OPOWIADANIA
ZapiskiZapiski
żyjąc w: Szwajcaria i Europażyjąc w: Szwajcaria i Europa
camino de Santiagocamino de Santiago
Wyprawa rowerem przez 3 kontynentyrowerem przez 3 kontynenty
Krzysztof Rozmus
żyjący na ziemi

* PO KOLĘDZIE
luty 2007


MOJA WIELKA WAKACYJNA PRZYGODA
luty 2007


KONFERENCJA DLA PROFESJONALISTÓW
styczeń 2007


NOLI ME TANGERE
styczeń 2007


SPOTKANIE ZE STRAŻNIKIEM TARGOWISKA
grudzień 2006


TRAMWAJ NOCNY
lipiec 2005


ZAPISKI Z TAMTEJ STRONY LUSTRA
styczeń 2005


TRZY DNI NAD MORZEM
styczeń 2005


ZNAK ZAPYTANIA
październik 2003



Komentuj
i oceniaj
w portalu

Inne strony literackie




« TRZY DNI NAD MORZEMTRAMWAJ NOCNY »

Opowiadanie

ZAPISKI Z TAMTEJ STRONY LUSTRA

 


 

niedziela, 8 października 2000

 

Byłem na spotkaniu wspólnotowym. Od kiedy wróciłem, chodzę bez wyraźnego celu na te różne spotkania, zebrania, akcje... W kościele, w domu kultury, w naszej spółdzielni, na osiedlu. A na tym spotkaniu to wiadomo: młodzież, ksiądz, rozmowy, te sprawy, wszystko standardowo, do momentu, w którym podeszła do mnie nieznajoma dziewczyna i pocałowała mnie w czoło. Nasze spojrzenia skrzyżowały się, ale nie zareagowałem. Powtórzyła swój gest. Oburzyłem się, ale znów nic nie powiedziałem, ani nic nie zrobiłem. Dziewczyna wyszła na zewnątrz zapalić papierosa. Nic z tego nie rozumiałem, poszedłem ją odszukać.

-         Dlaczego mnie unikasz? - zapytała, gdy mnie zobaczyła.

-         A co miało znaczyć to całowanie? - odpowiedziałem pytaniem.

-         Miałam nadzieję na jakąś bliskość między nami... - powiedziała i odeszła.

Nie wiem dlaczego zareagowałem wzburzeniem. Bo w sumie poczułem się dowartościowany jej gestem. Postanowiłem opuścić spotkanie i udać się jeszcze raz do Piotrka w sprawie pracy. Po drodze, na osiedlowej, spacerowej alejce widziałem młodą kobietę spacerującą z dzieckiem. Chłopczyk był prześliczny. Mama trzymała go za rękę. Wydało mi się, że to był... mój syn. Na samą myśl o tym ucieszyłem się, wręcz poczułem się szczęśliwy. Tylko skąd mógłby się wziąć ten mój syn? Przecież Anka nie była w ciąży. A teraz nie jesteśmy już razem... Nie dalej jak wczoraj po tych dziwnych i długich nabożeństwach w kościele, znajoma, której od roku nie widziałem, wyparowała do mnie od razu z tekstem: "Mnie się od początku wydawało, że wy z Anką kompletnie do siebie nie pasujecie". W sumie mnie też się tak wydawało, choć przecież potrafiłem sobie wyobrazić ją jako moją żonę... Tylko zaraz też zaczynałem się bać jej zazdrości i możliwości rozpętywania przez nią tych wszystkich konfliktów. Skończylibyśmy tak, jak moi rodzice - wieczne pretensje o wszystko.

Aha, spotkałem też pod kościołem Joannę, moją licealną miłość. Facet, z którym była, zostawił ją zaraz po tym jak poroniła. Nie wiem dlaczego. Ślubu nie mieli. Coś strasznie ciężko nam się rozmawiało i bardzo mnie to zmartwiło, bo byłem spragniony bliskich kontaktów... No, ale przecież kupa czasu minęła od matury.

A ta ostatnia to mi się do tej pory czasem koszmarnie śni. Tematy z polskiego, których kompletnie nie rozumiem: "Super papuga (i tutaj zdjęcie takiego kolorowego ptaka zrobionego z gąbki - to się chyba teraz nazywa multimedia w edukacji J) za to, że pełzała, świętą była uznana" - no i bądź tu mądry i domyśl się o co autorowi chodziło. Albo: "Charakterystyka postaci Tadeusza i Zosi z Powstania Listopadowego" - czy przypadkiem ten temat nie jest błędnie sformułowany? Na szczęście był też jakiś wolny: "Moja wakacyjna przygoda w Leszczycach, Liszkach i Tętnie" - wszystko fajnie, tylko czemu ja nigdy nie byłem w tych miejscowościach? Kto w ogóle wymyśla takie kretyńskie tematy?

            Piotrek, kolega jeszcze z podstawówki, który zarobił fortunę na studiu płytowym, przyjął mnie w swoim stylowym, szefowskim gabinecie: wysoki sufit, mahoń, skóra, a na ścianach pełno zdjęć nagich kobiet. Takie playboyowe playmates. Tylko jedno zdjęcie było inne - to był chyba fotomontaż. Przedstawiał nasz osiedlowy trawnik, a na nim kochającą się parę i zbliżających się do niej policjantów w niebieskich mundurach. To było dzieło Feliksa (od nas z klasy), który zajmował się teraz fotografią artystyczną. Mimo najlepszych chęci Piotrek nie był w stanie zaoferować mi żadnej stałej pracy. Pozostawałem więc dalej w statusie oficjalnego bezrobotnego. W sumie i tak nie miałem najgorzej, miałem gdzie mieszkać - wracając spojrzałem na nasz rodzinny 30-letni peerelowski blok i na uchwycony przez Feliksa trawnik. Inni mieli jeszcze gorzej. Ludzie mówili coś w sklepie, że w naszych piwnicach "zalęgli się" bezdomni i że trzeba będzie ich wykurzyć. Postanowiłem, trochę z nudów, to sprawdzić i z lekkim niepokojem zszedłem do piwnicy. Na końcu korytarza, w większym, ciemnym pomieszczeniu z pajęczynami, rzeczywiście stała grupa starszych mężczyzn. Palili ognisko i na kawałku rozżarzonej blachy próbowali usmażyć kawałek mięsa. Zachowywali się miło i zrobiło mi się ich żal. Postanowiłem nawet przynieść im coś do jedzenia z góry, ale do pomieszczenia weszła dwójka dużo młodszych lokatorów.

- Co jest, kurwa? Wizytacja? Wypierdalaj stąd!! - i wykopali mnie, bądź co bądź, z częściowo mojej własności... Może rzeczywiście ludzie mają rację, że trzeba ich się pozbyć z osiedla. Pozmieniało się tutaj wszystko jakoś...

 

            wtorek, 17 października 2000

 

Byłem na basenie. Wróciłem do trenowania, żeby coś w ogóle robić. Wiadomo, że w moim wieku nie mam już szans na jakiekolwiek wyniki. Choć test wypadł dość dobrze. Trener się dziwił jak wytrzymuję to podwyższone tętno i kołatanie serca: albo jestem tak zaprawiony fizycznie, albo mam dużą odporność na ból w klatce piersiowej...

Dalej myślę o Ance i dalej nie wiem, czy decyzja o rozstaniu była słuszna. W zeszłym tygodniu miałem okazję prywatnie rozmawiać z prawdziwym rabinem (były dni ekumeniczne w naszej parafii) i poprosiłem go z marszu o radę w mojej sprawie. Powiedział: "Ożeń się z nią, trzeba brać życie takim jakie jest". Jego rada skojarzyła mi się ze skokiem na spadochronie bez przypięcia szelkami, a jedynie trzymając się uchwytów rękami. Ale co dziwne, czułem, że skoczek może wylądować szczęśliwie...

Jak wracałem z treningu to na przejściu dla pieszych przy tej nowej czteropasmówce na południu osiedla, zawołała do mnie jakaś dziewczyna: "Cześć, obcy!". Była wydelikaconą, kruchą, spłonioną blondynką, młodszą ode mnie. Zastanawiałem się przez chwilę czy przypadkiem się nie znaliśmy wcześniej, bo ona zaczęła od razu nawijać o jakimś nowym filmie, który teraz grają w kinie i wyszło na to, że się umówiliśmy na przyszły tydzień. I dobrze, może przestanę w kółko myśleć o A.

 

 

środa, 25 października 2000

 

            W nocy miałem dziwny i obrazoburczy sen. Śniło mi się, że z jakiś względów nie byłem w stanie przyjąć doustnie Komunii Św. w kościele i musiałem przyjąć ją... [autocenzura]

            Wściekłem się dzisiaj na matkę. Oddała do komisu mój stary motorower z piwnicy nie pytając mnie w ogóle o zdanie. "Przecież na nim już nie jeździsz. Miałam czekać, aż wyniosą go ci bezdomni? Myślałam, że tak będzie dobrze." To oczywiście nie była pierwsza sytuacja tego typu.

            Ciekaw jestem co robi teraz Anka? I jak to się wszystko skończy. A może to już jest właśnie koniec?

 

 

niedziela, 29 października 2000

 

            Pokłóciłem się publicznie z księdzem na spotkaniu wspólnotowym. Do salki wtargnęły rozbawione dzieciaki przebrane za kościotrupy, ze świecącą, wydrążoną dynią i zażądały cukierków i pieniędzy. Ksiądz zabrał im dynię i powiedział, żeby nie robiły sobie na amerykańską modłę jaj z katolickiej tradycji Dnia Zadusznego. Cholera, no jak nic, dzieci zmówiły się na osiedlu, że na złość wszystkim wywrócą teraz cały piękny, tradycyjny europejski porządek do góry nogami. Powiedziałem mu, żeby oddał im tę dynię i docenił, że włożyły wysiłek w przygotowanie strojów i rekwizytów (pewnie na lekcji plastyki w szkole, he, he) i że wniosły tutaj odrobinę ożywczej radości. Dzieciaki zdębiały i zaczęły się tłumaczyć, że one tylko chciały dostać trochę słodyczy... W grupie poparła mnie jedynie Magda. Co ciekawe, jak pamiętam, nigdy nie byliśmy zgodni w poglądach i mogliśmy się pokłócić dosłownie o wszystko. A tu taka zmiana. No, proszę.

            Po południu Piotrek, w ramach chwalenia się nowym zakupem, zaprosił mnie na przejażdżkę autostradą swoim Porsche Carrera. Gdy dodawał gazu, wydawało mi się, że lecimy jakimś potężnym Concordem i że to nie samochód jedzie, ale że my mamy moc przesuwać pod kołami całą ziemię. Po pewnym czasie wjechaliśmy we wspaniałe wysokie góry, co to nie miałem pojęcia, że są w sumie tak niedaleko od osiedla. Z wysokości podziwialiśmy zachód słońca, a potem wysiedliśmy na jakiejś polance. Okazało się, że stało tam więcej samochodów podobnej klasy i choć był listopad odbywało się coś w rodzaju małego party: ognisko, sprzęt grający podłączony do generatora, jedzenie, alkohol. Usiadłem na jednym z krzesełek turystycznych. Niedługo potem podeszła do mnie nieznajoma, bardzo młoda dziewczyna. Blondynka. Musiała być chyba mocno znudzona imprezą, bo zapytała mnie czy nie mam nic na przeciwko, żeby mi usiadła na kolanach. Oczywiście, nie miałem. Nawet poczułem się w pewien sposób wyróżniony. Po chwili dziewczyna wyciągnęła mnie na krótki spacerek po okolicy, podczas którego, mimo zimna, nieoczekiwanie całkiem rozebrała się przede mną. Zacząłem ją całować i pieścić, ale po chwili zagrano sygnał do odwrotu.

Aha, nie jestem pewien na 100%, ale na tym party był chyba mąż Anki. Specjalnie nie podchodziłem bliżej ani się nie wgapiałem.

 

 

poniedziałek, 6 listopada 2000

 

            Znów śniła mi się Anka. Taka o 10 lat młodsza. Bardzo żywa, radosna. Próbowałem jej powiedzieć, że wyjeżdżam, ale ona się tym w ogóle nie przejmowała, tylko cały czas pytała się, czy ja widzę jak ona pięknie i żywiołowo tańczy. Miała na sobie czerwoną sztruksową koszulę i czarne rajstopy. Potem kochaliśmy się, a mnie niestety opanowało przygnębiające odczucie, że nie powinniśmy być razem i obawa przed niechcianą ciążą.

            Świat jest strasznie mały. Dzisiaj Feliks zapoznał mnie z dwoma modelkami, z którymi współpracuje na co dzień: brunetką, spod znaku Ryb, i blondynką, spod znaku Bliźniąt - tak mi je przedstawił. On sam jest mocno, w jakimś tam sensie, zainteresowany brunetką, choć ma żonę (jedną z moich byłych dziewczyn) i dwójkę dzieci. A blondynką okazała się... "blondynka z polanki". Siedzieliśmy sobie w czwórkę u niego w studiu w starej kamienicy, ale się okazało, że Feliks musiał na godzinkę pilnie wyjść coś załatwić. Nie wiem co myśleć o tym, co się potem działo, ale chyba to był jeden wielki show. Brunetka, z wypiekami na twarzy, zaczęła przy mnie żądać od blondynki miłości lesbijskiej, ale ta się opierała. Czarna zaczęła wygłaszać do niej przemowy, m.in. "że nie jest w stanie intelektualnie objąć czegoś takiego jak miłość lesbijska, bo jej życie jest całe podzielone na odrębne kawałeczki" i widziałem, że blondynkę jakby zaczęło do tego wszystkiego ciągnąć. W końcu czarna poprosiła mnie, abym przytrzymał na moich kolanach blondynkę pośladkami do góry, ściągnął jej spodnie i majtki (prośbę spełniłem). Następnie zaczęła pozorować z nią stosunek od tyłu.

            Wracałem stamtąd wieczorem autobusem do domu. Z każdym dniem robiło się coraz zimniej, ale na szczęście w środku grzali. Czytałem wiersze Miłosza. W pewnym momencie obok mnie usiadł facet do złudzenia przypominający nieżyjącego już aktora, Jerzego Bińczyckiego (to ten co grał Bogumiła Niechcica w "Nocach i dniach", gdybym nie wiedział, że on nie żyje to myślałbym, że to on) i zagadnął mnie co czytam. Ja akurat byłem bardzo zatopiony w lekturze i wzruszony wierszami ("Wyznanie", "Sens", "Piosenka o końcu świata"), więc żeby mu odpowiedzieć musiałem najpierw wytrzeć sobie oczy.

 

 

sobota, 11 listopada 2000

 

            Śniło mi się, że żona Feliksa uciekła od niego i związała się... ze mną. Nie dość tego, weszliśmy w układy z jakąś mafią, przez co w tarapaty wpadł jej ojciec. Ostatecznie wylądowaliśmy oboje w więzieniu, skąd postanowiliśmy uciec. Przebijaliśmy się przez kolejne kraty, przejścia, korytarze i na samym końcu znaleźliśmy się... w sali gimnastycznej naszej osiedlowej podstawówki. Wydawało się, że stąd już nie będzie ucieczki, że więzienie jest tak do końca przemyślane, że nawet, jeśli po drodze puściły jakieś zabezpieczenia, to z tej wielkiej sali na końcu już nikt się nie wydostanie. Za nami trwała pogoń. Wspiąłem się po drewnianych drabinkach do osiatkowanych górnych okien, lepiących się od kurzu i brudu. Zauważyłem, że jedna z metalowych siatek w rogu nie jest przyspawana, ale jest przymocowana kawałkiem szmaty. Taka ludzka niedoróbka, niedoskonałość w perfekcyjnym systemie - ktoś popier... swoją robotę i dzięki temu udało nam się uciec.

            Byłem u Piotrka w domu na obiedzie. Byli także jego rodzice. W pewnym momencie, gdy gospodarz wyszedł do kuchni, jego ojciec zwrócił się do mnie z wyrzutem, dlaczego nie przyszedłem na promocję ostatniej gry multimedialnej wydanej przez studio Piotrka. Zwłaszcza po mnie się tego nie spodziewał, bo wie, że jesteśmy starymi kolegami. I że Piotrek, jak stał się bogaty, to ma teraz mnóstwo znajomych, którzy obdarowują go różnymi prezentami, ale to nie to samo. Nie zdążyłem odpowiedzieć, choćby tyle, że nie wiedziałem nic o żadnej promocji, bo wrócił Piotrek i jego ojciec wyprostował się i w całkiem innym tonie powiedział: "A może Piotrku puściłbyś nam tę reklamówkę twojego studia? No wiesz, tę Z Piotrem Bielmowskim od Europy do Chin, w dwóch wersjach językowych.". I Piotrek rzeczywiście ją nam puścił na swoim panoramicznym telewizorze.

            Po obiedzie, gdy jego rodzice już poszli, zaczęliśmy wspominać stare dzieje. Naszą wspólną osiedlową podstawówkę. Przypomniałem sobie jak z Adą, już po zakończeniu szkoły,  pojechaliśmy sami we dwójkę w góry. Głównie chodziliśmy po szlakach. Podczas jednego z odpoczynków objąłem ją, zaczęliśmy się przytulać. Nawet miałem takie dziwne myśli, że może zostanie moją żoną. Ale cała ta sytuacja była w sumie przykra i sztuczna, bo ona mnie nic a nic nie pociągała. Co innego Kaśka, ale do niej zawsze bałem się startować. Czułem, że nie miałem żadnych szans i że w ogóle z innego świata dla niej byłem. Piotrek z kolei przypomniał mi jak wybraliśmy się razem w naszą pierwszą, dalszą wycieczkę rowerową z namiotem i jak zaszyliśmy się na nocleg na dziko w sadzie, w sumie niedaleko od jakiegoś gospodarstwa. Ja się strasznie bałem, że komuś się może nie spodobać nasza obecność i zachowywałem się jak najciszej można. A Piotrek chyba za dużo wypił, bo widząc mój strach specjalnie co chwila się wydzierał, urządzał jakieś śpiewy, po czym śmiał się do rozpuku. Musiałem mu normalnie zatykać gębę, bo nie mógł się uspokoić. Nic się ostatecznie nie stało, ale z niepokoju kompletnie się nie wyspałem. Ech, były czasy... Doszliśmy do wniosku z Piotrkiem, że zorganizujemy spotkanie całej naszej starej podstawówkowej klasy.

 

 

czwartek, 23 listopada 2000

 

            Czy w Polsce musi być praktycznie przez 8 miesięcy zimno? I do tego nie pamiętam, kiedy ostatni raz słońce wyjrzało za chmur. Przypomniało mi się, jak w lato stulecia wynajęliśmy z Anką ten drewniany domek za rzeką przy łąkach. Słoneczko operowało od rana i było tak rajsko, że wyszedłem się przebiec w samej górze od pidżamy. Z daleka dostrzegłem dwie moje dawne nauczycielki z podstawówki. Nie dbałem o to czy zobaczą moją nagość czy nie. Jak dobiegałem z powrotem do domku to natknąłem się na Adę i Agnieszkę, dawne koleżanki z podstawówki. Odruchowo obciągnąłem koszulę, ale chyba musiały coś widzieć, bo powiedziały, że tutaj jest fajne miejsce na opalanie się nago, a one to uwielbiają. No i zaczęliśmy się opalać na łące. Potem wróciła ze sklepu Anka i koleżanki zapytały mnie czy mogą dalej się tutaj opalać. Chciałem im odpowiedzieć, że tak, że nie ma najmniejszego problemu, ale zobaczyłem minę Anki. Powiedziała, że się nie zgadza i musiały sobie pójść. Na początku było mi bardzo żal, ale potem zobaczyłem jaki piękny jest ten nasz mini-domek i że razem sobie tutaj mieszkamy, i mi przeszło. A któregoś dnia było zabawnie, bo napadła nas grupa chłopaczków ze wsi przebranych za Indian. Powiedzieli, że ziemia należy do nich... i musieliśmy udawać, że z nimi o nią walczymy. Potem poszliśmy wszyscy do lasu i tam chłopcy pokazywali nam ślady zwierząt i wszystko, czego się nauczyli w tym roku na biologii. To był nasz, taki mały, wakacyjny raj. I było tak ciepło. A teraz? Brr...

            Śnił mi się straszny sen. Okazało się, że moja siostra jest w ciąży... ze mną. Od jednego razu. Początkowo wpadłem w panikę, ale zaraz potem zacząłem się pocieszać: "nie ma się co martwić", "jakoś to będzie", "ona jest inteligentna" itp. No, a potem się okazało, że w teoretycznym terminie zapłodnienia mnie tutaj przecież nie było. Odetchnąłem przez sen z ulgą. Fajne było to pytanie jej lekarki: "Niech mi pan powie, jaki jest sens odbywania stosunków z własną siostrą?" J

           

 

            niedziela, 3 grudnia 2000

 

            Na weekend pojechaliśmy na mały spęd rodzinny do wujka Andrzeja. Po drodze trzeba było strasznie uważać, bo drogi nad ranem już pokrywały się lodem. Wujek Andrzej przywitał się z nami dosyć szorstko, tak po robotniczemu, i przystawił się do mnie od razu z wiertarką Bosha. Miałem z jego 12-letnim synem Wieśkiem pomóc mu w naprawieniu automatycznie otwieranego zadaszenia na górze. Nie wiem, to chyba miało być jakieś mini-obserwatorium astronomiczne. Szczerze mówiąc nie za bardzo czułem się w tego typu pracach manualnych, ale z wujkiem nie było dyskusji. Uważał, że każdy prawdziwy chłop powinien kochać obcowanie z narzędziami wysokiej klasy i konkretną robotę. Praca trwała cały dzień, ale wykończyła mnie przede wszystkim atmosfera: ta jego prymitywna otwartość i wulgarność, to wyśmiewanie się z najdrobniejszych błędów, i ta ślepota na to, że nikt poza nim dobrze się tu nie bawi. Chociaż Wieśkowi pewnie się podobało. Jest przyzwyczajony. W nocy spadł pierwszy tej zimy śnieg, widziałem jak jego płatki osadzają się na półprzeźroczystej kopule. Bardzo długo nie mogłem zasnąć, a gdy w końcu zasnąłem, śniło mi się, że chodzę po domu i pokojach innych ludzi: Wieśka, wujka Andrzeja... Wydawało mi się to tak realistyczne, że zastanawiałem się, czy naprawdę nie lunatykowałem. W pewnym momencie na kopułę padł cień, jak by coś na niej wylądowało. Pokrywa zaczęła się lekko unosić i do wnętrza zaczęli przedostawać się kosmici... jakieś okropne stwory, zniekształcone dzieci, cały pejzaż z Archiwum X. Zaczęli zmieniać się w jedzenie na stole, w orzechy laskowe, w truskawki, aby w ten sposób przenikać do ludzkich ciał. Obserwowałem to sparaliżowany lękiem. Gdy w końcu udało mi się wstać, wybiegłem na korytarz i jąkając się zacząłem wołać Wieśka i mówić, że coś tam właśnie wylądowało. Wiesiek wyskoczył z pokoju i od razu podchwycił temat: "Wiem, to te gnojki z góry". Wyglądało na to, że wujek Andrzej w jakiś sposób od dawna współpracował z  kosmitami i specjalnie dla nich zbudował to lądowisko. Wiesiek musiał być już nieraz świadkiem tych inwazji, ale nie mówił o tym nigdy, dusząc to w sobie.

 

 

poniedziałek, 4 grudnia 2000

 

Udało mi się odzyskać z komisu motorower. Gdyby mama go nie ruszyła to pewnie nawet bym o nim nie pamiętał, a tak postanowiłem sprawdzić, czy można jeszcze na nim gdzieś dotrzeć. Mimo zimna i śliskiej nawierzchni zaprosiłem na przejażdżkę "blondynkę z polanki", tę spod znaku Bliźniąt. Przejeżdżaliśmy przez miasto i nagle na skrzyżowaniu jakiś facet wjechał na nas z boku samochodem. Poczułem silne uderzenie w udo i chyba będąc w szoku, powiedziałem mu, że wszystko jest OK, żeby nie wołał policji, tylko mi zapłacił. Po chwili dopiero zorientowałem się, że dziewczyna nie żyje. Została strącona z motoroweru i leżała z rozwaloną czaszką. Musiała jakoś pechowo upaść. Pochyliłem się nad nią i zacząłem płakać. Miałem jakąś nadzieję, że te padające na nią łzy przywrócą ją do życia...

 

 

wtorek, 5 grudnia 2000

 

Wypadki chodzą parami albo raczej szóstkami. Właśnie dostałem szokującą informację, że dzisiaj - jednego dnia, w jednym mieście - zostali poszkodowani w wypadkach drogowych: moja siostra, mój ojciec, ciocia Ala, dziadek i mąż Anki. Wszyscy są na intensywnej terapii. Nagłe ochłodzenie, pogorszenie pogody, niesprzyjające warunki. O co chodzi? Tak jak w przypadku "blondynki z polanki": miałem nadzieję, że moje łzy przywrócą ich do życia. Pojechałem do szpitala. Zacząłem opłakiwać i przytulać nieprzytomne ciała mojej siostry i ojca.

I ze wszystkich poszkodowanych jedynie oni przeżyli.

 

 

..., ...

 

            Na punkt zbiorczy naszego spotkania podstawówkowego wybraliśmy, trochę dla jaj, boisko naszej osiedlowej szkoły. Nie był to najszczęśliwszy wybór, bo tego dnia nawet w południe było wyjątkowo mroźno. Zimowe niebo było całkowicie spowite chmurami. Gdzieś tam jedynie można było się domyślać, że jest słońce. Ludzie powoli się zbierali i wszyscy w zasadzie mówili tylko o jednym: dzisiaj miało się wydarzyć coś dziwnego, ponoć miał być jakby koniec świata... Z nikim nie udawało mi się znaleźć głębszego porozumienia. Czułem, że jestem, chcąc nie chcąc, daleko od innych, mimo, że niektórzy fizycznie stali blisko mnie, nawet za blisko - przeszkadzało mi to. Twarze dawnych kolegów były trochę zmienione, dziwne, nalane. Ktoś coś tam powiedział, poszedł dalej. Komuś śmiesznie zwisały z tyłu spodnie na wydatnie otyłej już sylwetce. Szukałem wzrokiem Anki, ale chyba postanowiła nie przychodzić. Zaczynało się robić coraz zimniej i zimniej. Ktoś zaproponował, żebyśmy zagrali w siatkę, tak dla rozgrzewki, ale po chwili nie byliśmy się już w stanie ruszać. Chłód wciąż narastał. Usiedliśmy całą klasą na trawniku, na tekturach z opakowań, blisko siebie. Wybrałem miejsce obok Kaśki. Temperatura wciąż spadała i chyba wszyscy już zdawaliśmy sobie sprawę, że to nie było zwyczajne zjawisko atmosferyczne. To naprawdę nadciągał koniec. Musieliśmy się ratować. To się stało nagle, jakby instynktownie. Faceci zaczęli dobierać się do panienek, lekko je rozbierać, pieścić, a one nie protestowały. Chcieliśmy się po prostu jakoś rozgrzać i dobrze poczuć, aby nie zamarznąć na śmierć. Kątem oka dostrzegłem w głębi osiedla moją matkę i babkę, spieszące się na przystanek autobusowy. Obie popatrzyły na mnie z wyrzutem, że nikt je "nie rozgrzewa". Obróciłem się do Kaśki. Odczekałem chwilę, a następnie odgarnąłem delikatnie z jej białej twarzy czarne włosy i czule ją objąłem. Złączyliśmy się wilgocią naszych czerwonych od mrozu warg. Poprzez kłębiącą się parę wodną przyspieszonych oddechów spojrzałem jej prosto w przepiękne, zielone oczy. Po raz pierwszy i ostatni w moim życiu, w drugim człowieku dostrzegłem szczerą ufność i delikatny uśmiech.

 

 

 

styczeń 2005, © Krzysztof Rozmus
komentarze kontakt e-mail poleć stronę znajomym

 

« TRZY DNI NAD MORZEMTRAMWAJ NOCNY »