|
Opowiadanie
ZAPISKI Z TAMTEJ STRONY LUSTRA |
|
niedziela, 8 października 2000
Byłem na spotkaniu wspólnotowym. Od
kiedy wróciłem, chodzę bez wyraźnego celu na te różne spotkania, zebrania,
akcje... W kościele, w domu kultury, w naszej spółdzielni, na osiedlu. A na tym
spotkaniu to wiadomo: młodzież, ksiądz, rozmowy, te sprawy, wszystko
standardowo, do momentu, w którym podeszła do mnie nieznajoma dziewczyna i
pocałowała mnie w czoło. Nasze spojrzenia skrzyżowały się, ale nie
zareagowałem. Powtórzyła swój gest. Oburzyłem się, ale znów nic nie
powiedziałem, ani nic nie zrobiłem. Dziewczyna wyszła na zewnątrz zapalić
papierosa. Nic z tego nie rozumiałem, poszedłem ją odszukać.
-
Dlaczego mnie unikasz? - zapytała, gdy mnie zobaczyła.
-
A co miało znaczyć to całowanie? - odpowiedziałem pytaniem.
-
Miałam nadzieję na jakąś bliskość między nami... - powiedziała i odeszła.
Nie wiem dlaczego zareagowałem wzburzeniem. Bo w sumie
poczułem się dowartościowany jej gestem. Postanowiłem opuścić spotkanie i udać
się jeszcze raz do Piotrka w sprawie pracy. Po drodze, na osiedlowej,
spacerowej alejce widziałem młodą kobietę spacerującą z dzieckiem. Chłopczyk
był prześliczny. Mama trzymała go za rękę. Wydało mi się, że to był... mój syn.
Na samą myśl o tym ucieszyłem się, wręcz poczułem się szczęśliwy. Tylko skąd
mógłby się wziąć ten mój syn? Przecież Anka nie była w ciąży. A teraz nie
jesteśmy już razem... Nie dalej jak wczoraj po tych dziwnych i długich
nabożeństwach w kościele, znajoma, której od roku nie widziałem, wyparowała do
mnie od razu z tekstem: "Mnie się od początku wydawało, że wy z Anką kompletnie
do siebie nie pasujecie". W sumie mnie też się tak wydawało, choć przecież
potrafiłem sobie wyobrazić ją jako moją żonę... Tylko zaraz też zaczynałem się
bać jej zazdrości i możliwości rozpętywania przez nią tych wszystkich
konfliktów. Skończylibyśmy tak, jak moi rodzice - wieczne pretensje o wszystko.
Aha, spotkałem też pod kościołem
Joannę, moją licealną miłość. Facet, z którym była, zostawił ją zaraz po tym
jak poroniła. Nie wiem dlaczego. Ślubu nie mieli. Coś strasznie ciężko nam się
rozmawiało i bardzo mnie to zmartwiło, bo byłem spragniony bliskich
kontaktów... No, ale przecież kupa czasu minęła od matury.
A ta ostatnia to mi się do tej pory
czasem koszmarnie śni. Tematy z polskiego, których kompletnie nie rozumiem:
"Super papuga (i tutaj zdjęcie takiego kolorowego ptaka zrobionego z gąbki - to
się chyba teraz nazywa multimedia w edukacji
J) za to, że pełzała, świętą była uznana" - no i bądź tu mądry i domyśl się o co autorowi chodziło. Albo:
"Charakterystyka postaci Tadeusza i Zosi z Powstania Listopadowego" -
czy przypadkiem ten temat nie jest błędnie sformułowany? Na szczęście był też
jakiś wolny: "Moja wakacyjna przygoda w Leszczycach, Liszkach i Tętnie" -
wszystko fajnie, tylko czemu ja nigdy nie byłem w tych miejscowościach? Kto w
ogóle wymyśla takie kretyńskie tematy?
Piotrek, kolega jeszcze z podstawówki, który zarobił fortunę na studiu
płytowym, przyjął mnie w swoim stylowym, szefowskim gabinecie: wysoki sufit,
mahoń, skóra, a na ścianach pełno zdjęć nagich kobiet. Takie playboyowe
playmates. Tylko jedno zdjęcie było inne - to był chyba fotomontaż.
Przedstawiał nasz osiedlowy trawnik, a na nim kochającą się parę i zbliżających
się do niej policjantów w niebieskich mundurach. To było dzieło Feliksa (od nas
z klasy), który zajmował się teraz fotografią artystyczną. Mimo najlepszych
chęci Piotrek nie był w stanie zaoferować mi żadnej stałej pracy. Pozostawałem
więc dalej w statusie oficjalnego bezrobotnego. W sumie i tak nie miałem
najgorzej, miałem gdzie mieszkać - wracając spojrzałem na nasz rodzinny
30-letni peerelowski blok i na uchwycony przez Feliksa trawnik. Inni mieli
jeszcze gorzej. Ludzie mówili coś w sklepie, że w naszych piwnicach "zalęgli
się" bezdomni i że trzeba będzie ich wykurzyć. Postanowiłem, trochę z nudów, to
sprawdzić i z lekkim niepokojem zszedłem do piwnicy. Na końcu korytarza, w
większym, ciemnym pomieszczeniu z pajęczynami, rzeczywiście stała grupa
starszych mężczyzn. Palili ognisko i na kawałku rozżarzonej blachy próbowali
usmażyć kawałek mięsa. Zachowywali się miło i zrobiło mi się ich żal.
Postanowiłem nawet przynieść im coś do jedzenia z góry, ale do pomieszczenia
weszła dwójka dużo młodszych lokatorów.
- Co jest, kurwa? Wizytacja?
Wypierdalaj stąd!! - i wykopali mnie, bądź co bądź, z częściowo mojej
własności... Może rzeczywiście ludzie mają rację, że trzeba ich się pozbyć z
osiedla. Pozmieniało się tutaj wszystko jakoś...
wtorek, 17 października 2000
Byłem na basenie. Wróciłem do
trenowania, żeby coś w ogóle robić. Wiadomo, że w moim wieku nie mam już szans
na jakiekolwiek wyniki. Choć test wypadł dość dobrze. Trener się dziwił jak
wytrzymuję to podwyższone tętno i kołatanie serca: albo jestem tak zaprawiony
fizycznie, albo mam dużą odporność na ból w klatce piersiowej...
Dalej myślę o Ance i dalej nie wiem,
czy decyzja o rozstaniu była słuszna. W zeszłym tygodniu miałem okazję
prywatnie rozmawiać z prawdziwym rabinem (były dni ekumeniczne w naszej
parafii) i poprosiłem go z marszu o radę w mojej sprawie. Powiedział: "Ożeń się
z nią, trzeba brać życie takim jakie jest". Jego rada skojarzyła mi się ze
skokiem na spadochronie bez przypięcia szelkami, a jedynie trzymając się
uchwytów rękami. Ale co dziwne, czułem, że skoczek może wylądować
szczęśliwie...
Jak wracałem z treningu to na
przejściu dla pieszych przy tej nowej czteropasmówce na południu osiedla,
zawołała do mnie jakaś dziewczyna: "Cześć, obcy!". Była wydelikaconą, kruchą,
spłonioną blondynką, młodszą ode mnie. Zastanawiałem się przez chwilę czy
przypadkiem się nie znaliśmy wcześniej, bo ona zaczęła od razu nawijać o jakimś
nowym filmie, który teraz grają w kinie i wyszło na to, że się umówiliśmy na
przyszły tydzień. I dobrze, może przestanę w kółko myśleć o A.
środa, 25 października 2000
W nocy miałem dziwny i obrazoburczy sen. Śniło mi się, że z jakiś względów nie
byłem w stanie przyjąć doustnie Komunii Św. w kościele i musiałem przyjąć ją...
[autocenzura]
Wściekłem się dzisiaj na matkę. Oddała do komisu mój stary motorower z piwnicy
nie pytając mnie w ogóle o zdanie. "Przecież na nim już nie jeździsz. Miałam
czekać, aż wyniosą go ci bezdomni? Myślałam, że tak będzie dobrze." To
oczywiście nie była pierwsza sytuacja tego typu.
Ciekaw jestem co robi teraz Anka? I jak to się wszystko skończy. A może to już
jest właśnie koniec?
niedziela, 29 października 2000
Pokłóciłem się publicznie z księdzem na spotkaniu wspólnotowym. Do salki
wtargnęły rozbawione dzieciaki przebrane za kościotrupy, ze świecącą, wydrążoną
dynią i zażądały cukierków i pieniędzy. Ksiądz zabrał im dynię i powiedział,
żeby nie robiły sobie na amerykańską modłę jaj z katolickiej tradycji Dnia
Zadusznego. Cholera, no jak nic, dzieci zmówiły się na osiedlu, że na złość
wszystkim wywrócą teraz cały piękny, tradycyjny europejski porządek do góry
nogami. Powiedziałem mu, żeby oddał im tę dynię i docenił, że włożyły wysiłek w
przygotowanie strojów i rekwizytów (pewnie na lekcji plastyki w szkole, he, he)
i że wniosły tutaj odrobinę ożywczej radości. Dzieciaki zdębiały i zaczęły się
tłumaczyć, że one tylko chciały dostać trochę słodyczy... W grupie poparła mnie
jedynie Magda. Co ciekawe, jak pamiętam, nigdy nie byliśmy zgodni w poglądach i
mogliśmy się pokłócić dosłownie o wszystko. A tu taka zmiana. No, proszę.
Po południu Piotrek, w ramach chwalenia się nowym zakupem, zaprosił mnie na
przejażdżkę autostradą swoim Porsche Carrera. Gdy dodawał gazu, wydawało mi
się, że lecimy jakimś potężnym Concordem i że to nie samochód jedzie, ale że my
mamy moc przesuwać pod kołami całą ziemię. Po pewnym czasie wjechaliśmy we
wspaniałe wysokie góry, co to nie miałem pojęcia, że są w sumie tak niedaleko
od osiedla. Z wysokości podziwialiśmy zachód słońca, a potem wysiedliśmy na
jakiejś polance. Okazało się, że stało tam więcej samochodów podobnej klasy i
choć był listopad odbywało się coś w rodzaju małego party: ognisko, sprzęt
grający podłączony do generatora, jedzenie, alkohol. Usiadłem na jednym z
krzesełek turystycznych. Niedługo potem podeszła do mnie nieznajoma, bardzo
młoda dziewczyna. Blondynka. Musiała być chyba mocno znudzona imprezą, bo
zapytała mnie czy nie mam nic na przeciwko, żeby mi usiadła na kolanach.
Oczywiście, nie miałem. Nawet poczułem się w pewien sposób wyróżniony. Po
chwili dziewczyna wyciągnęła mnie na krótki spacerek po okolicy, podczas
którego, mimo zimna, nieoczekiwanie całkiem rozebrała się przede mną. Zacząłem
ją całować i pieścić, ale po chwili zagrano sygnał do odwrotu.
Aha, nie jestem pewien na 100%, ale
na tym party był chyba mąż Anki. Specjalnie nie podchodziłem bliżej ani się nie
wgapiałem.
poniedziałek, 6 listopada 2000
Znów śniła mi się Anka. Taka o 10 lat młodsza. Bardzo żywa, radosna. Próbowałem
jej powiedzieć, że wyjeżdżam, ale ona się tym w ogóle nie przejmowała, tylko
cały czas pytała się, czy ja widzę jak ona pięknie i żywiołowo tańczy. Miała na
sobie czerwoną sztruksową koszulę i czarne rajstopy. Potem kochaliśmy się, a
mnie niestety opanowało przygnębiające odczucie, że nie powinniśmy być razem i
obawa przed niechcianą ciążą.
Świat jest strasznie mały. Dzisiaj Feliks zapoznał mnie z dwoma modelkami, z
którymi współpracuje na co dzień: brunetką, spod znaku Ryb, i blondynką, spod
znaku Bliźniąt - tak mi je przedstawił. On sam jest mocno, w jakimś tam sensie,
zainteresowany brunetką, choć ma żonę (jedną z moich byłych dziewczyn) i dwójkę
dzieci. A blondynką okazała się... "blondynka z polanki". Siedzieliśmy sobie w
czwórkę u niego w studiu w starej kamienicy, ale się okazało, że Feliks musiał
na godzinkę pilnie wyjść coś załatwić. Nie wiem co myśleć o tym, co się potem
działo, ale chyba to był jeden wielki show. Brunetka, z wypiekami na twarzy,
zaczęła przy mnie żądać od blondynki miłości lesbijskiej, ale ta się opierała.
Czarna zaczęła wygłaszać do niej przemowy, m.in. "że nie jest w stanie
intelektualnie objąć czegoś takiego jak miłość lesbijska, bo jej życie jest
całe podzielone na odrębne kawałeczki" i widziałem, że blondynkę jakby zaczęło
do tego wszystkiego ciągnąć. W końcu czarna poprosiła mnie, abym przytrzymał na
moich kolanach blondynkę pośladkami do góry, ściągnął jej spodnie i majtki
(prośbę spełniłem). Następnie zaczęła pozorować z nią stosunek od tyłu.
Wracałem stamtąd wieczorem autobusem do domu. Z każdym dniem robiło się coraz
zimniej, ale na szczęście w środku grzali. Czytałem wiersze Miłosza. W
pewnym momencie obok mnie usiadł facet do złudzenia przypominający nieżyjącego
już aktora, Jerzego Bińczyckiego (to ten co grał Bogumiła Niechcica w "Nocach i
dniach", gdybym nie wiedział, że on nie żyje to myślałbym, że to on) i zagadnął
mnie co czytam. Ja akurat byłem bardzo zatopiony w lekturze i wzruszony
wierszami ("Wyznanie", "Sens", "Piosenka o końcu świata"), więc żeby mu
odpowiedzieć musiałem najpierw wytrzeć sobie oczy.
sobota, 11 listopada 2000
Śniło mi się, że żona Feliksa uciekła od niego i związała się... ze mną. Nie
dość tego, weszliśmy w układy z jakąś mafią, przez co w tarapaty wpadł jej
ojciec. Ostatecznie wylądowaliśmy oboje w więzieniu, skąd postanowiliśmy uciec.
Przebijaliśmy się przez kolejne kraty, przejścia, korytarze i na samym końcu
znaleźliśmy się... w sali gimnastycznej naszej osiedlowej podstawówki. Wydawało
się, że stąd już nie będzie ucieczki, że więzienie jest tak do końca
przemyślane, że nawet, jeśli po drodze puściły jakieś zabezpieczenia, to z tej
wielkiej sali na końcu już nikt się nie wydostanie. Za nami trwała pogoń.
Wspiąłem się po drewnianych drabinkach do osiatkowanych górnych okien,
lepiących się od kurzu i brudu. Zauważyłem, że jedna z metalowych siatek w rogu
nie jest przyspawana, ale jest przymocowana kawałkiem szmaty. Taka ludzka
niedoróbka, niedoskonałość w perfekcyjnym systemie - ktoś popier... swoją
robotę i dzięki temu udało nam się uciec.
Byłem u Piotrka w domu na obiedzie. Byli także jego rodzice. W pewnym momencie,
gdy gospodarz wyszedł do kuchni, jego ojciec zwrócił się do mnie z wyrzutem,
dlaczego nie przyszedłem na promocję ostatniej gry multimedialnej wydanej przez
studio Piotrka. Zwłaszcza po mnie się tego nie spodziewał, bo wie, że jesteśmy
starymi kolegami. I że Piotrek, jak stał się bogaty, to ma teraz mnóstwo
znajomych, którzy obdarowują go różnymi prezentami, ale to nie to samo. Nie
zdążyłem odpowiedzieć, choćby tyle, że nie wiedziałem nic o żadnej promocji, bo
wrócił Piotrek i jego ojciec wyprostował się i w całkiem innym tonie
powiedział: "A może Piotrku puściłbyś nam tę reklamówkę twojego studia? No
wiesz, tę Z Piotrem Bielmowskim od Europy do Chin, w dwóch wersjach
językowych.". I Piotrek rzeczywiście ją nam puścił na swoim panoramicznym
telewizorze.
Po obiedzie, gdy jego rodzice już poszli, zaczęliśmy wspominać stare dzieje.
Naszą wspólną osiedlową podstawówkę. Przypomniałem sobie jak z Adą, już po
zakończeniu szkoły, pojechaliśmy sami we dwójkę w góry. Głównie
chodziliśmy po szlakach. Podczas jednego z odpoczynków objąłem ją, zaczęliśmy
się przytulać. Nawet miałem takie dziwne myśli, że może zostanie moją żoną. Ale
cała ta sytuacja była w sumie przykra i sztuczna, bo ona mnie nic a nic nie
pociągała. Co innego Kaśka, ale do niej zawsze bałem się startować. Czułem, że
nie miałem żadnych szans i że w ogóle z innego świata dla niej byłem. Piotrek z
kolei przypomniał mi jak wybraliśmy się razem w naszą pierwszą, dalszą
wycieczkę rowerową z namiotem i jak zaszyliśmy się na nocleg na dziko w sadzie,
w sumie niedaleko od jakiegoś gospodarstwa. Ja się strasznie bałem, że komuś
się może nie spodobać nasza obecność i zachowywałem się jak najciszej można. A
Piotrek chyba za dużo wypił, bo widząc mój strach specjalnie co chwila się
wydzierał, urządzał jakieś śpiewy, po czym śmiał się do rozpuku. Musiałem mu
normalnie zatykać gębę, bo nie mógł się uspokoić. Nic się ostatecznie nie
stało, ale z niepokoju kompletnie się nie wyspałem. Ech, były czasy...
Doszliśmy do wniosku z Piotrkiem, że zorganizujemy spotkanie całej naszej
starej podstawówkowej klasy.
czwartek, 23 listopada 2000
Czy w Polsce musi być praktycznie przez 8 miesięcy zimno? I do tego nie
pamiętam, kiedy ostatni raz słońce wyjrzało za chmur. Przypomniało mi się, jak
w lato stulecia wynajęliśmy z Anką ten drewniany domek za rzeką przy łąkach.
Słoneczko operowało od rana i było tak rajsko, że wyszedłem się przebiec w
samej górze od pidżamy. Z daleka dostrzegłem dwie moje dawne nauczycielki z
podstawówki. Nie dbałem o to czy zobaczą moją nagość czy nie. Jak dobiegałem z
powrotem do domku to natknąłem się na Adę i Agnieszkę, dawne koleżanki z
podstawówki. Odruchowo obciągnąłem koszulę, ale chyba musiały coś widzieć, bo
powiedziały, że tutaj jest fajne miejsce na opalanie się nago, a one to
uwielbiają. No i zaczęliśmy się opalać na łące. Potem wróciła ze sklepu Anka i
koleżanki zapytały mnie czy mogą dalej się tutaj opalać. Chciałem im
odpowiedzieć, że tak, że nie ma najmniejszego problemu, ale zobaczyłem minę
Anki. Powiedziała, że się nie zgadza i musiały sobie pójść. Na początku było mi
bardzo żal, ale potem zobaczyłem jaki piękny jest ten nasz mini-domek i że
razem sobie tutaj mieszkamy, i mi przeszło. A któregoś dnia było zabawnie, bo
napadła nas grupa chłopaczków ze wsi przebranych za Indian. Powiedzieli, że
ziemia należy do nich... i musieliśmy udawać, że z nimi o nią walczymy. Potem
poszliśmy wszyscy do lasu i tam chłopcy pokazywali nam ślady zwierząt i
wszystko, czego się nauczyli w tym roku na biologii. To był nasz, taki mały,
wakacyjny raj. I było tak ciepło. A teraz? Brr...
Śnił mi się straszny sen. Okazało się, że moja siostra jest w ciąży... ze mną.
Od jednego razu. Początkowo wpadłem w panikę, ale zaraz potem zacząłem się
pocieszać: "nie ma się co martwić", "jakoś to będzie", "ona jest inteligentna"
itp. No, a potem się okazało, że w teoretycznym terminie zapłodnienia mnie
tutaj przecież nie było. Odetchnąłem przez sen z ulgą. Fajne było to pytanie
jej lekarki: "Niech mi pan powie, jaki jest sens odbywania stosunków z własną
siostrą?"
J
niedziela, 3 grudnia 2000
Na weekend pojechaliśmy na mały spęd rodzinny do wujka Andrzeja. Po drodze
trzeba było strasznie uważać, bo drogi nad ranem już pokrywały się lodem. Wujek
Andrzej przywitał się z nami dosyć szorstko, tak po robotniczemu, i przystawił
się do mnie od razu z wiertarką Bosha. Miałem z jego 12-letnim synem Wieśkiem
pomóc mu w naprawieniu automatycznie otwieranego zadaszenia na górze. Nie wiem,
to chyba miało być jakieś mini-obserwatorium astronomiczne. Szczerze mówiąc nie
za bardzo czułem się w tego typu pracach manualnych, ale z wujkiem nie było
dyskusji. Uważał, że każdy prawdziwy chłop powinien kochać obcowanie z
narzędziami wysokiej klasy i konkretną robotę. Praca trwała cały dzień, ale
wykończyła mnie przede wszystkim atmosfera: ta jego prymitywna otwartość i
wulgarność, to wyśmiewanie się z najdrobniejszych błędów, i ta ślepota na to,
że nikt poza nim dobrze się tu nie bawi. Chociaż Wieśkowi pewnie się podobało.
Jest przyzwyczajony. W nocy spadł pierwszy tej zimy śnieg, widziałem jak jego
płatki osadzają się na półprzeźroczystej kopule. Bardzo długo nie mogłem
zasnąć, a gdy w końcu zasnąłem, śniło mi się, że chodzę po domu i pokojach
innych ludzi: Wieśka, wujka Andrzeja... Wydawało mi się to tak realistyczne, że
zastanawiałem się, czy naprawdę nie lunatykowałem. W pewnym momencie na kopułę
padł cień, jak by coś na niej wylądowało. Pokrywa zaczęła się lekko unosić i do
wnętrza zaczęli przedostawać się kosmici... jakieś okropne stwory,
zniekształcone dzieci, cały pejzaż z Archiwum X. Zaczęli zmieniać się w
jedzenie na stole, w orzechy laskowe, w truskawki, aby w ten sposób przenikać
do ludzkich ciał. Obserwowałem to sparaliżowany lękiem. Gdy w końcu udało mi
się wstać, wybiegłem na korytarz i jąkając się zacząłem wołać Wieśka i mówić,
że coś tam właśnie wylądowało. Wiesiek wyskoczył z pokoju i od razu podchwycił
temat: "Wiem, to te gnojki z góry". Wyglądało na to, że wujek Andrzej w jakiś
sposób od dawna współpracował z kosmitami i specjalnie dla nich zbudował
to lądowisko. Wiesiek musiał być już nieraz świadkiem tych inwazji, ale nie
mówił o tym nigdy, dusząc to w sobie.
poniedziałek, 4 grudnia 2000
Udało mi się odzyskać z komisu
motorower. Gdyby mama go nie ruszyła to pewnie nawet bym o nim nie pamiętał, a
tak postanowiłem sprawdzić, czy można jeszcze na nim gdzieś dotrzeć. Mimo zimna
i śliskiej nawierzchni zaprosiłem na przejażdżkę "blondynkę z polanki", tę spod
znaku Bliźniąt. Przejeżdżaliśmy przez miasto i nagle na skrzyżowaniu jakiś
facet wjechał na nas z boku samochodem. Poczułem silne uderzenie w udo i chyba
będąc w szoku, powiedziałem mu, że wszystko jest OK, żeby nie wołał policji,
tylko mi zapłacił. Po chwili dopiero zorientowałem się, że dziewczyna nie żyje.
Została strącona z motoroweru i leżała z rozwaloną czaszką. Musiała jakoś
pechowo upaść. Pochyliłem się nad nią i zacząłem płakać. Miałem jakąś nadzieję,
że te padające na nią łzy przywrócą ją do życia...
wtorek, 5 grudnia 2000
Wypadki chodzą parami albo raczej
szóstkami. Właśnie dostałem szokującą informację, że dzisiaj - jednego dnia, w
jednym mieście - zostali poszkodowani w wypadkach drogowych: moja siostra, mój
ojciec, ciocia Ala, dziadek i mąż Anki. Wszyscy są na intensywnej terapii.
Nagłe ochłodzenie, pogorszenie pogody, niesprzyjające warunki. O co chodzi? Tak
jak w przypadku "blondynki z polanki": miałem nadzieję, że moje łzy przywrócą
ich do życia. Pojechałem do szpitala. Zacząłem opłakiwać i przytulać
nieprzytomne ciała mojej siostry i ojca.
I ze wszystkich poszkodowanych
jedynie oni przeżyli.
..., ...
Na punkt zbiorczy naszego spotkania podstawówkowego wybraliśmy, trochę dla jaj,
boisko naszej osiedlowej szkoły. Nie był to najszczęśliwszy wybór, bo tego dnia
nawet w południe było wyjątkowo mroźno. Zimowe niebo było całkowicie spowite
chmurami. Gdzieś tam jedynie można było się domyślać, że jest słońce. Ludzie
powoli się zbierali i wszyscy w zasadzie mówili tylko o jednym: dzisiaj miało
się wydarzyć coś dziwnego, ponoć miał być jakby koniec świata... Z nikim nie
udawało mi się znaleźć głębszego porozumienia. Czułem, że jestem, chcąc nie
chcąc, daleko od innych, mimo, że niektórzy fizycznie stali blisko mnie, nawet
za blisko - przeszkadzało mi to. Twarze dawnych kolegów były trochę zmienione,
dziwne, nalane. Ktoś coś tam powiedział, poszedł dalej. Komuś śmiesznie zwisały
z tyłu spodnie na wydatnie otyłej już sylwetce. Szukałem wzrokiem Anki, ale
chyba postanowiła nie przychodzić. Zaczynało się robić coraz zimniej i zimniej.
Ktoś zaproponował, żebyśmy zagrali w siatkę, tak dla rozgrzewki, ale po chwili
nie byliśmy się już w stanie ruszać. Chłód wciąż narastał. Usiedliśmy całą
klasą na trawniku, na tekturach z opakowań, blisko siebie. Wybrałem miejsce
obok Kaśki. Temperatura wciąż spadała i chyba wszyscy już zdawaliśmy sobie
sprawę, że to nie było zwyczajne zjawisko atmosferyczne. To naprawdę nadciągał
koniec. Musieliśmy się ratować. To się stało nagle, jakby instynktownie. Faceci
zaczęli dobierać się do panienek, lekko je rozbierać, pieścić, a one nie
protestowały. Chcieliśmy się po prostu jakoś rozgrzać i dobrze poczuć, aby nie
zamarznąć na śmierć. Kątem oka dostrzegłem w głębi osiedla moją matkę i babkę,
spieszące się na przystanek autobusowy. Obie popatrzyły na mnie z wyrzutem, że
nikt je "nie rozgrzewa". Obróciłem się do Kaśki. Odczekałem chwilę, a następnie
odgarnąłem delikatnie z jej białej twarzy czarne włosy i czule ją objąłem.
Złączyliśmy się wilgocią naszych czerwonych od mrozu warg. Poprzez kłębiącą się
parę wodną przyspieszonych oddechów spojrzałem jej prosto w przepiękne, zielone
oczy. Po raz pierwszy i ostatni w moim życiu, w drugim człowieku dostrzegłem
szczerą ufność i delikatny uśmiech.
styczeń 2005, © Krzysztof Rozmus komentarze • kontakt e-mail • poleć stronę znajomym
|