|
Opowiadanie
SPOTKANIE ZE STRAŻNIKIEM
TARGOWISKA |
|
- Jest, patrzcie! Ależ piękne! – wykrzyknąłem, gdy
za zakrętem wyłoniła się przed nami ogromna, niebieska tafla
wody odbijająca zachodzące słońce. – Nie macie ochoty się w
tym wykąpać? – spojrzałem na Kaśkę i Tomka, chcąc zarazić ich
swoim entuzjazmem. - Wiecie, że według legendy, Wielkie
Jezioro Błękitne ma podziemne połączenia ze wszystkimi
oceanami świata?!
Najwyraźniej, kilkugodzinna
podróż na pace ciężarówki azjatyckim stepem dała na dziś moim towarzyszom
drogi już wystarczającą porcję wrażeń. Po chwili otrzepywaliśmy kurz z
ubrań i plecaków na środku miasteczka. Do brzegu mogło być
stąd jeszcze jakieś pół godziny dobrego marszu, ale najpierw
trzeba było pokonać, ciągnące się na długości półtora kilometra,
targowisko. Ogrodzone kamiennym murkiem, stanowiło rodzaj
turystycznej pułapki. Handlujący przyjeżdżali tutaj ze
wszystkich zakątków kraju, z każdym rodzajem towaru.
- Proponuję przedrzeć się szybko przez ten tłum i iść
nad jezioro – wróciłem do tematu.
- A może znajdziemy najpierw jakiś hotel? Bo jak
będziemy się z plecakami tędy przedzierać, to nas jeszcze ktoś
okradnie – niepokój nie opuszczał Tomka od samego początku
wycieczki. – Poza tym zjedlibyśmy coś może. Mam na myśli
oczywiście coś bezpiecznego… - uśmiechnął się, wspominając pewnie wczorajsze niestrawności.
- Słuchaj, jak chcesz teraz szukać hotelu, to możesz zapomnieć o
zobaczeniu zachodu słońca nad jeziorem. Przecież wiesz, jak
tutaj szybko robi się ciemno – też byłem głodny, ale nie mogłem doczekać się chwili, w
której wreszcie będę mógł zanurzyć się w ten błękit. I jeszcze ta legenda, tak pięknie pokazująca jedność całego naszego
świata... - Kaśka, pamiętasz, jak czytałaś w przewodniku o tych
śpiewających ptakach? Wiesz, że one uaktywniają się
tylko na kilka minut zaraz po zachodzie słońca? I
tylko w jednym miejscu na ziemi, właśnie tutaj,
nad Wielkim Jeziorem Błękitnym!
- Konrad, ja nie czuję się najlepiej po tej jeździe.
To w ogóle był kiepski pomysł z tą ciężarówką, ale jak
zwykle uparłeś się, że chcesz zobaczyć więcej. Ja już nie mam
siły tak wszędzie biegać. Jestem za tym, żeby znaleźć teraz
jakiś hotel i wreszcie odpocząć. Przecież nad wodę możemy wybrać
się jutro. Patrzcie, jakie buzerne czapki – Kaśka wskazała jeden
ze straganów.
- Ciekawe ile za nie chcą? – uśmiechnął
się Tomek.
Wzięli mój plecak; umówiliśmy się za dwie
godziny w tym samym miejscu. Nasza podróż niewątpliwie była
dla nich bardziej źródłem stresu i niewygody niż przyjemności
czy ekscytacji. Gdy dwa dni temu zachwycałem się
średniowiecznym, namiotowym miastem-warownią, gdzie za wałami
usypanymi z ziemi, przy ogniskach, w XXI wieku ludzie żyją
tak, jakby przez ostatnie stulecia czas w ogóle nie posuwał
się naprzód, Kaśka podsumowała tylko ale
mieszkać to bym tu nie chciała, a Tomek zauważył
trzeźwo, że rzeczywiście zatrzymywać się na nocleg w takim
miejscu, byłoby nierozważnie. Zastanawiałem się, dlaczego w
ogóle zdecydowali się jechać ze mną, zamiast wrócić planowo z
grupą do kraju po skończonych negocjacjach. Chyba podziałała
na nich magia moich podróżniczych opowieści. Ale czary
wszystkiego same nie załatwią. Trzeba mieć jeszcze w sobie
jakąś ciekawość świata, otwartość na inność, żyłkę
metafizycznego odkrywcy.
Po dwustu metrach przeciskania się przez sterty ubrań i
ozdób, handlarzy i turystów, dostrzegłem w murze po lewej
stronie wąski wyłom. Kamienne schodki prowadziły do ścieżki,
którą można było sobie skrócić drogę nad jezioro. Zszedłem na
dół, ale niespodziewanie zatrzymał mnie męski głos. Odwróciłem
się. Pod murem, w tradycyjnym stroju, właśnie z
buzerną czapką, stał uzbrojony strażnik. Początkowo myślałem,
że na mnie krzyczy, że tędy nie ma przejścia, że jeśli chcę
nad jezioro, to muszę iść dalej drogą wzdłuż targowiska, ale
gdy zacząłem cofać się na schodki, dał mi znak ręką, że nie o
to mu chodziło. Chciałem go minąć i udać się w swoją stronę,
ale on mówił coś dalej. To, co wziąłem za krzyk, było chyba
jego normalnym sposobem wysławiania się. Twarz miał wysuszoną
słońcem, przeoraną licznymi bruzdami, sylwetkę lekko
zgarbioną. Musiał mięć ponad sześćdziesiąt lat, ale byłem
pewien, że w razie potrzeby, karabinem zawieszonym na
piersiach potrafiłby się jeszcze sprawnie i szybko posłużyć.
Używał jakiegoś dziwnego dialektu, bo nie rozumiałem ani
jednego słowa z tego, co mówił, ani nie byłem w stanie złapać
żadnego podobieństwa do słyszanych już wcześniej języków tego
regionu. Zorientowałem się tylko, że na pewno znaczenie ma
ton, w jakim wypowiada poszczególne słowa, oraz czy robi to na
wdechu czy wydechu o odpowiedniej głębokości. Moje nie
rozumiem pana, I don’t understand you, ich
verstehe Sie nicht musiał brać za zachętę do dalszej
opowieści, podobnie jak kręcenie głową na boki, które tutaj
mogło znaczyć przecież cokolwiek. Po yo no
lo comprendo, je ne vous comprends pas, я вас
не понимаю ożywił się na dobre. Głupio mi było tak po prostu odejść, tym bardziej,
że mówiąc, patrzył mi w oczy, a nie tylko w swoją
przeszłość na dalekim horyzoncie. Może chciał przekazać mi coś
ważnego. Stałem tam więc, wpatrywałem się w jego, oświetloną
ostatnimi promieniami słońca, twarz i wsłuchiwałem się w
obco brzmiące słowa. Próbowałem sobie wyobrazić,
o czym mógł do mnie mówić ten starszy człowiek. Czy
oferował mi nocleg za nieduże pieniądze w swoim domu
w miasteczku? Czy mówił o tym, co działo się wczoraj na
targowisku, gdy złapano złodzieja? A może opowiadał o swojej
młodości w stepie nad jeziorem? Może o wyprawach kupieckich, o koniach
i o wietrze. A może o kobietach o obcych rysach
twarzy, czekających w namiotach daleko stąd na wschód.
Może o skończonej już lata temu wielkiej wojnie. Może o
tym, że w przyszłym miesiącu wydaje za mąż najmłodszą córkę, a
jego żona jest ciężko chora. A może o tym, że jest tutaj
sam, obcy, że przenieśli go niedawno na posterunek, i że przed
śmiercią, która się zbliża, nie będzie miał już okazji zobaczyć
nikogo ze swoich w rodzinnej wiosce. Może spowiadał się mi.
Mówił o rzeczach złych, które zrobił, ale których zrobić nie
chciał i pytał, czy rozumiem? Chciałem jakoś przekazać mu, że
tak, więc wyciągnąłem rękę, by położyć ją na jego ramieniu, ale on odtrącił ją szybko i popatrzył groźnie, potrząsając karabinem. Przestał mówić, dał znak, żebym sobie poszedł. Oddaliłem się więc posłusznie ścieżką w kierunku jeziora. Teraz, po zachodzie słońca, zgubiło ono gdzieś całą swoją
wielką błękitność. Idąc po ciemku, zastanawiałem się, czy
nie byłoby jednak może lepiej zawrócić i odszukać na
targowisku Kaśkę i Tomka, a nad wodę wybrać się
jutro.
grudzień 2006 © Krzysztof
Rozmus komentarze • kontakt e-mail • poleć stronę znajomym
W opowiadaniu
wykorzystano fragmenty śpiewów gardłowych z Mongolii i Tuwy
(Mongolian music _ Tuva, Mongolia - Medly of Throat-S,
Mongolian Throat Singing - kargiraa w formacie mp3 - posłuchaj w całości
pierwszego utworu). Zobacz także prezentację Mongolia
Zachodnia - tam, gdzie niebo jest zawsze niebieskie
(autor: ziv sherzer - ściągnij PowerPoint
Viewer).
|