OPOWIADANIA
ZapiskiZapiski
żyjąc w: Szwajcaria i Europażyjąc w: Szwajcaria i Europa
camino de Santiagocamino de Santiago
Wyprawa rowerem przez 3 kontynentyrowerem przez 3 kontynenty
Krzysztof Rozmus
żyjący na ziemi

* PO KOLĘDZIE
luty 2007


MOJA WIELKA WAKACYJNA PRZYGODA
luty 2007


KONFERENCJA DLA PROFESJONALISTÓW
styczeń 2007


NOLI ME TANGERE
styczeń 2007


SPOTKANIE ZE STRAŻNIKIEM TARGOWISKA
grudzień 2006


TRAMWAJ NOCNY
lipiec 2005


ZAPISKI Z TAMTEJ STRONY LUSTRA
styczeń 2005


TRZY DNI NAD MORZEM
styczeń 2005


ZNAK ZAPYTANIA
październik 2003



Komentuj
i oceniaj
w portalu

Inne strony literackie




« TRAMWAJ NOCNY NOLI ME TANGERE »

Opowiadanie

SPOTKANIE ZE STRAŻNIKIEM TARGOWISKA

 



            - Jest, patrzcie! Ależ piękne! – wykrzyknąłem, gdy za zakrętem wyłoniła się przed nami ogromna, niebieska tafla wody odbijająca zachodzące słońce. – Nie macie ochoty się w tym wykąpać? – spojrzałem na Kaśkę i Tomka, chcąc zarazić ich swoim entuzjazmem. - Wiecie, że według legendy, Wielkie Jezioro Błękitne ma podziemne połączenia ze wszystkimi oceanami świata?!

Najwyraźniej, kilkugodzinna podróż na pace ciężarówki azjatyckim stepem dała na dziś moim towarzyszom drogi już wystarczającą porcję wrażeń. Po chwili otrzepywaliśmy kurz z ubrań i plecaków na środku miasteczka. Do brzegu mogło być stąd jeszcze jakieś pół godziny dobrego marszu, ale najpierw trzeba było pokonać, ciągnące się na długości półtora kilometra, targowisko. Ogrodzone kamiennym murkiem, stanowiło rodzaj turystycznej pułapki. Handlujący przyjeżdżali tutaj ze wszystkich zakątków kraju, z każdym rodzajem towaru.
            - Proponuję przedrzeć się szybko przez ten tłum i iść nad jezioro – wróciłem do tematu.

            - A może znajdziemy najpierw jakiś hotel? Bo jak będziemy się z plecakami tędy przedzierać, to nas jeszcze ktoś okradnie – niepokój nie opuszczał Tomka od samego początku wycieczki. – Poza tym zjedlibyśmy coś może. Mam na myśli oczywiście coś bezpiecznego… - uśmiechnął się, wspominając pewnie wczorajsze niestrawności.

            - Słuchaj, jak chcesz teraz szukać hotelu, to możesz zapomnieć o zobaczeniu zachodu słońca nad jeziorem. Przecież wiesz, jak tutaj szybko robi się ciemno – też byłem głodny, ale nie mogłem doczekać się chwili, w której wreszcie będę mógł zanurzyć się w ten błękit. I jeszcze ta legenda, tak pięknie pokazująca jedność całego naszego świata... - Kaśka, pamiętasz, jak czytałaś w przewodniku o tych śpiewających ptakach? Wiesz, że one uaktywniają się tylko na kilka minut zaraz po zachodzie słońca? I tylko w jednym miejscu na ziemi, właśnie tutaj, nad Wielkim Jeziorem Błękitnym!

            - Konrad, ja nie czuję się najlepiej po tej jeździe. To w ogóle był kiepski pomysł z tą ciężarówką, ale jak zwykle uparłeś się, że chcesz zobaczyć więcej. Ja już nie mam siły tak wszędzie biegać. Jestem za tym, żeby znaleźć teraz jakiś hotel i wreszcie odpocząć. Przecież nad wodę możemy wybrać się jutro. Patrzcie, jakie buzerne czapki – Kaśka wskazała jeden ze straganów.

- Ciekawe ile za nie chcą? – uśmiechnął się Tomek.

Wzięli mój plecak; umówiliśmy się za dwie godziny w tym samym miejscu. Nasza podróż niewątpliwie była dla nich bardziej źródłem stresu i niewygody niż przyjemności czy ekscytacji. Gdy dwa dni temu zachwycałem się średniowiecznym, namiotowym miastem-warownią, gdzie za wałami usypanymi z ziemi, przy ogniskach, w XXI wieku ludzie żyją tak, jakby przez ostatnie stulecia czas w ogóle nie posuwał się naprzód, Kaśka podsumowała tylko ale mieszkać to bym tu nie chciała, a Tomek zauważył trzeźwo, że rzeczywiście zatrzymywać się na nocleg w takim miejscu, byłoby nierozważnie. Zastanawiałem się, dlaczego w ogóle zdecydowali się jechać ze mną, zamiast wrócić planowo z grupą do kraju po skończonych negocjacjach. Chyba podziałała na nich magia moich podróżniczych opowieści. Ale czary wszystkiego same nie załatwią. Trzeba mieć jeszcze w sobie jakąś ciekawość świata, otwartość na inność, żyłkę metafizycznego odkrywcy.
            Po dwustu metrach przeciskania się przez sterty ubrań i ozdób, handlarzy i turystów, dostrzegłem w murze po lewej stronie wąski wyłom. Kamienne schodki prowadziły do ścieżki, którą można było sobie skrócić drogę nad jezioro. Zszedłem na dół, ale niespodziewanie zatrzymał mnie męski głos. Odwróciłem się. Pod murem, w tradycyjnym stroju, właśnie z buzerną czapką, stał uzbrojony strażnik. Początkowo myślałem, że na mnie krzyczy, że tędy nie ma przejścia, że jeśli chcę nad jezioro, to muszę iść dalej drogą wzdłuż targowiska, ale gdy zacząłem cofać się na schodki, dał mi znak ręką, że nie o to mu chodziło. Chciałem go minąć i udać się w swoją stronę, ale on mówił coś dalej. To, co wziąłem za krzyk, było chyba jego normalnym sposobem wysławiania się. Twarz miał wysuszoną słońcem, przeoraną licznymi bruzdami, sylwetkę lekko zgarbioną. Musiał mięć ponad sześćdziesiąt lat, ale byłem pewien, że w razie potrzeby, karabinem zawieszonym na piersiach potrafiłby się jeszcze sprawnie i szybko posłużyć. Używał jakiegoś dziwnego dialektu, bo nie rozumiałem ani jednego słowa z tego, co mówił, ani nie byłem w stanie złapać żadnego podobieństwa do słyszanych już wcześniej języków tego regionu. Zorientowałem się tylko, że na pewno znaczenie ma ton, w jakim wypowiada poszczególne słowa, oraz czy robi to na wdechu czy wydechu o odpowiedniej głębokości. Moje nie rozumiem pana, I don’t understand you, ich verstehe Sie nicht musiał brać za zachętę do dalszej opowieści, podobnie jak kręcenie głową na boki, które tutaj mogło znaczyć przecież cokolwiek. Po yo no lo comprendo, je ne vous comprends pas, я вас не понимаю ożywił się na dobre. Głupio mi było tak po prostu odejść, tym bardziej, że mówiąc, patrzył mi w oczy, a nie tylko w swoją przeszłość na dalekim horyzoncie. Może chciał przekazać mi coś ważnego. Stałem tam więc, wpatrywałem się w jego, oświetloną ostatnimi promieniami słońca, twarz i wsłuchiwałem się w obco brzmiące słowa. Próbowałem sobie wyobrazić, o czym mógł do mnie mówić ten starszy człowiek. Czy oferował mi nocleg za nieduże pieniądze w swoim domu w miasteczku? Czy mówił o tym, co działo się wczoraj na targowisku, gdy złapano złodzieja? A może opowiadał o swojej młodości w stepie nad jeziorem? Może o wyprawach kupieckich, o koniach i o wietrze. A może o kobietach o obcych rysach twarzy, czekających w namiotach daleko stąd na wschód. Może o skończonej już lata temu wielkiej wojnie. Może o tym, że w przyszłym miesiącu wydaje za mąż najmłodszą córkę, a jego żona jest ciężko chora. A może o tym, że jest tutaj sam, obcy, że przenieśli go niedawno na posterunek, i że przed śmiercią, która się zbliża, nie będzie miał już okazji zobaczyć nikogo ze swoich w rodzinnej wiosce. Może spowiadał się mi. Mówił o rzeczach złych, które zrobił, ale których zrobić nie chciał i pytał, czy rozumiem? Chciałem jakoś przekazać mu, że tak, więc wyciągnąłem rękę, by położyć ją na jego ramieniu, ale on odtrącił ją szybko i popatrzył groźnie, potrząsając karabinem. Przestał mówić, dał znak, żebym sobie poszedł. Oddaliłem się więc posłusznie ścieżką w kierunku jeziora. Teraz, po zachodzie słońca, zgubiło ono gdzieś całą swoją wielką błękitność. Idąc po ciemku, zastanawiałem się, czy nie byłoby jednak może lepiej zawrócić i odszukać na targowisku Kaśkę i Tomka, a nad wodę wybrać się jutro.



           

 

 

grudzień 2006 © Krzysztof Rozmus
komentarze kontakt e-mail poleć stronę znajomym

 

 

 

 

W opowiadaniu wykorzystano fragmenty śpiewów gardłowych z Mongolii i Tuwy (Mongolian music _ Tuva, Mongolia - Medly of Throat-S, Mongolian Throat Singing - kargiraa w formacie mp3 - posłuchaj w całości pierwszego utworu).
Zobacz także prezentację Mongolia Zachodnia - tam, gdzie niebo jest zawsze niebieskie (autor: ziv sherzer - ściągnij PowerPoint Viewer).

 

 

 

« TRAMWAJ NOCNY NOLI ME TANGERE »