demokracja i jak jest rozumiana w poszczególnych krajach np. Ameryki i Europy a także na podstawie czego stwierdziłeś, że w Polsce nie ma cenzury, prawo zaś jest sprawiedliwe i zawsze respektowane ("Policja i afrykańska specyfika"). Czy wg Ciebie europejski system wartości jest tak dobry, że wszyscy muszą się z nim zgodzić i go przyjąć ? Zastanawiam się, czy to co piszesz wypływa z Twoich przekonań, obserwacji, doświadczeń czy też znalazłeś się w machinie współczesnej europejskiej pseudocywilizacji i polskiego poddaństwa względem Zachodu. Polacy byli i nadal są poniżani i wykorzystywani przez Zachód więc poniżają Wschód.(...) Ile kilometrów tak naprawdę przejechałeś rowerem ?"



poleć stronę znajomym