|
No i nie odbiorę papieru od Kołakowskiego. Tak to jest,
jak się przed wyjazdem zostawia wszystko na ostatnią chwilę.
Gdzie może być ta knajpa? Już drugi raz przechodzę Sławkowską,
zaglądam w każdą bramę, a on tam gdzieś siedzi poniżej, bez
zasięgu, przy drewnianym stoliku i czeka. Mam nadzieję
przynajmniej, że jest w jakimś towarzystwie, a ten papier dla
mnie to tylko tak przy okazji.
– Nie wiesz, gdzie jest "Carpe Diem II"? – zagaduję
nieznajomego. W piątek późno wieczorem kręci się tu pełno
młodzieży, na przerwach z dyskotek, w poszukiwaniu tanich
kebabów lub mcburgerów.
– Pojęcia nie mam. Ale koleś uwaga, bo psy idą –
dostaję szybką odpowiedź. Już chcę zapytać, przepraszam, ale o
co chodzi...
– Znowu się będą do czegoś przypierdalać, więc my z
kolegą delikatnie się zmywamy – dwójka chłopaczków wyraźnie
przyspiesza.
Obracam się do tyłu: no idzie policjant, z jakąś babką.
Ale czego ja mam się bać? Choć jakoś tak intuicyjnie nie pójdę
w ich stronę. Mówi się, że praca policji w tym kraju polega
głównie na wymuszaniu łapówek. Dwójka przede mną musiała mieć
coś chyba na sumieniu, bo skręcają biegiem w Planty. Może ja
też podbiegnę trochę, bo tamci za mną są coraz bliżej. Nie,
nie dam rady, za słabo się dzisiaj czuję. Zresztą, po co? Czy
ja zrobiłem coś złego? Nawet nie mam tego papierka przy sobie,
a przecież to i tak jest pryszcz.
– Dobry wieczór, policja. Dowód osobisty poprosimy –
mówi do mnie ta babka ubrana po cywilnemu. Na oko taka prosta,
dobra kobieta. Po czterdziestce. Policjancik w mundurze, chyba
zaraz po szkole policyjnej; mógłby być jej synem.
– Dobry wieczór. Chwileczkę – no ładne jaja. Wyjmuję
portfel i wręczam plastik kobiecie.
– To ten, identyczny. Wołaj radiowóz, Maciek – tylko
zerknęła na zdjęcie.
– A może mi pani powiedzieć, o co chodzi? Bo ja właśnie
idę na ostatni tramwaj i nie chcę wracać na piechotę do domu?
– zaczynam się denerwować.
– Chce pan powiadomić kogoś o zatrzymaniu? Jakąś
rodzinę, rodziców?
– Rodziców? Moi rodzice już dawno śpią, bo jutro idą do
pracy – coś bredzę. – To znaczy, nie mieszajmy może moich
rodziców do tego. Wbrew pozorom jestem pełnoletni – udał mi
się żarcik, taa. – O jakim zatrzymaniu pani mówi?!
– Pójdzie pan spokojnie z nami czy mamy skuć?
– Nie, no oczywiście, że pójdę spokojnie, tylko
chciałem się po prostu dowiedzieć, co tu się dzieje? – mam
nadzieję, że teraz moją kamienną twarzą zyskam na
wiarygodności. Serce na razie nie wyskakuje mi przez gardło,
więc jeszcze przez chwilę mam szansę.
– Pan się pyta, co tu się dzieje? Idzie pan na
przystanek, a my idziemy razem z panem, prawda? – odwraca się
do swojego Maćka. – Jadą już, Maciek?
– Mówią, że nie mają nic na stanie – Maciek nie odrywa
się od krótkofalówki.
– I gdzie się wyrywasz? – kobieta szarpie mnie za
ramię.
– Ja się wyrywam? Co, myśli pani, że pani ucieknę?
Spokojnie. Przecież sama pani mówiła, że idziemy na przystanek
– to jakiś absurd. – Bardzo proszę się upewnić, czy nie zaszła
jakaś pomyłka? Może ja jestem do kogoś podobny? No wie pani,
takie rzeczy się jednak zdarzają, prawda? – próbuję dalej być
zdrowo rzeczowy, chociaż czuję, że to co mówię, nie ma dla
nich najmniejszego znaczenia. Już prawie jesteśmy na
przystanku pod LOTem.
– Maciek, zatrzymaj ten tramwaj i zgłoś przewóz!
Szybko! – obraca się w moją stronę. – Zostaniesz dowieziony do
centrali. Ludzie z międzynarodowego wydziału
antyterrorystycznego się tobą zajmą. Z mojej strony to
wszystko.
No to spotkałem się z Kołakowskim przed wyjazdem.
Bomba. Siedzę w tramwaju. Zupełnie sam. I się rozglądam, i jak
wieszcz chyba pisał, swoim oczom nie wierzę. Bo co jest, kurwa
mać, za przeproszeniem, grane? W sumie najłatwiej by było,
gdyby mi się to wszystko śniło, ale przecież przewraca mną tak
na zakrętach, że aż się muszę trzymać. Tramwaj pędzi jak na
sygnale i nie zatrzymuje się na przystankach po drodze. I w
ogóle jakiś taki nowoczesny, nie polski jest, zbyt elegancki.
Podsyłają nam tutaj takie konie trojańskie, co to niby za
darmo i z przyjaźni, żeby nam się wygodnie jeździło, a tak
naprawdę to po to, żeby jakby co, to szybciutko do centrali
dowozić. Skąd może być ten czerwony tramwaj? Z Unii? Z Rosji?
A może z USA? Nie zdążyli go jeszcze na niebiesko zamaskować,
żeby się nie wyróżniał spośród normalnych polskich. I jeszcze
jakieś ogłoszenie, nie po polsku, nad fotelem naprzeciw wisi.
Zafoliowane zdjęcie kobiety z lekko wyłupiastym i zezowatym
wzrokiem oraz podpis w czterech językach z flagami:
"Pasażerka, która zajmuje to miejsce jest chora psychicznie.
Może zachowywać się nienormalnie, zaczepiać współpasażerów i
konduktora. Prosimy o zachowanie spokoju." Rzeczywiście na
zdjęciu wygląda obłędnie. A może to jest tak, że tam na
zachodzie, tworzy się takie warunki, żeby chory psychicznie
mógł też w pełni uczestniczyć w życiu społecznym? No,
wyobrażam sobie tę kobietę, jak codziennie rano dojeżdża do
swojej pracy, zawsze zajmuje to samo miejsce i nawet jak
zaczyna krzyczeć, to jest to ujęte w jakąś unijną normę. I
"może zaczepiać konduktora"... A to jest nawet całkiem dobry
pomysł, żeby go zaczepić.
Idę na przód wagonu, a nocne miasto miga mi po bokach
przez panoramiczne okna. Kabina motorniczego jest jednak
nieprzeźroczysta. Zaczynam więc dobijać się do niej pięściami.
Tak właśnie pewnie zachowywałby się człowiek z obłędem...
Tramwaj wyjechał za miasto. Ciekawe, gdzie jest ta centrala? W
Brukseli? W Moskwie? A może w Waszyngtonie? Jedziemy naprawdę
szybko i w końcu wjeżdżamy pod dach jakiegoś wielkiego
hangaru. Kolejne metalowe bramy otwierają się i zamykają
automatycznie z hukiem.
– Wysiadka, koniec jazdy. Co, przysnęło się na ostatnim
przystanku? Ciekawe, że pana jakoś nie przyuważyłem wcześniej.
Tutaj wie pan, niezatrudnionym wstęp surowo wzbroniony,
rozumiemy się? – motorniczy wygląda mi, na szczęście, na
dobrodusznego pana Waldka, ze skórzaną torbą na ramieniu i
gazetą w ręku.
– A nie słyszał pan jak się całą drogę dobijałem do
pana? – wreszcie może się czegoś dowiem.
– Dobijał się pan? A może, żeś se pan coś za dużo dziś
wieczorkiem wypił, co? Ja rozumiem, piątek po robocie, sam bym
się chętnie napił, swój obowiązek wobec ojczyzny już
spełniłem.
– Człowieku, przecież miałeś mnie wieźć do jakiejś
centrali na zlecenie policji!? – chyba zaczynam podnosić
głos.
– Idź się pan lepiej przespać do domu, co? Bo
rzeczywiście zaraz zlecę coś policji. No, już. Awanturę na
zajezdni chcesz pan robić?
– Nie, nie. Chyba ma pan rację, pójdę do domu. Jedzie
stąd jakiś nocny tramwaj do miasta?
– Nocny tramwaj? W Krakowie? Co pan, nietutejszy? Do
nocnego autobusu będziesz pan miał stąd na nogach jakieś pół
godziny. O tam. Ja akurat mieszkam w drugą stronę, więc panu
nie pomogę. Coś powinno jechać.
– Rozumiem, dziękuję. Wie pan, ja jestem stąd. Tak się
tylko zapytałem o ten nocny tramwaj, bo może coś się zmieniło
i na przykład już jeżdżą? Może tak być, prawda, że przez ponad
sto lat tramwaje nocne po Krakowie nie jeżdżą, a nagle ktoś
wpada na pomysł, że fajnie by było, gdyby jednak jeździły i
zaczynają jeździć. Ja na przykład mieszkam w Krakowie
trzydzieści lat, a tę zajezdnię to pierwszy raz na oczy widzę.
Więc to jest coś podobnego, prawda? Nie było, a jest, rozumie
pan?
– A bo to pan nie słyszał, że nową zajezdnię budują pod
Krakowem? Za amerykańskie pieniądze. Jak Bush był wtedy na
Wawelu, to się to urodziło. W to lato otwierali, nawet
prezydent miasta był i kardynał kropił.
W autobusie jedzie trochę ludzi, ale na szczęście nie
ma tłoku i mam miejsce siedzące. Zdaje się, że czeka mnie
dłuższa przejażdżka przez całe miasto. Pan Waldek miał
zdecydowanie rację co do jednego: powinienem dotrzeć do domu i
się przespać. Jestem potwornie zmęczony. Tyle spraw na głowie
przed wyjazdem. I jeszcze tym papierem od Kołakowskiego się
stresuję. A propos papierów, nie pomyślałem, żeby
wylegitymować tę policjantkę. Przecież taki numer może wyciąć
każdy. Międzynarodowy wydział antyterrorystyczny i amerykańska
baza w zajezdni tramwajowej. Śmieszne. No, jaja po
prostu.
– Przepraszam, czy obok pana jest wolne miejsce? – o
rany, chyba musiałem się zdrzemnąć. Jest jakiś niepokój w tych
dziewczęcych, pytających się mnie oczach.
– Tak, proszę bardzo – przesuwam się. Dziewczyna
rozgląda się bacznie na boki i dopiero siada. Tak jakby miała
mi się za chwilę zwierzyć z jakiegoś swojego życiowego
sekretu. Kasztanowe, długie włosy, blada, trochę piegowata
cera i niebieskie oczy. Ciekawa kombinacja. O, zniknął jej
gdzieś ten niepokój. Teraz chce się o coś zapytać.
– Przepraszam, czy pan się dobrze czuje? – no i miałem
rację, pyta się.
– Nie najgorzej – kłamię. – A o co chodzi?
– No, bo się mi pan tak przygląda. Coś nie tak?
Rozmazał mi się makijaż? Oczko mi poszło? – o, teraz
dostrzegam pewną zaczepność, pewną miłą zaczepność.
– Szczerze mówiąc, nie czuję się najlepiej. Ostatnio,
wie pani, żyję w takim młynie... – zaczynam opowiadać coś
rozsądnego.
– Aha. A ja już wyszłam ze swojego młyna. Zamknęłam go
dzisiaj o 18–tej na kłódkę, otrzepałam się z mąki i nie
zamierzam do niego wracać przez najbliższe dwa dni. Radzę
zrobić to samo. Kaśka jestem – Boże, co za uśmiech, prawdziwe
sunshine reggae.
– Konrad. Więc mówisz, że młyn już zamknięty? –
inteligentne te oczy. – A czy my przypadkiem nie mieszkamy na
tym samym osiedlu? – paznokietki bezbarwnym, a końcówki na
biało i do tego białe rękawki spod popielatego, przykurczonego
sweterka, ładnie.
– A ty też tutaj wysiadasz? – w oczach wyczekiwanie,
spojrzenie numer 25.
– A, w zasadzie to nie wiem do końca, gdzie jestem.
Niech się rozejrzę... – czyżby teraz obojętność, spojrzenie
17?
– No, bo ja już tu. Dobranoc i może do zobaczenia –
białe szpilki na schodkach, niebieskie dżinsy, znów sunshine
reggae, spojrzenie z wysokim numerem, powyżej 30.
Faktycznie mieszkamy na tym samym osiedlu, dwa
przystanki od siebie. Nie zdążyłem jej powiedzieć, że jutro
rano wyjeżdżam na długo. Ale emaila wziąłem. Brawo dla mnie za
przytomność umysłu w trudnych, bojowych warunkach miłego
zaskoczenia. No, zdecydowanie poprawiło mi się od tego twojego
słonecznego uśmiechu, młynareczko. Teraz tylko muszę się
jeszcze na chwilę sprężyć przed pójściem do spania i
uporządkować ostatecznie przed wyjazdem te dokumenty od
Kołakowskiego. Tak na wszelki wypadek, gdyby rzeczywiście
chciał się ktoś do mnie dopier..., to znaczy, chciałem
powiedzieć Kasiu, przyczepić. To będzie proste. Uporządkować
to wszystko i wyjść wreszcie z młyna – dokładnie tak, jak mi
poradziłaś.
Dobra, tu mamy cztery teczki. Sporo tego. Chyba muszę
to jakoś poopisywać. Dobrze będzie sobie stworzyć w Excelu
taki spis: numer, kiedy dostałem, kiedy podpisałem rachunek,
kwota i notatka o tym, do czego to jest podkładka. Żeby nie
pogubić się w tym, co tu jest prawdziwe, a co oficjalne. Chyba
zdążę to zrobić nim ci z antyterrorystycznego się zorientują.
Żarto, żartare, oczywiście, ale tych dokumentów coś za dużo
jest tutaj. Nie wiem, czy zdążę przed wyjazdem. Kurcze,
jeszcze są te dwie duże papierowe torby w szafie.
Co to za daty są w ogóle? 1978, 1986? Przecież ja z
Kołakowskim bawię się dopiero od pół roku? Potwierdzenie
przyjęcia substancji czynnych i mój podpis? A cóż to jest, do
cholery? Foliowe woreczki z jakąś zawiesiną... Boże, skrzek
jakiś? Katar? Fuj, świństwo! Skąd to się tu wzięło? A może
ktoś chce mnie wkopać? Wariata ze mnie chcą zrobić. Że niby to
ja te wirusy podkładam, tak? Że niby ja jestem winny? Że
wszystko da się udowodnić. Ale przecież ja, ja przecież... Nie
no, do końca też nie jestem pewien. Bo może się tak zdarzyć,
prawda, że coś się robi nieświadomie. Że się jest takim
normalnym człowiekiem, prawda, i że się wstaje rano i idzie do
pracy, a po pracy robi się zakupy w osiedlowym sklepie i
czasem się wychodzi z kolegami na piwo, a jednocześnie, w tym
samym czasie, prawda, jest się kimś innym, kimś, kto zatruwa
wodociągi bakteriami, kolaboruje z obcymi wywiadami,
podstępnie zabija papieża... Może rzeczywiście tak się dzieje?
Jak mogę się przekonać, że tak nie jest? Jak mogę udowodnić
swoją niewinność? Zanim przyjdą tutaj, nasłani przez tę – a
kto wie, czy właśnie nie tak? – agentkę z autobusu.
Tylko spokojnie. Oddychać głęboko. Jeszcze raz spróbuję
sobie to wszystko przypomnieć. Zacznijmy od samego początku.
Najlepiej od dzieciństwa. Niech pomyślę, momencik... Tak.
1976, zaraz... A chuja mi to da. Jak będą chcieli, to i tak
sie do mnie dopierdolą. Spokojnie. Albo inaczej. Wiem, co
zrobię. Pójdę do mojej sąsiadki z naprzeciwka. To prosta,
dobra kobieta. Po czterdziestce. Mieszka z synem. Ona mi powie
prawdę. Powie mi to, co widzi na co dzień, tak jak jest. Że
jestem takim normalnym człowiekiem, prawda, który wstaje rano
i idzie do pracy, a po pracy robi zakupy w osiedlowym sklepie
i czasem wychodzi z kolegami na piwo. I nie ma czasu robić
tych rzeczy, o które się go oskarża! Jest trzecia nad ranem.
Ale pójdę i zdobędę tę pewność. Muszę ją zdobyć. Szybko. Ona
mi wybaczy najście, zrozumie. Bo jestem normalnym człowiekiem.
Jeszcze zdążę.
Wychodzę na korytarz. Jest ciemno, ale w kontakcie
świeci się pomarańczowa kontrolka. Pstryk, i już jest jasno.
Proszę, to nie było takie trudne, jak się na początku
wydawało. Obok jest dzwonek. Trzy razy, długo i głośno.
Żadnego, nawet najmniejszego, poruszenia po drugiej stronie
drzwi. Jeszcze raz, trzy razy, bardzo długo i bardzo głośno.
Znów cisza. Gaśnie mi światło. Nigdzie nie widzę pomarańczowej
kontrolki. Sięgam w miejsce, gdzie przed chwilą był kontakt i
dzwonek, ale moja ręka zagłębia się w ciemność. Boję się
poruszyć. Czekam. Z dołu dochodzi do mnie nagły trzask drzwi
wejściowych do bloku, potem odgłosy wbiegania po schodach na
górę, głuche drżenie metalowych poręczy w całej
klatce.
lipiec 2005 © Krzysztof Rozmus komentarze • kontakt e-mail • poleć stronę znajomym
|