|
Opowiadanie
TRZY DNI NAD MORZEM |
|
Na zagraniczną konferencję połączoną ze szkoleniami
zostałem wysłany z dnia na dzień. Szef oznajmił mi tylko nie cierpiącym
sprzeciwu tonem: "Pan się zbiera do domu i pakuje, wieczorem ma pan pociąg", a
mnie pozostało jedynie kolejny raz przeżuwać gorycz pogrzebania osobistych
planów na najbliższe wieczory. Zajęcia odbywały się w salach
pięciogwiazdkowego, przytłaczającego wielkością i nowoczesnością
hotelu-molocha. Sądząc po ilości osób uczestniczących, którymi byli głównie
pracownicy różnych firm z całej Polski, organizatorzy - niemiecka firma
konsultingowa - musieli zarabiać na przedsięwzięciu spore pieniądze. Szkolenia,
związane jakoś z przystąpieniem Polski do Unii Europejskiej, były częściowo
finansowane z polskich funduszy strukturalnych. Temat szkolenia, jak zwykle
sformułowany w niezrozumiałej, napuszonej nowomowie, kompletnie mnie nie
interesował. Nie za bardzo potrafiłem także domyślić się korzyści jakie
wynikają dla firmy z mojego pobytu tutaj. W przerwie po pierwszym wykładzie
zaczynałem nabierać dziwnego podejrzenia, że jestem jedyną osobą w tłumie,
która nie cieszy się z możliwości "doskonalenia w tym, co robisz",
"nawiązywania nowych kontaktów w świecie biznesu", "otwierania się na
perspektywy związane z przystąpieniem"... - tak przynajmniej objawiała mi swą
życiową radość drobna brunetka, którą zaczepiłem przy automacie z napojami.
Rozglądałem się dookoła w poszukiwaniu kogoś, kto zdradzałby chociaż cień
wątpliwości w sens tych działań. Obok, z tworzących się spontanicznie ludzkich
skupisk, dobiegały mnie odgłosy entuzjazmu i dobrej zabawy. Po obiedzie miały
być już tylko zajęcia nadobowiązkowe w małych grupach, więc zadzwoniłem do szefa
z pytaniem "czy także muszę". Okazało się, że "swoim lekceważącym obowiązki
podejściem chciałem zrezygnować z możliwości bycia blisko z potencjalnym
klientem" i "kompletnie nie rozumiałem naszej zależności od kapitału
niemieckiego, którego przedstawiciele są przecież tam obecni"...
Zakwaterowanie miałem na miejscu
i w zasadzie nie było potrzeby opuszczania przez najbliższe trzy dni tego skórzano-marmurowo-szklanego
raju, nie licząc chęci uwolnienia się od "tego wszystkiego" i ewentualnego
porozmawiania z kimś o "czymś innym". Dzika plaża znajdowała się w odległości
20 minut drogi od hotelu. Po południu przygrzewało jeszcze miło sierpniowe
słońce. Wyciągnąłem się wygodnie na piasku, uświadomiłem sobie huk morza i
zapadłem w półgodzinną drzemkę, mając pod głową książkę Karola Wojtyły "Miłość
i odpowiedzialność". Zaplanowałem sobie ambitnie tę lekturę na czas wyjazdu. W
pociągu zorientowałem się, że jest to rozszerzony komentarz do moralnego
postulatu: "człowiek nie może być dla drugiego człowieka tylko środkiem do
celu". Gdy się zbudziłem, w okolicy, początkowo pustej, dostrzegłem opalającego
się mężczyznę. Jego nasmarowane olejkiem ciało, łącznie z wygoloną czaszką,
lśniło w słońcu. Podniosłem rękę w geście powitania. Fritz, 40-letni Niemiec,
znajdował się tutaj także z powodów zawodowych i okazał się całkiem chętny do
rozmów. Pogadaliśmy trochę o wakacjach, podróżowaniu i innych rzeczach nie
związanych z pracą. Gdy zaczęło się ściemniać, wróciliśmy razem do miasta.
Byłem bardzo zadowolony, że udało mi się odetchnąć trochę innym światem i że
inny człowiek okazał mi bezinteresownie swoją uwagę.
Gdy drugiego dnia po południu
szedłem znowu na nasłonecznioną plażę, byłem dalej w dobrym humorze. W sumie
pomijając konieczność odsiedzenia pańszczyźnianych godzin w hotelu, można było
na wszystko spojrzeć jak na nieoczekiwane darmowe wczasy nad morzem. Tak jak
się spodziewałem, tego dnia czekało mnie kolejne spotkanie z Fritzem. Tym razem
tematy były dużo poważniejsze. Fritz zwrócił uwagę na moją książkę i zainspirowało
go to do wyrażenia swoich odczuć w stosunku do obecnego papieża. Mówił o konserwatyźmie
i teatralności kościoła katolickiego, przeciwstawiał go buddyzmowi i jodze.
Słuchałem wczuwając się w to, co mówił. Niejasne wydawało mi się jego duże
zaangażowanie emocjonalne. Potem z kolei ja postanowiłem wylać trochę swoich
żalów na moją pracę i na obecną kiepską sytuację ekonomiczną. Rozmawialiśmy
także o planach na przyszłość.
- Fritz, a nie myślałeś kiedyś,
żeby się ożenić i mieć dzieci? - zapytałem w szarówce wydm, gdy wracaliśmy
wieczorem do miasta.
- Ale ja jestem ożeniony - odparł
z uśmiechem Fritz. - Z mężczyznami. Jestem gejem - i pokazał mi tęczową opaskę
na swoim nadgarstku.
Odczułem pewną złość na siebie, że nie domyśliłem się tego
już wcześniej, zwłaszcza, że jakieś niejasne podejrzenia co do jego
bezinteresowności tłukły mi się od samego początku z tyłu głowy. Nie dałem
jednak nic poznać po sobie, aby przypadkowo nie urazić Fritza.
- Nie napiłbyś się ze mną czegoś
w barze? - zapytał Fritz.
Szczerze mówiąc nie miałem
wcześniej w życiu okazji dłużej rozmawiać z homoseksualistą. To całkiem coś
innego wiedzieć o występowaniu zjawiska, a obcować bliżej z człowiekiem o
takich skłonnościach. Zacząłem sklejać do kupy wszystkie poprzednie wypowiedzi Fritza
i próbować z wielkim trudem wyobrażać sobie jego wewnętrzny, tak bardzo różny
od mojego, świat i drogę życiową, którą przeszedł. Choć z drugiej strony może
przesadzałem z tymi różnicami? Obaj byliśmy ludźmi, zanurzonymi w tym dziwnym
świecie, w którym dane nam było na chwilkę się spotkać. Jednak im więcej o tym
wszystkim myślałem i uświadamiałem sobie różne rzeczy, tym bardziej robiło mi
się go żal.
- Fritz, a czy ty nie czujesz się
źle ze swoimi skłonnościami? - spytałem.
- Nie bardzo rozumiem, co masz na
myśli? - odparł Fritz lekko obruszony.
- No, chodzi mi o to na przykład,
że słyszałem, że wśród gejów w zasadzie nie ma trwałych związków, że każdy
nastawiony jest głównie na zaliczanie jak największej liczby partnerów...
- Hm, szczerze mówiąc jest to
problem. Bardzo ciężko jest spotkać mężczyznę, dla którego celem życiowym byłby
inny mężczyzna... Ale wiesz, można się realizować też w innych dziedzinach na
przykład w pracy, w sztuce... Homoseksualiści wnosili przez tysiące lat i
wnoszą nadal ogromny pozytywny wkład w życie społeczeństw.
Powyciągałem jeszcze trochę Fritza na zwierzenia na temat
homoseksualizmu i jego życia, trochę poniezgadzaliśmy się w różnych kwestiach.
Przy pożegnaniu podałem mu rękę i zapytałem, czy przypadkiem nie zepsułem mu
wieczoru narzucając taki temat rozmowy. Nie chciałem, aby czuł się
przygnębiony, a na takiego wyglądał.
Ostatni trzeci konferencyjny
dzień okazał się wyjątkowo wyczerpujący. Najpierw rano dostałem porządny
telefoniczny opieprz od szefa, że do tej pory nie wysłałem e-mailem materiałów
szkoleniowych udostępnianych pierwszego dnia. Nie miało znaczenia to, że nikt
mnie o to nie prosił, a ni to, że nikomu nie były w tym momencie potrzebne.
Potem ogłoszono, bez wcześniejszej zapowiedzi, że uczestnicy będą musieli po
południu wypełnić test, którego wyniki będą wysyłane także do firm. W czasie
wykładów i przerw nerwowo próbowałem nadrobić ostatnie dwa dni zaległości. Cholera,
może powinienem siedzieć po nocach i wkuwać te wytyczne? Panikowałem. Przy
samym teście musiałem niestety posiłkować się ściąganiem. Poczułem, jakbym
cofnął się w czasie o kilkanaście lat: byłem w klasie na lekcji nielubianego
przedmiotu, którego nie jestem w stanie zrozumieć, ale muszę sobie z nim
poradzić, aby skończyć szkołę... Spokojnie, muszę przez to przejść, aby zarobić
na swoje utrzymanie. Za jedne rzeczy można dostać pieniądze, za inne nie.
Nieważne czy ma to jakikolwiek sens. A może to tylko ja mam trudności w
zrozumieniu spraw, które inni chwytają w lot? Może nie nadaję się do niczego i
dorabiam sobie do tego ideologię? Boże, kiedy to wszystko stało się takie
trudne? Kiedy przestałem się cieszyć życiem?
Na plażę dotarłem bardzo późno,
ale jeszcze przed zachodem słońca. Z daleka dostrzegłem Fritza medytującego
blisko wody. Byłem potwornie zmęczony i nie miałem ochoty na żadne kontakty.
Usiadłem wśród wydm i starałem się zrelaksować. W huku morza wydawało mi się,
że słyszę skrywany krzyk wielu ludzi: swój, Fritza, szefa, ludzi biorących
udział w konferencji, bliskich, znajomych, nieznajomych... Morze, które było
dużo większe od najbardziej pokomplikowanych ludzkich spraw, zapraszało do
powierzenia swoich sekretów. Od tysięcy lat patrzyło na codzienną ludzką
bieganinę i niewzruszenie dalej wyrzucało na brzeg swoje fale. W ich rytmie
uspokajałem się. Wszystko zaczynało nabierać normalnych proporcji. Poczułem się
jakoś bliżej tajemnicy życia i nabrałem nawet ochoty na szczery kontakt z
drugim człowiekiem. Podszedłem do Fritza i usiadłem cicho obok. Ostatnie
promienie słońca topiły się w morzu.
- Piękne - nie odwracając się
powiedział Fritz po dłuższej chwili milczenia. Wydawało mi się, że miał
wilgotne oczy.
- Tak, piękne... - przytaknąłem.
- Hm, wiesz, jutro bardzo wcześnie rano mam powrotny pociąg. Ale nie chce mi
się stąd wyjeżdżać. Nie chce mi się zaczynać kolejnego dnia pracy. Nie bardzo
widzę sens tego wszystkiego...
W nadciągającym z każdą chwilą zmierzchu, z lekkim
niepokojem, zacząłem zwierzać się praktycznie nie znanemu człowiekowi. Fritz
wsłuchiwał się ze zrozumieniem w moją opowieść.
- Znam to wszystko skądś.
Dziesięć lat temu nie widziałem dla siebie miejsca na ziemi. Dziś jestem
właścicielem firmy konsultingowej i jestem naprawdę zadowolony z życia. Dużo
pomogła mi psychoterapia. Umysł pracuje czasem jak zacięty adapter. Ciągle
słyszysz tę samą płytę. Ale uwierz mi, że tę płytę w sobie można zmienić. Nie
mówię ci: "zmień natychmiast pracę". Trudna sytuacja też nas czegoś uczy.
Możesz sobie na przykład wypracować swoją własną wizję pracy, jak powinno
według ciebie to wyglądać. To już jest coś. Uświadamiasz sobie czego szukasz,
co ci odpowiada, do czego chcesz dążyć. To przybliża zmianę - Fritz prowadził
swój wykład z pasją.
Potem zaczął zagłębiać się w szczegóły dotyczące komunikacji
w przedsiębiorstwach, co już nie do końca mnie interesowało. Mimo wszystko wlał
we mnie jakiegoś ducha optymizmu. Po drodze do miasta zrobiłem nam wspólne
zdjęcie na pamiątkę. Fritz wyjątkowo potowarzyszył mi aż do recepcji mojego
hotelu. Być może jakoś przejął się moją kondycją psychiczną. Poprosiłem
recepcjonistkę o klucz do pokoju numer 213, a Fritzowi podziękowałem za jego
towarzystwo przez ostatnie trzy dni. On także jutro opuszczał miasto i wracał
do swoich rodzinnych okolic w środkowych Niemczech.
Rano zbudziłem się dużo za późno
i z lekkim bólem głowy. Zrobioną własnoręcznie jajecznicę na śniadanie podał mi
do łóżka... Fritz. Nie do końca przebudzony zapytałem tylko, jakim sposobem
znalazł się w moim pokoju.
- Powiedziałem na recepcji, że
jestem twoim prywatnym masażystą i mnie wpuścili - odpowiedział z uśmiechem, a
mnie tylko przemknęło przez myśl w jakim to cudownie bezpiecznym hotelu
mieszkałem. - Mam dla ciebie mały prezent. Leży na stole. No to na razie,
spieszę się - uśmiechnął się i wychodząc zatrzasnął drzwi.
Leżąc cały czas w łóżku powoli
dochodziłem do pełnej przytomności i wtedy dopiero poczułem ból i pieczenie w
odbytnicy. Nie, to nie może być prawda... Chciałem się uszczypnąć i przebudzić
z tego okropnego snu, ale zamiast tego palcami namacałem wyraźnie nabrzmiałe
zwieracze. Czułem obrzydzenie, złość i lęk. Zdjęcie, przemknęło mi przez głowę,
mam jego zdjęcie! Sięgnąłem po aparat i włączyłem tryb przeglądania, ale po
zdjęciu z Fritzem nie było śladu. Potwornie zdenerwowany wyszedłem na zewnątrz
hotelu, ściskając w ręce prezent od Fritza: kluczyki do samochodu. Na parkingu
stał zaparkowany nowy, srebrny Volkswagen Bora.
- Kurwa mać, myśli, że mnie
kupił! - zakląłem i ruszyłem na nogach w kierunku centrum. Bez celu, w panice,
na oślep. Przypatrywałem się mijanym przechodniom. Proszę, ludzie, powiedzcie,
że to nie dzieje się naprawdę! - krzyczałem w myślach. Co mam robić?
Zatrzymałem się przed przejściem dla pieszych przy ruchliwej
czteropasmowej drodze. Było zielone światło i ludzki tłum przedzierał się przez
siebie w dwóch kierunkach. Nie było sensu iść nigdzie dalej. Oparłem się o
sygnalizator. Dopiero wtedy uświadomiłem sobie, że bezwiednie prawie przebiłem
sobie dłoń kluczami od prezentu Fritza. Przyglądnąłem się srebrnej gumowej
nasadce z wyciętą literą W. Nagle coś sobie przypomniałem. Takim samym srebrnym
samochodem jeździ od pół roku Marek, znajomy z firmy. I był pół roku temu na
identycznym szkoleniu... Wyjąłem komórkę i wybrałem numer do biura. Marek
początkowo nic nie chciał mówić i stało się dla mnie jasne, że on wtedy także
został wykorzystany seksualnie. Zapytałem go, dlaczego nic z tym do tej pory
nie zrobił.
- Nic nie rozumiesz. To nie jest
pojedynczy człowiek. To cała potężna organizacja. Oni mają wejścia wszędzie. W
Polsce również. Sam wiesz, jak jest ciężko o dobrą pracę teraz. Zresztą tu
chodzi też o bezpieczeństwo. Oni mogą wszystko... - mówił beznamiętnym,
pogodzonym z rzeczywistością, głosem.
- Marku, dałeś swoją dupę za
kawałek złomu! - nie mogłem tego słuchać.
- Nie dałem. Daję. I dostaję za to
co miesiąc na konto pieniądze, dzięki którym mogę godnie żyć i nie martwić się
o przyszłość - mówił niezbity z tropu.
- Co? - przeraziłem się.
- Jestem na ich liście i mają do
mnie prawo. Zresztą robią to bardzo, że tak powiem, humanitarnie. Poza twoją
świadomością. Usypiają cię. Nigdy nie wiesz kiedy to się stanie. Nie wiesz nawet
kto do ciebie przychodzi. Na dobrą sprawę możesz sobie powiedzieć, że to się w
ogóle nie dzieje.... - ciągnął Marek.
- Jak często to się w ogóle nie
dzieje? - zapytałem chwytając go za słowa.
- Dwa, trzy razy w tygodniu... - zawiesił
głos. - No stary, takie jest życie - prawie widziałem jego uśmieszek.
Wyłączyłem telefon. Spojrzałem dookoła na wysokie gmachy,
ciąg aut i spieszących do pracy ludzi. Potężna organizacja... oni mogą
wszystko... takie jest życie, słowa Marka odbijały się echem w mojej głowie.
Znów było zielone światło. Wziąłem głęboki oddech, wyciągnąłem z powrotem
telefon.
- Cześć mamo. Chciałem ci
powiedzieć, że znalazłem się w takiej sytuacji, że... prawdopodobnie będzie mi
grozić śmierć. Jeśli rzeczywiście tak się stanie, to... to właśnie dzwonię,
żeby się pożegnać. Nie mam innego wyjścia - zakończyłem swoje nagranie na
automatycznej sekretarce. Zielony, biegnący gdzieś ludzik z sygnalizatora
zaczął migać i po chwili zapaliła się wyprostowana, ludzka, czerwona postać.
styczeń 2005, © Krzysztof Rozmus komentarze • kontakt e-mail • poleć stronę znajomym
|