|
Było to na wiosnę kilka lat
temu, kiedy to wprowadziłem się do mojego nowego mieszkania
(ściślej malutkiej garsoniery) i zaczynałem kolejny etap
mojego dorosłego życia. Mieszkałem sam. Podobne do siebie dni
wypełniała mi przede wszystkim praca, często po godzinach,
przeplatana nielicznymi kontaktami towarzyskimi. Gdy
przychodziłem późno wieczorem do domu, miałem jedynie czas i
siłę na zrobienie sobie kolacji, umycie się i pójście spać. Na
weekendy zazwyczaj wyjeżdżałem gdzieś za miasto.
I właśnie kiedy wracałem z jednego z takich wyjazdowych
weekendów, przy wchodzeniu do mieszkania poczułem czyjąś
dziwną obecność. Nie odczucie, że ktoś tutaj był, ale że ktoś
tutaj cały czas jest. Oczywiście zaraz sprawdziłem wszystkie
pomieszczenia (przy metrażu 23,3 m2 nie było to szczególnie
trudne) i wykluczyłem istnienie jakiegokolwiek niezapraszanego
gościa, a przynajmniej jego istnienie w ludzkiej postaci.
Niemniej moje dziwne odczucie nie zanikało, a co gorsza, w
kolejnych dniach i tygodniach nasilało się. Nie bezpodstawnie
zresztą. Od czasu do czasu w moim mieszkaniu dawało się
słyszeć jakieś cichutkie chroboty, chrząkania, sapania.
Przeglądałem wszystkie zakamarki, wyciągałem z szaf każdą,
nawet najmniejszą, rzecz i... niczego lub nikogo obcego nie
udawało mi się znaleźć. W zasadzie można by nawet przejść do
porządku dziennego nad tą dziwną, ale w sumie mało szkodliwą
obecnością, gdyby nie to, że odgłosy zaczęły się po pewnym
czasie pojawiać nawet w nocy, czasami wybudzając mnie ze
snu.
Dni jednak mijały w swoim dość szybkim tempie, a ja po
prostu starałem się zaakceptować tą moją nową lokalową
sytuację, tłumacząc sobie wszystko moim przemęczeniem i
stresem w pracy. Może to wszystko jakieś urojenia, może
przydałby się wreszcie jakiś porządny długi urlop, może
wreszcie po prostu trzeba przestać zwracać na to uwagę? Tak,
przestałem się tym przejmować i w pewien sposób zacząłem nawet
udawać, że problem nie istnieje (to było coś w czym miałem
sporą praktykę i całkiem nieźle mi to wychodziło). Gdy leżałem
na łóżku i słyszałem w szafce kuchennej dziwne pokasływania,
nie wstawałem i nie przetrząsywałem gorączkowo wszystkich
talerzy i garnków (między innymi nauczony doświadczeniem, że
taka czynność trwa sporo czasu i do niczego nie prowadzi). Gdy
byłem w łazience i dochodziły do mnie wyraźne odgłosy
przebiegania malutkimi kroczkami po okleinowanych naturalnym
drewnem panelach w pokoju, nie wybiegałem mokry i nie
zaglądałem pod szafy i stół (bo przecież to równie dobrze
mogły być odgłosy sąsiadki z mieszkania obok).
Paradoksalnie jednak moja postawa braku uwagi dodała
odwagi temu czemuś. To coś stawało się coraz bardziej
śmielsze. Zaczęło dochodzić do sytuacji śmiesznych. Gdy na
przykład jedząc kolację odwracałem się nagle od stołu,
widziałem jakieś maluteńkie czarne stworzenie w pośpiechu
chowające się pod łóżko. Gdy udawało mi się bardzo cicho i w
niespodziewanych porach wejść do mieszkania, zastawałem
powyciągane z lodówki rzeczy (których jak się domyślałem to
coś nie zdążyło schować, zaskoczone moim nagłym powrotem). To
już nie tylko mieszkało ze mną czy towarzyszyło mi miesiącami,
ale żywiło się moim jedzeniem!
W sprawie tego czegoś, oczywiście nie było dokładnie
tak jak można by wywnioskować z mojego opowiadania, że na
początku gorączkowo szukałem odpowiedzi, a później tylko
ignorowałem samo pytanie (przekaz słowny w odróżnieniu od
bezpośredniego doświadczenia zawsze zawiera w sobie jakiś
skrót). Raczej można by powiedzieć, że były to kolejno
powracające fazy: poszukiwania połączonego z nadzieją
znalezienia rozwiązania, wytężonego tropienia, chwytania się
wszelkich możliwych poszlak, a potem rozczarowania związanego
z brakiem jakichkolwiek dowodów, zmęczenia, zniechęcenia,
bezradnego porzucania problemu, czy wreszcie pełnego
rozgoryczenia z powodu straconego czasu na coś tak w sumie
nieważnego czy wręcz może nieistniejącego?
A jednak. Pewnej nocy zbudzony nagłą potrzebą wstałem
do łazienki, zapaliłem światło i kątem oka w wąskiej szparze
między ścianą a szafą na podłodze dostrzegłem to. To coś spało
(prawdopodobnie mocno zmęczone harcami odprawianymi zeszłej
nocy). Podszedłem bliżej, najciszej jak potrafiłem i
zobaczyłem nieduży (długości może piętnastu centymetrów),
czarny... znak zapytania. Oddychał miarowo i spokojnie, co
pewien czas wydymając swój okrągły brzuszek lub coś, co
brzuszek przypominało (wybaczcie, ale nie znam się zbyt dobrze
na anatomii znaków zapytania). Przez chwilę przypatrywałem się
temu niecodziennemu zjawisku. A więc to tak. Ciekawe skąd się
tu wziął? Czy wleciał przez okno, jak zwykłe są to czynić
różne owady? A może przez wentylację? A może po prostu
przykleił się do mojego buta w któryś z wiosennych błotnych
dni (obok trwała jeszcze budowa)? Mógł też wypaść komuś z nowo
wprowadzających się przy przeprowadzce? No i tak w ogóle to
chyba sporo urósł. Przynajmniej od czasu jak udawało mi się go
gdzieś przez pół sekundy przelotnie widzieć. Nie namyślając
się jednak wiele chwyciłem go mocno ręką, podniosłem do góry i
zawołałem: "Mam cię!". Znak w pierwszym odruchu po
przebudzeniu przeraził się, a następnie mocno ugryzł mnie w
palec. Puściłem go wyjąc z bólu. Gdy się z niego otrząsnąłem,
po znaku nie było już ani śladu. Darowałem sobie poszukiwania
w środku nocy, dokończyłem sprawę w łazience, poszedłem
spać.
Gdy się zbudziłem rano, opuchnięty palec stał się
powodem mojego dobrego samopoczucia: te ostatnie miesiące to
jednak nie urojenia. W mojej głowie powstał szybki plan: po
powrocie z pracy, nawet gdybym miał wyrzucić na korytarz
wszystkie rzeczy i meble, dorwę drania! Na wszelki wypadek
wychodząc z domu z niedwuznacznym uśmieszkiem zamknąłem
wszystkie okna i otwory wentylacyjne. A gdy wieczorem
wchodziłem z powrotem, zrobiłem najpierw małą szparę w
drzwiach, sprawdzając czy znak nie szykuje się do ucieczki.
Pojawiła się smuga światła. Wszedłem do środka. Znak siedział
na wersalce i czytał spokojnie książkę, obok stał kubek z
gorącą herbatą. Może to złudzenie wywołane szokiem, ale na oko
przybyło mu od zeszłej nocy jakieś pięć centymetrów. W
pierwszym odruchu porwałem z blatu w kuchni ścierkę i
zamachnąłem się na znak (może należałoby napisać "na znaka"? –
nie wiem, niecodzienne sytuacje sprawiają mi zawsze kłopoty
językowe). Znak jednak z błyskawicznym refleksem uczepił się
końca ścierki i niesiony jej rozpędem wylądował we wnęce
między szafą a sufitem.
– Masz natychmiast stamtąd zejść i szybko wytłumaczyć
się ze swojej obecności w tym domu!! – krzyknąłem, ale moje
słowa pozostały bez jakiejkolwiek odpowiedzi, nie licząc ledwo
słyszalnego zaśmiechu dochodzącego z wyższej połowy mojego
mieszania (ale może mi się zdawało).
Tak, no i co z tego, że już wiem, że to coś istnieje
skoro nie mogę nawiązać z tym czymś żadnego kontaktu? –
myślałem. Chociaż z drugiej strony może to moja wina? Wczoraj
wyrwałem go ze snu (być może przyduszając ? – ostatecznie nie
wiem nawet za co go chwyciłem, jak wspominałem nie znam się na
anatomii znaków zapytania), dziś usiłowałem go zabić szmatą
(tak mógł przecież to odebrać), a on może przecież nie
rozumieć po polsku (znaki zapytania występują w wielu
językach, ale nie wiadomo jakimi osobiście władają). No nic,
na razie odpuszczę, zobaczymy, co się będzie działo dalej.
Zjadłem kolację i poszedłem spać.
Rano przebudziłem się wcześniej niż zwykle zdenerwowany
i napięty. Mój żołądek cyklicznie rozciągał się i kurczył. Gdy
otworzyłem oczy zobaczyłem, że ni mniej ni więcej, ale po moim
brzuchu skacze znak. Wykorzystywał mnie najwyraźniej jako
rodzaj cyrkowej siatki do wykonywania akrobacji powietrznych.
Wybijał się z uśmiechem wysoko a następnie niemal dziurawił
mnie swoją nóżką i kropką (i znów miałem wrażenie, że przybyło
mu na wadze od wczoraj). Zrzuciłem go brutalnie z kołdry. Ja
rozumiem chęć nawiązania kontaktu, ale są chyba jakieś
granice, zwłaszcza jeśli jest piąta nad ranem a nadchodzący
dzień w pracy zapowiada się bardzo stresująco.
Sytuacja zaczynała mnie mocno denerwować, żeby nie
powiedzieć dosadniej. Co gorsze z biegiem czasu znak czuł się
w moim mieszkaniu coraz bardziej zadomowiony i coraz
bardziej... bezczelny! Dochodziło na przykład do tego, że gdy
spieszyłem się wieczorem na dworzec (kolejny nagły wyjazd
służbowy), znak zaczajał się przy drzwiach wyjściowych, i gdy
wybiegałem z mieszkania, po prostu zahaczał mnie za nogę,
powodując moje ciężkie lądowanie na korytarzu. Ja już nie
mówię tylko o potłuczeniach. Raz nawet musiałem nawet zmienić
garnitur, bo wylądowałem przed windą w mokrej kałuży po
czyichś zakupach i przez to spóźniłem się na ważne biznesowe
spotkanie w Warszawie. Punktem przełomowym jednak była
organizowana przeze mnie kolacja dla grona znajomych i jednej
nie do końca znajomej, na której mi bardzo zależało.
Oczywiście sporo czasu zajęło mi przygotowanie:
perfekcjonistyczne wysprzątanie całego mieszkania wymagające
sporego wysiłku, zakup produktów do przyrządzenia wielu
wymyślnych dań, wybór drogiego wina. W krytyczny dzień
wieczorem po pracy zostało mi już tylko podgrzanie i
poukładanie jedzenia na stole, wzięcie prysznica i ogolenie
się.
To, co zobaczyłem jednak po powrocie do domu, po prostu
mnie załamało. W huku głośnej muzyki (opakowania po kasetach i
płytach walały się wszędzie po podłodze), rozwalony na
wersalce, leżał znak. Obok znajdowała się opróżniona butelka
po winie, na stole leżały resztki przygotowanego jedzenia. Nie
wiem czy zabawiał się sam czy sprowadził do mieszkania pod
moją nieobecność cały alfabet lub przynajmniej inne znaki
interpunkcyjne. Nie było to w tym momencie istotne. Natomiast
pewne było jedno: spalę się ze wstydu przed moimi gośćmi, o
wywieraniu świetnego wrażenia na nie do końca znajomej można
było zapomnieć (nie było już czasu na uzupełnienie zakupów i
przygotowania, a kupienie czegoś zwykłego w osiedlowym sklepie
według mnie absolutnie nie wchodziło w grę). W przypływie
złości i buntu chwyciłem znak (znaka?) i wyrzuciłem przez
okno. Był tak pijany, że nawet nie zdążył zareagować.
Telefonicznie odwołałem kolację tłumacząc się niedyspozycją.
Co się stało ze znakiem, tego nie wiem. Wiem natomiast, że był
to ostatni dzień, w którym go widziałem.
Od tego czasu minęło już kilka lat. Dziś moje życie
jest wreszcie stabilne. Nie spóźniam się na ważne spotkania
biznesowe, niezmieniona i spokojna sytuacja lokalowa i cywilna
pozwala mi być bardziej dyspozycyjnym a przez to cenionym w
pracy. To oczywiście przekłada się na lepszą sytuację
materialną a dzięki temu mogę robić wrażenie na gościach moich
przyjęć coraz to droższym winem, którego nikt pod moją
nieobecność mi nie wypija. Czasem tylko, gdy wszyscy już
wyjdą, zastanawiam się: co wtedy znak chciał mi
przekazać?
październik 2003 © Krzysztof Rozmus komentarze • kontakt e-mail • poleć stronę znajomym
|