OPOWIADANIA
ZapiskiZapiski
żyjąc w: Szwajcaria i Europażyjąc w: Szwajcaria i Europa
camino de Santiagocamino de Santiago
Wyprawa rowerem przez 3 kontynentyrowerem przez 3 kontynenty
Krzysztof Rozmus
żyjący na ziemi

* PO KOLĘDZIE
luty 2007


MOJA WIELKA WAKACYJNA PRZYGODA
luty 2007


KONFERENCJA DLA PROFESJONALISTÓW
styczeń 2007


NOLI ME TANGERE
styczeń 2007


SPOTKANIE ZE STRAŻNIKIEM TARGOWISKA
grudzień 2006


TRAMWAJ NOCNY
lipiec 2005


ZAPISKI Z TAMTEJ STRONY LUSTRA
styczeń 2005


TRZY DNI NAD MORZEM
styczeń 2005


ZNAK ZAPYTANIA
październik 2003



Komentuj
i oceniaj
w portalu

Inne strony literackie




« ZNAK ZAPYTANIAZAPISKI Z TAMTEJ STRONY LUSTRA »

Opowiadanie

TRZY DNI NAD MORZEM

 



 

Na zagraniczną konferencję połączoną ze szkoleniami zostałem wysłany z dnia na dzień. Szef oznajmił mi tylko nie cierpiącym sprzeciwu tonem: "Pan się zbiera do domu i pakuje, wieczorem ma pan pociąg", a mnie pozostało jedynie kolejny raz przeżuwać gorycz pogrzebania osobistych planów na najbliższe wieczory. Zajęcia odbywały się w salach pięciogwiazdkowego, przytłaczającego wielkością i nowoczesnością hotelu-molocha. Sądząc po ilości osób uczestniczących, którymi byli głównie pracownicy różnych firm z całej Polski, organizatorzy - niemiecka firma konsultingowa - musieli zarabiać na przedsięwzięciu spore pieniądze. Szkolenia, związane jakoś z przystąpieniem Polski do Unii Europejskiej, były częściowo finansowane z  polskich funduszy strukturalnych. Temat szkolenia, jak zwykle sformułowany w niezrozumiałej, napuszonej nowomowie, kompletnie mnie nie interesował. Nie za bardzo potrafiłem także domyślić się korzyści jakie wynikają dla firmy z mojego pobytu tutaj. W przerwie po pierwszym wykładzie zaczynałem nabierać dziwnego podejrzenia, że jestem jedyną osobą w tłumie, która nie cieszy się z możliwości "doskonalenia w tym, co robisz", "nawiązywania nowych kontaktów w świecie biznesu", "otwierania się na perspektywy związane z przystąpieniem"... - tak przynajmniej objawiała mi swą życiową radość drobna brunetka, którą zaczepiłem przy automacie z napojami. Rozglądałem się dookoła w poszukiwaniu kogoś, kto zdradzałby chociaż cień wątpliwości w sens tych działań. Obok, z tworzących się spontanicznie ludzkich skupisk, dobiegały mnie odgłosy entuzjazmu i dobrej zabawy. Po obiedzie miały być już tylko zajęcia nadobowiązkowe w małych grupach, więc zadzwoniłem do szefa z pytaniem "czy także muszę". Okazało się, że "swoim lekceważącym obowiązki podejściem chciałem zrezygnować z możliwości bycia blisko z potencjalnym klientem" i "kompletnie nie rozumiałem naszej zależności od kapitału niemieckiego, którego przedstawiciele są przecież tam obecni"...

Zakwaterowanie miałem na miejscu i w zasadzie nie było potrzeby opuszczania przez najbliższe trzy dni tego skórzano-marmurowo-szklanego raju, nie licząc chęci uwolnienia się od "tego wszystkiego" i ewentualnego porozmawiania z kimś o "czymś innym". Dzika plaża znajdowała się w odległości 20 minut drogi od hotelu. Po południu przygrzewało jeszcze miło sierpniowe słońce. Wyciągnąłem się wygodnie na piasku, uświadomiłem sobie huk morza i zapadłem w półgodzinną drzemkę, mając pod głową książkę Karola Wojtyły "Miłość i odpowiedzialność". Zaplanowałem sobie ambitnie tę lekturę na czas wyjazdu. W pociągu zorientowałem się, że jest to rozszerzony komentarz do moralnego postulatu: "człowiek nie może być dla drugiego człowieka tylko środkiem do celu". Gdy się zbudziłem, w okolicy, początkowo pustej, dostrzegłem opalającego się mężczyznę. Jego nasmarowane olejkiem ciało, łącznie z wygoloną czaszką, lśniło w słońcu. Podniosłem rękę w geście powitania. Fritz, 40-letni Niemiec, znajdował się tutaj także z powodów zawodowych i okazał się całkiem chętny do rozmów. Pogadaliśmy trochę o wakacjach, podróżowaniu i innych rzeczach nie związanych z pracą. Gdy zaczęło się ściemniać, wróciliśmy razem do miasta. Byłem bardzo zadowolony, że udało mi się odetchnąć trochę innym światem i że inny człowiek okazał mi bezinteresownie swoją uwagę.

Gdy drugiego dnia po południu szedłem znowu na nasłonecznioną plażę, byłem dalej w dobrym humorze. W sumie pomijając konieczność odsiedzenia pańszczyźnianych godzin w hotelu, można było na wszystko spojrzeć jak na nieoczekiwane darmowe wczasy nad morzem. Tak jak się spodziewałem, tego dnia czekało mnie kolejne spotkanie z Fritzem. Tym razem tematy były dużo poważniejsze. Fritz zwrócił uwagę na moją książkę i zainspirowało go to do wyrażenia swoich odczuć w stosunku do obecnego papieża. Mówił o konserwatyźmie i teatralności kościoła katolickiego, przeciwstawiał go buddyzmowi i jodze. Słuchałem wczuwając się w to, co mówił. Niejasne wydawało mi się jego duże zaangażowanie emocjonalne. Potem z kolei ja postanowiłem wylać trochę swoich żalów na moją pracę i na obecną kiepską sytuację ekonomiczną. Rozmawialiśmy także o planach na przyszłość.

- Fritz, a nie myślałeś kiedyś, żeby się ożenić i mieć dzieci? - zapytałem w szarówce wydm, gdy wracaliśmy wieczorem do miasta.

- Ale ja jestem ożeniony - odparł z uśmiechem Fritz. - Z mężczyznami. Jestem gejem - i pokazał mi tęczową opaskę na swoim nadgarstku.

Odczułem pewną złość na siebie, że nie domyśliłem się tego już wcześniej, zwłaszcza, że jakieś niejasne podejrzenia co do jego bezinteresowności tłukły mi się od samego początku z tyłu głowy. Nie dałem jednak nic poznać po sobie, aby przypadkowo nie urazić Fritza.

- Nie napiłbyś się ze mną czegoś w barze? - zapytał Fritz.

Szczerze mówiąc nie miałem wcześniej w życiu okazji dłużej rozmawiać z homoseksualistą. To całkiem coś innego wiedzieć o występowaniu zjawiska, a obcować bliżej z człowiekiem o takich skłonnościach. Zacząłem sklejać do kupy wszystkie poprzednie wypowiedzi Fritza i próbować z wielkim trudem wyobrażać sobie jego wewnętrzny, tak bardzo różny od mojego, świat i drogę życiową, którą przeszedł. Choć z drugiej strony może przesadzałem z tymi różnicami? Obaj byliśmy ludźmi, zanurzonymi w tym dziwnym świecie, w którym dane nam było na chwilkę się spotkać. Jednak im więcej o tym wszystkim myślałem i uświadamiałem sobie różne rzeczy, tym bardziej robiło mi się go żal.

- Fritz, a czy ty nie czujesz się źle ze swoimi skłonnościami? - spytałem.

- Nie bardzo rozumiem, co masz na myśli? - odparł Fritz lekko obruszony.

- No, chodzi mi o to na przykład, że słyszałem, że wśród gejów w zasadzie nie ma trwałych związków, że każdy nastawiony jest głównie na zaliczanie jak największej liczby partnerów...

- Hm, szczerze mówiąc jest to problem. Bardzo ciężko jest spotkać mężczyznę, dla którego celem życiowym byłby inny mężczyzna... Ale wiesz, można się realizować też w innych dziedzinach na przykład w pracy, w sztuce... Homoseksualiści wnosili przez tysiące lat i wnoszą nadal ogromny pozytywny wkład w życie społeczeństw.

Powyciągałem jeszcze trochę Fritza na zwierzenia na temat homoseksualizmu i jego życia, trochę poniezgadzaliśmy się w różnych kwestiach. Przy pożegnaniu podałem mu rękę i zapytałem, czy przypadkiem nie zepsułem mu wieczoru narzucając taki temat rozmowy. Nie chciałem, aby czuł się przygnębiony, a na takiego wyglądał.

Ostatni trzeci konferencyjny dzień okazał się wyjątkowo wyczerpujący. Najpierw rano dostałem porządny telefoniczny opieprz od szefa, że do tej pory nie wysłałem e-mailem materiałów szkoleniowych udostępnianych pierwszego dnia. Nie miało znaczenia to, że nikt mnie o to nie prosił, a ni to, że nikomu nie były w tym momencie potrzebne. Potem ogłoszono, bez wcześniejszej zapowiedzi, że uczestnicy będą musieli po południu wypełnić test, którego wyniki będą wysyłane także do firm. W czasie wykładów i przerw nerwowo próbowałem nadrobić ostatnie dwa dni zaległości. Cholera, może powinienem siedzieć po nocach i wkuwać te wytyczne? Panikowałem. Przy samym teście musiałem niestety posiłkować się ściąganiem. Poczułem, jakbym cofnął się w czasie o kilkanaście lat: byłem w klasie na lekcji nielubianego przedmiotu, którego nie jestem w stanie zrozumieć, ale muszę sobie z nim poradzić, aby skończyć szkołę... Spokojnie, muszę przez to przejść, aby zarobić na swoje utrzymanie. Za jedne rzeczy można dostać pieniądze, za inne nie. Nieważne czy ma to jakikolwiek sens. A może to tylko ja mam trudności w zrozumieniu spraw, które inni chwytają w lot? Może nie nadaję się do niczego i dorabiam sobie do tego ideologię? Boże, kiedy to wszystko stało się takie trudne? Kiedy przestałem się cieszyć życiem?

Na plażę dotarłem bardzo późno, ale jeszcze przed zachodem słońca. Z daleka dostrzegłem Fritza medytującego blisko wody. Byłem potwornie zmęczony i nie miałem ochoty na żadne kontakty. Usiadłem wśród wydm i starałem się zrelaksować. W huku morza wydawało mi się, że słyszę skrywany krzyk wielu ludzi: swój, Fritza, szefa, ludzi biorących udział w konferencji, bliskich, znajomych, nieznajomych... Morze, które było dużo większe od najbardziej pokomplikowanych ludzkich spraw, zapraszało do powierzenia swoich sekretów. Od tysięcy lat patrzyło na codzienną ludzką bieganinę i niewzruszenie dalej wyrzucało na brzeg swoje fale. W ich rytmie uspokajałem się. Wszystko zaczynało nabierać normalnych proporcji. Poczułem się jakoś bliżej tajemnicy życia i nabrałem nawet ochoty na szczery kontakt z drugim człowiekiem. Podszedłem do Fritza i usiadłem cicho obok. Ostatnie promienie słońca topiły się w morzu.

- Piękne - nie odwracając się powiedział Fritz po dłuższej chwili milczenia. Wydawało mi się, że miał wilgotne oczy.

- Tak, piękne... - przytaknąłem. - Hm, wiesz, jutro bardzo wcześnie rano mam powrotny pociąg. Ale nie chce mi się stąd wyjeżdżać. Nie chce mi się zaczynać kolejnego dnia pracy. Nie bardzo widzę sens tego wszystkiego...

W nadciągającym z każdą chwilą zmierzchu, z lekkim niepokojem, zacząłem zwierzać się praktycznie nie znanemu człowiekowi. Fritz wsłuchiwał się ze zrozumieniem w moją opowieść.

- Znam to wszystko skądś. Dziesięć lat temu nie widziałem dla siebie miejsca na ziemi. Dziś jestem właścicielem firmy konsultingowej i jestem naprawdę zadowolony z życia. Dużo pomogła mi psychoterapia. Umysł pracuje czasem jak zacięty adapter. Ciągle słyszysz tę samą płytę. Ale uwierz mi, że tę płytę w sobie można zmienić. Nie mówię ci: "zmień natychmiast pracę". Trudna sytuacja też nas czegoś uczy. Możesz sobie na przykład wypracować swoją własną wizję pracy, jak powinno według ciebie to wyglądać. To już jest coś. Uświadamiasz sobie czego szukasz, co ci odpowiada, do czego chcesz dążyć. To przybliża zmianę - Fritz prowadził swój wykład z pasją.

Potem zaczął zagłębiać się w szczegóły dotyczące komunikacji w przedsiębiorstwach, co już nie do końca mnie interesowało. Mimo wszystko wlał we mnie jakiegoś ducha optymizmu. Po drodze do miasta zrobiłem nam wspólne zdjęcie na pamiątkę. Fritz wyjątkowo potowarzyszył mi aż do recepcji mojego hotelu. Być może jakoś przejął się moją kondycją psychiczną. Poprosiłem recepcjonistkę o klucz do pokoju numer 213, a Fritzowi podziękowałem za jego towarzystwo przez ostatnie trzy dni. On także jutro opuszczał miasto i wracał do swoich rodzinnych okolic w środkowych Niemczech.

Rano zbudziłem się dużo za późno i z lekkim bólem głowy. Zrobioną własnoręcznie jajecznicę na śniadanie podał mi do łóżka... Fritz. Nie do końca przebudzony zapytałem tylko, jakim sposobem znalazł się w moim pokoju.

- Powiedziałem na recepcji, że jestem twoim prywatnym masażystą i mnie wpuścili - odpowiedział z uśmiechem, a mnie tylko przemknęło przez myśl w jakim to cudownie bezpiecznym hotelu mieszkałem. - Mam dla ciebie mały prezent. Leży na stole. No to na razie, spieszę się - uśmiechnął się i wychodząc zatrzasnął drzwi.

Leżąc cały czas w łóżku powoli dochodziłem do pełnej przytomności i wtedy dopiero poczułem ból i pieczenie w odbytnicy. Nie, to nie może być prawda... Chciałem się uszczypnąć i przebudzić z tego okropnego snu, ale zamiast tego palcami namacałem wyraźnie nabrzmiałe zwieracze. Czułem obrzydzenie, złość i lęk. Zdjęcie, przemknęło mi przez głowę, mam jego zdjęcie! Sięgnąłem po aparat i włączyłem tryb przeglądania, ale po zdjęciu z Fritzem nie było śladu. Potwornie zdenerwowany wyszedłem na zewnątrz hotelu, ściskając w ręce prezent od Fritza: kluczyki do samochodu. Na parkingu stał zaparkowany nowy, srebrny Volkswagen Bora.

- Kurwa mać, myśli, że mnie kupił! - zakląłem i ruszyłem na nogach w kierunku centrum. Bez celu, w panice, na oślep. Przypatrywałem się mijanym przechodniom. Proszę, ludzie, powiedzcie, że to nie dzieje się naprawdę! - krzyczałem w myślach. Co mam robić?

Zatrzymałem się przed przejściem dla pieszych przy ruchliwej czteropasmowej drodze. Było zielone światło i ludzki tłum przedzierał się przez siebie w dwóch kierunkach. Nie było sensu iść nigdzie dalej. Oparłem się o sygnalizator. Dopiero wtedy uświadomiłem sobie, że bezwiednie prawie przebiłem sobie dłoń kluczami od prezentu Fritza. Przyglądnąłem się srebrnej gumowej nasadce z wyciętą literą W. Nagle coś sobie przypomniałem. Takim samym srebrnym samochodem jeździ od pół roku Marek, znajomy z firmy. I był pół roku temu na identycznym szkoleniu... Wyjąłem komórkę i wybrałem numer do biura. Marek początkowo nic nie chciał mówić i stało się dla mnie jasne, że on wtedy także został wykorzystany seksualnie. Zapytałem go, dlaczego nic z tym do tej pory nie zrobił.

- Nic nie rozumiesz. To nie jest pojedynczy człowiek. To cała potężna organizacja. Oni mają wejścia wszędzie. W Polsce również. Sam wiesz, jak jest ciężko o dobrą pracę teraz. Zresztą tu chodzi też o bezpieczeństwo. Oni mogą wszystko... - mówił beznamiętnym, pogodzonym z rzeczywistością, głosem.

- Marku, dałeś swoją dupę za kawałek złomu! - nie mogłem tego słuchać.

- Nie dałem. Daję. I dostaję za to co miesiąc na konto pieniądze, dzięki którym mogę godnie żyć i nie martwić się o przyszłość - mówił niezbity z tropu.

- Co? - przeraziłem się.

- Jestem na ich liście i mają do mnie prawo. Zresztą robią to bardzo, że tak powiem, humanitarnie. Poza twoją świadomością. Usypiają cię. Nigdy nie wiesz kiedy to się stanie. Nie wiesz nawet kto do ciebie przychodzi. Na dobrą sprawę możesz sobie powiedzieć, że to się w ogóle nie dzieje.... - ciągnął Marek.

- Jak często to się w ogóle nie dzieje? - zapytałem chwytając go za słowa.

- Dwa, trzy razy w tygodniu... - zawiesił głos. - No stary, takie jest życie - prawie widziałem jego uśmieszek.

Wyłączyłem telefon. Spojrzałem dookoła na wysokie gmachy, ciąg aut i spieszących do pracy ludzi. Potężna organizacja... oni mogą wszystko... takie jest życie, słowa Marka odbijały się echem w mojej głowie. Znów było zielone światło. Wziąłem głęboki oddech, wyciągnąłem z powrotem telefon.

- Cześć mamo. Chciałem ci powiedzieć, że znalazłem się w takiej sytuacji, że... prawdopodobnie będzie mi grozić śmierć. Jeśli rzeczywiście tak się stanie, to... to właśnie dzwonię, żeby się pożegnać. Nie mam innego wyjścia - zakończyłem swoje nagranie na automatycznej sekretarce. Zielony, biegnący gdzieś ludzik z sygnalizatora zaczął migać i po chwili zapaliła się wyprostowana, ludzka, czerwona postać.

 

 

 

styczeń 2005, © Krzysztof Rozmus
komentarze kontakt e-mail poleć stronę znajomym

 

« ZNAK ZAPYTANIAZAPISKI Z TAMTEJ STRONY LUSTRA »