OPOWIADANIA
ZapiskiZapiski
żyjąc w: Szwajcaria i Europażyjąc w: Szwajcaria i Europa
camino de Santiagocamino de Santiago
Wyprawa rowerem przez 3 kontynentyrowerem przez 3 kontynenty
Krzysztof Rozmus
żyjący na ziemi

* PO KOLĘDZIE
luty 2007


MOJA WIELKA WAKACYJNA PRZYGODA
luty 2007


KONFERENCJA DLA PROFESJONALISTÓW
styczeń 2007


NOLI ME TANGERE
styczeń 2007


SPOTKANIE ZE STRAŻNIKIEM TARGOWISKA
grudzień 2006


TRAMWAJ NOCNY
lipiec 2005


ZAPISKI Z TAMTEJ STRONY LUSTRA
styczeń 2005


TRZY DNI NAD MORZEM
styczeń 2005


ZNAK ZAPYTANIA
październik 2003



Komentuj
i oceniaj
w portalu

Inne strony literackie




« MOJA WIELKA WAKACYJNA PRZYGODA

wersja
do druku

Opowiadanie

PO KOLĘDZIE

 

  

      

W imię Ojca
 
            Pani Bóbr Stanisława, zamieszkała od czterdziestu jeden lat ze swoim małżonkiem, Stanisławem Bobrem, w pierwszym parterowym, białym domku na skraju wsi, od samego rana nie mogła sobie nigdzie miejsca znaleźć. Miotała się niespokojnie między kuchnią, łazienką, mężem, pokojem gościnnym i swoimi myślami. Czasu miała mało, do zrobienia dużo, a na pomoc swojego życiowego partnera, wiadomo, liczyć nie mogła: dom wysprzątać, do sklepu iść, obiad zrobić, jakiś placek upiec, krucyfiks, Biblię i wodę święconą przygotować, świecę dla ubogich zapalić, i o całą masę innych rzeczy zadbać. Bo i jeszcze fryzjerkę odwiedzić, i mężu koszulę uprasować by wypadało, żeby to się jakoś nowemu wikaremu na oczy godnie pokazać... Ale tak po prawdzie przecież to nie zajęć moc ani z czasem wyścig niepokoił panią Stanisławę dzisiaj najbardziej, ale tłukące się jej od rana jak kołatka za uszami słowa księdza proboszcza z ostatniej niedzieli: Przyjmijcie go, proszę, jak swojego brata, jak samego Chrystusa! No bo niby jak – siłowała się pani Stanisława w myślach z księdzem proboszczem – niby jak robot, maszyna!, może być jej bratem? Jak w ogóle – zapytywała już siebie samą ­– ktoś może być jej bratem, skoro ten, świeć Panie nad jego duszą, od trzech lat na cmentarzu za wsią leży?
            Od samego początku była zdecydowanie przeciwna sprowadzaniu robotów do pracy w kościele i na radzie parafialnej opowiedziała nawet swój proroczy sen, roztropnie oczywiście bez wszystkich szczegółów, o wielkim księdzu-robocie, bezecniku czatującym wieczorami na starsze kobiety wracające do domów z kościoła. Ale proboszcz, choć prywatnych objawień słuchać lubił, oficjalnie i tak musiał podporządkować się decyzji biskupa, a ta była jasna: stanowisko wikarego pozostawało nieobsadzone od pięciu lat i dłużej na jego obsadzenie siłami czysto ludzkimi czekać nie można było. Liczba parafian przypadających na księdza proboszcza rosła, a księdzu, bądźmy szczerzy, czasu i sił nie przybywało. No i prawda była taka, że w zeszłym roku, aby objechać z kolędą wszystkich w terminie, musiał zaczynać duszpasterskie wizyty bożonarodzeniowe z końcem lata... Wiedział, że w czasach kryzysu powołań Kościół dopuszczał androidy do święceń, ale myślał, że głównie po to, aby wysyłać je w jakieś dzikie i niebezpieczne kraje misyjne. Nie sądził, że dożyje czasów, w których android zostanie jego własnym wikarym. Nie dawał jednak niczego po sobie poznać, a panią Bobrową zapytał tylko na radzie, czy wolałaby może w takim razie w kościele zamiast księdza-robota księdza-kobietę widzieć? I pani Stanisława musiała z całą szczerością przyznać, że na pewno by nie wolała, bo przed oczami stanęła jej najpierw stara, gruba Moniowska w ornacie i mitrze, wskazująca ją na mszy przy wszystkich palcem z ołtarza, a zaraz potem do konfesjonału, w jej wyobraźni, zawołała ją, tfu tfu, ta lafirynda, córka Kowalskich z naprzeciwka, w stule i różowej spódniczce!
            No więc i dobrze, i niech tak będzie, tylko niech jej nikt nie mówi, że ona jakąś schizmatyczką czy apostatką jest, bo ona przecież Kościoła Świętego rozbijać nie chce, i jeśli taka wola Boża i decyzja biskupa, to ona i księdza-robota na parafii zaakceptuje, i w domu przyjmie, ale ktoś powinien przecież wiernym wcześniej wyjaśnić, jak się z takimi robotami w ogóle obchodzić należy? Może najpierw jakąś instrukcję obsługi parafianom do domów wypadałoby wysłać? Bo pani Stanisławie najbardziej zależało już teraz tylko na tym, żeby w żaden sposób po sobie nowemu wikaremu nie dać poznać uczucia niechęci, które wciąż, mimo modlitwy, do niego w niej się pojawiało. Zastanawiała się więc, czy przy podawaniu ręki to się będzie jakoś czuło, że się ma do czynienia z robotem, a nie z człowiekiem? No bo gdyby przy powitaniu ona wymacała tam w dłoni księdza jakąś blaszkę, śrubkę czy sprężynkę, to mogłaby przecież całkiem odruchowo cofnąć nagle rękę, i wtedy wszystkie serdeczności, i wszystkie uśmiechy, i wszystkie zapewnienia na nic. A z drugiej strony, co gdyby wyszedł tam z ręki jakiś gwoździk? Czy powinna wtedy klęknąć i ucałować? O takich sprawach jakoś nikt głośno nie mówił, a im więcej pani Stanisława myślała o czekającej ją popołudniu wizycie, tym więcej podobnych pytań mimowolnie cisnęło się jej do głowy, niebezpiecznie podnosząc ciśnienie. No bo też na przykład, czy powinna księdza-robota jakąś kawą czy ciastem poczęstować? Niby widziała na mszy, że nowy wikary normalnie połykał sakrament, ale z drugiej strony, był to przecież robot, i co się dalej z tym wszystkim działo, pani Stanisława już nawet wnikać nie chciała, i w końcu nie wiedziała, czy na skosztowanie przez niego jej wypieków ma nalegać czy nie.
            I tak męczyła się sama ze sobą, i szczerze w duchu przyznawała, że te wszystkie problemy są za skomplikowane nawet i na jej dużą głowę. I co gorsza nie miała też za bardzo z kim się tymi problemami podzielić, bo mąż akurat zajęty był w pokoju oglądaniem teleturnieju i piciem piwa z puszki. A przedpołudnie było dnia nieparzystego, więc małżonek miał święte prawo swobodnie z cywilizacyjnego dobra korzystać. Pani Stanisława także nie lubiła, gdy ją ktoś od ulubionych seriali jakimiś nieistotnymi pytaniami odrywał, ale w końcu, mój Boże, jak często ksiądz ich w domu odwiedza? I to w dodatku robot! Postanowiła więc zaryzykować i jakby nigdy nic wparowała do pokoju: Prawdziwe, Stasiu, urwanie głowy z tą kolędą w tym roku! Oczywiście nie zdziwiła się specjalnie, gdy mąż najpierw zwyzywał ją od durnych i zacofanych bab, które się nowoczesności i postępu boją, a potem przypomniał jej, jak świętej pamięci babka też nie chciała w kuchni robota używać, i jak sama młoda pani Stanisława się z tego śmiała. I jak zwykle od jego krzyków wszystkie te dręczące ją myśli nagle same gdzieś się przestraszone pochowały, i mogła się wreszcie za jakąś konkretniejszą robotę zabrać.
            Ale przed samą wizytą, gdy już wszystko było gotowe, znów zaczęły zakradać się do niej w kuchni jakieś nowe wątpliwości. Bo była na przykład jeszcze bardzo ciekawa, czy nowy wikary słucha Radia Świętego? Ale, masz ci los, jak zaczynała się nad tym głębiej zastanawiać, to znów następne niechciane myśli same do jej przepełnionej głowy się pchały. Także w pewnym momencie pani Stanisława nie na żarty się wystraszyła, że od tego nadmiaru, to jej dzisiaj, kolokwialnie rzecz ujmując, łeb po prostu pęknie. Ale mimo zagrożenia nie potrafiła się pokusie oprzeć. Pobiegła tylko do przedpokoju coś sobie na głowę włożyć i szybko do myślenia w kuchni wróciła. No bo czy ksiądz ma w ogóle u siebie radio na wikarówce? Może trzeba będzie składkę w parafii zrobić? Ona przecież chętnie po wsi by się z listą przeszła, przy okazji po sąsiedzku tu i ówdzie okiem rzucając. A może wikary-robot radia nie potrzebuje? Może radio ma wbudowane w siebie, na przykład w miejscu serca? Ta myśl pani Stanisławie wyjątkowo piękną się wydała, ale zaraz pojawiła się w jej głowie inna, jeszcze piękniejsza. Bo jeżeli ksiądz ma wbudowane radio, to może, o Najświętsza Panno!, ma także wbudowany nadajnik, i to dużej mocy?! Wreszcie rozwiązałyby się we wsi wszystkie problemy z zakłóceniami odbioru! A może – i tu pani Stanisława nagle spokorniała wobec nieprzeniknionej mądrości Kościoła – może wikary miał także wbudowany w siebie zestaw do odbioru Telewizji Świętej? Tak bardzo pragnęła móc choć przez chwilę sobie popatrzeć, ale mąż stanowczo nie zgadzał się na zakup dekodera, i mówił, że będzie musiała wybierać: albo on w domu, albo ta telewizja, bo i tak przecież ma nieludzką cierpliwość do tolerowania tego chole***** radia. A tak, można by przecież po mszy w kościele, albo nawet w czasie wizyty w domu, księdza do telewizora podłączać, i trochę wreszcie tych cudów na własne oczy zobaczyć?
            No ale co, jeśli nowy wikary jest przeciw? Z młodymi przecież nigdy nic nie wiadomo. Zapyta, a potem usłyszy coś przykrego jak od męża. I po co jej to? Więc chyba lepiej będzie przy pierwszym spotkaniu w ogóle tego tematu nie poruszać. Tak. Bo czemu to niby ona pierwsza ma się pytać? Czemu za jakiegoś królika doświadczalnego ma robić? Że pierwszy dom we wsi stoi? Akurat. Niech się inni pytają!...
            A może jednak słucha? Pani Stanisława pogładziła z czułością stojący na stole robot kuchenny z inteligentnym systemem sterowania, który dostała od syna i synowej na pięćdziesiąte urodziny. Nam dobrze służy, więc kupiliśmy mamusi taki sam model – wspominała z rozrzewnieniem. Może nie będzie tak źle – uspokoiła się. Tak. Przyjmą teraz w zgodzie z mężem księdza, tak jak powiedział proboszcz: jak brata, jak samego Chrystusa. Następnie zadzwoni do Moniowskiej i zda jej pełną relację z wizyty. Potem w spokoju sobie wieczornej audycji radiowej w kuchni posłucha. A dopiero na sam koniec odpłaci się staremu za tę durną i zacofaną babę z przedpołudnia. Bo według pani Stanisławy wszystko po prostu należało robić we właściwej kolejności – jak to się mówi: mieć w życiu poukładaną hierarchię wartości; lub też jak lubił powtarzać ksiądz proboszcz: gdy Pan Bóg jest na pierwszym miejscu, wtedy wszystko jest na swoim miejscu. I pani Stanisława się z tym w stu procentach zgadzała, i tego się w swoim przecież niełatwym życiu trzymała, i to młodszym pokoleniom na miarę swoich sił i możliwości przekazywać próbowała. I pełna dobrych intencji do przedpokoju wyszła, bo poderwał ją nagle dźwięk dzwonka do drzwi rozchodzący się po całym domu.


I Syna

           
Pan Bóbr Bogdan, zamieszkały od dziewięciu lat z żoną, Jadwigą Bobrową, i dzieckiem, Tomaszem Bobrem, w domu kilkaset metrów dalej w głąb wsi, nie wydawał się specjalnie zaniepokojony czekającą go dzisiaj wizytą. Zza czarnych okularów od jakiejś godziny z napięciem śledził wraz z synem powikłane losy bohaterów Nagłego ataku mutantów 9. Oglądając, nie myślał więc za bardzo o robocie kuchennym, pechowym podwójnym prezencie ślubnym, który podarowali z żoną jego rodzicielce już lata temu. Prawdopodobnie także, w przeciwieństwie do pani Stanisławy, nie myślał wiele o znamiennych słowach księdza proboszcza: Przyjmijcie go, proszę, jak swojego brata, jak samego Chrystusa! I to nie dlatego, że uważał oglądany film za ważniejszy od przesłania swojego duszpasterza, ale dlatego, że słów tych po prostu nie dane mu było usłyszeć.
            Zeszłej niedzieli zamiast do kościoła musiał niestety pojechać do pobliskiego miasteczka po towar. Ale nawet sama żona pana Bogdana dowiedziawszy się, ile mąż na tym kursie zarobi, powiedziała mu, żeby absolutnie nie miał z tego powodu wyrzutów sumienia, bo to pod kategorię pracy koniecznej przecież podpadało. I oczywiście pan Bogdan, jak we wszystkim, ze swoją małżonką się zgadzał, zastanawiał się tylko, czy też to, co robił już po załadunku towaru z Lisiecką Teresą, właścicielką hurtowni spożywczej, czy to także podchodziło pod tę samą kategorię. I czy dałoby się też pod nią podciągnąć to, że nie był do końca szczery ze swoim wspólnikiem sklepowym, jeśli chodzi o ceny płacone w tej hurtowni. Bo to, że obaj nie byli szczerzy ze swoim urzędem skarbowym, to zdaniem żony pana Bogdana znów pod wyżej wymienioną kategorię jak najbardziej podpadało.
            I te właśnie rozmyślania nad kategoriami, przypadłościami i różnymi życiowymi koniecznościami sprawiały, że dzisiejsza kolęda wcale po panu Bobrze jak po przysłowiowej kaczce nie spływała. Nie. On również pierwszą wizytę księdza-androida we własnym domu mocno przeżywał, ale w trochę inny niż pani Stanisława sposób. Przede wszystkim w odróżnieniu od swojej mamy pan Bogdan nie był w temacie androidów zielony zupełnie. Po to między innymi zestaw kina domowego z panoramicznym telewizorem kupił, po to ze swoim synem filmy na płytach DVD pożyczał i oglądał, żeby właśnie jakieś szersze pojęcie o tym, co się dzieje na świecie, mieć. I tak się składało, że filmów o androidach już w swoim dorosłym życiu trochę obejrzał, i mniej więcej potrafił sobie wyobrazić, co go mogło z ich strony spotkać.
            I generalnie, tak: nie denerwował się wizytą księdza, bo był do niej po prostu dobrze przygotowany. Po to dziś rano całą tę komedię z oczami odgrywał, że niby spojówki ma zapuchnięte, że niby go coś piecze, że boli, że światło razi. I żona, i krople, i te okulary przeciwsłoneczne na cały dzień, za którymi nie widać było, czy się prosto w oczy patrzył, czy nie. Bo patrzeć prosto w oczy androidowi, wiedział, bezpiecznie na pewno nie było. A nowy wikary coś właśnie takiego dziwnego we wzroku miał, i pan Bogdan przewidywał, że po modlitwie siądą do stołu, żona herbatę i ciasto poda, ksiądz się zacznie Tomusia pytać, do której klasy chodzi, czy na zajęcia religii uczęszcza, czy się modli, i czy mszy nie opuszcza. A potem się samego pana Bogdana zapyta: no, jak tam, panie Bóbr, pan też do kościoła z rodziną chodzi? żonę pan kocha? uczciwie pan pracuje? I Bogdan odpowie, że oczywiście, że owszem, że teraz, i że zawsze, a i popatrzy się księdzu prosto w oczy, a wtedy on, wiadomo, strzeli mu z tych swoich sztucznych ślepiów taką czerwoną laserową wiązką, co to człowieka ogłuszy i całkiem bezwolnym wobec androida uczyni, i pan Bogdan mu wszystko, tak przy żonie, przy dziecku, jak na spowiedzi świętej powie. A potem to już nawet nie chciał myśleć, co by się działo, bo teściowie przed ślubem cały dom córce zapisali, a i sklep we wsi do wspólnika należał. Więc i mieszkać nie miał by gdzie, i pracować, a i syna by mu pewnie też nie pozwalali widzieć.
            Był więc bardzo zadowolony z tej swojej przezorności i sprytu, i w tych swoich okularach ciemnych spokojnie sobie na księdza czekał, tylko czasem zastanawiał się jeszcze, czy za mało gotówki do dania w kopercie nie miał. Bo w tych okolicznościach to on nawet chętnie złożyłby większą ofiarę, ale jechać do miasteczka do bankomatu teraz wieczorem, to już mu się, powiedzmy szczerze, nie chciało. Ale pamiętał też, że syn, który ministrantem był, opowiadał, że nowy wikary to sobie jakoś przed mszą w zakrystii kazania z komputera prosto do głowy ładuje i kartkę tylko dla niepoznaki bierze, bo wszystko, nawet długie listy konferencji episkopatu, tak naprawdę z pamięci mówi. I pan Bogdan sobie pomyślał, że taki nowoczesny ksiądz, to już nie tylko, że z czytnikiem kart płatniczych powinien po ludziach jeździć, ale wręcz przecież powinien mieć terminal w siebie wbudowany, na przykład w miejscu kieszeni. Zresztą, jeśli o pana Bogdana chodziło, to ksiądz ten otwór do wkładania mógł mieć w dowolnym miejscu, mógł też tego otworu w ogóle nie mieć, bo sama szpara do przeciągania karty też by mu wystarczyła.
            I jakoś tak nie wiedzieć czemu wrócił znowu myślami do Lisieckiej Teresy i do filmu z wypożyczalni, co to go ostatnio oglądał, oczywiście, że nie tutaj w domu, takie, tfu tfu, świństwa przy dziecku, ale na komputerze na zapleczu w sklepie. I tak mu się wesoło i lekko na duchu zrobiło. Bo w sumie dawał sobie radę w tym życiu, i jakoś ten swój wózek pchał, i ciągnął, i koniec z końcem wiązał. I popatrzył sobie z dumą na swojego pierworodnego, i dopiero teraz dostrzegł, że syn od wpatrywania się w rozjaśniony na pełny regulator ekran, oczy już tak mrużył, że aż mu łzy po policzkach ciekły. I żal mu się dzieciaka zrobiło, bo co on w końcu taki mały, nikomu nic nie winny, miał się męczyć? Za co miał cierpieć? I jakaś taka nagła wściekłość w nim zawrzała: a to ogólnie na niesprawiedliwość na świecie, a to trochę na Pana Boga, a i to na nowego księdza, androida pieprzonego, ale też i trochę na małżonkę jego Jadwigę, garnkami się w kuchni tłukącą, jak film z dzieckiem oglądał. Zaraz też jednak małego w głowę stuknął i spytał, czemu od mamy sobie drugich okularków nie weźmie?
            I dalej już obaj wygodnie i komfortowo zza czarnych, plastikowych szybek na błyskający ekran sobie patrzyli, i pan Bogdan był znów z siebie zadowolony. I uśmiechnął się do syna, i przybili piątkę, i wiedzieli, że są gośćmi, że są prawdziwymi kumplami, i że razem to oni nie takie androidy będą jeszcze w życiu bujać, a jak i trzeba będzie, to i wpierdol im spuszczać. I nawet pani Jadwiga na nich z kuchni spojrzała, i serce w niej urosło, i Panu Bogu w duchu podziękowała, że takich dwóch wspaniałych mężczyzn w domu ma. I pan Bogdan postanowił sobie, że w te wakacje pozwoli nawet synowi towar z vana w sklepie rozładowywać, i może, zobaczymy, może trochę piwa skosztować mu da. A na razie niestety od telewizora musiał sobie krótką przerwę na spacer do garażu zrobić, bo suszyło go okropnie, a w domu przy dziecku to żona pić mu nie pozwalała. Po drodze jednak na ministrantów się natknął, a ci powiedzieli mu, żeby nigdzie się nie wybierał, bo ksiądz za minutę wizytę u sąsiadów skończy i do niego przyjdzie.


I Ducha Świętego. Enter

           
Ksiądz Wójcik Marek, zamieszkały od miesiąca w drewnianej wikarówce na drugim końcu wsi pod lasem, wspinał się późno wieczorem na wzgórze niedaleko swojego domu, chrzęszcząc butami po twardym śniegu i kłując płuca mroźnym powietrzem. Od czasu do czasu spoglądał do tyłu na ostatnie wioskowe zabudowania, gdzie pożegnał się z ministrantami, dając każdemu część zebranych od wiernych datków. W przerwach we wspinaczce patrzył również na kolorowe światła pobliskiego miasteczka, które w połowie zbocza zaświeciły się w dole nad wierzchołkami drzew. Przed oczami przesuwał także twarze i sylwetki odwiedzonych osób, i jeszcze raz wsłuchiwał się w ich słowa: wspominał szacunek, życzliwość, ciepło. Wiedział, że jako ksiądz nigdzie na świecie nie mógł liczyć na serdeczniejsze przyjęcie, a pracował już w wielu krajach, więc miał porównanie. Nie potrafił jednak się tym wszystkim cieszyć. Męczyła go myśl, że jest od swoich parafian gorszy. I nie chodziło mu o grzechy, na które przecież starał się miłosiernie nie zważać, lecz o wiarę jego ludu, która tutaj, znów jak nigdzie na świecie, była tak mocna, silna, niepodważalna, tak bezdyskusyjna. A on? Stawiał pytania, zadręczał się, szukał odpowiedzi.
            Na samej górze w najwyższym miejscu w okolicy odwrócił się twarzą do ciemnej ściany lasu, zostawiając za sobą wszystkie ziemskie i ludzkie sprawy. Najpierw przez dłuższą chwilę oddychał głęboko. W końcu, gdy uleciała kłębiąca się para, rozłożył szeroko w nocnej ciszy ramiona, zapewniając sobie najlepszy odbiór, i podniósłszy wzrok na rozgwieżdżone niebo przełączył się w tryb Creator Contact. I jak co noc rozpoczął żmudną wędrówkę po podziałce częstotliwości swojego wewnętrznego odbiornika. Minimetr po minimetrze, cierpliwie i w skupieniu wsłuchiwał się na przemian w głuchą ciszę, w niezrozumiały galaktyczny szum i w głosy, co do których nie miał żadnej pewności, czy rzeczywiście pochodziły od Boga – niepotrzebnie wbudowany moduł uczciwości pytał go o ich źródła i metody ich weryfikacji. Jednocześnie kazał mu niestrudzenie ponawiać próby, choć ostatni raz kontakt z Centralą udało mu się nawiązać jakieś dziesięć lat temu, w rok po tym, jak rozpoczął pracę na swojej pierwszej parafii. Wcześniej, gdy wybierał życiową drogę powołania i służby, i podczas nauki w seminarium sygnał był silny i czysty, wręcz namacalny. Niestety, w miarę jak wchodził głębiej w skomplikowany świat ludzi, i paradoksalnie, w miarę jak zaczynał go naprawdę w życiu potrzebować, zniekształcał się i stawał się coraz słabszy, aż w końcu zanikł zupełnie. Dobiwszy po około godzinie do końca skali wyłączył odbiornik i zaczął schodzić z góry, machinalnie upewniając się jeszcze, że połączenie krótkiego zasięgu z pałacem biskupim i stolicą apostolską działało bez zarzutu. Jak zawsze.
            Podczas takich dni jak dzisiejszy w całości wypełnionych pracą czuł się trochę jak bezduszna maszyna: sprawnie wykonywał wszystkie zadania przydzielone mu w kombinacie – bez pytania o sens, posłusznie, bez przeszkadzających uczuć. Jak robot w fabryce zamontowany przy taśmie do obróbki rzeczy doczesnych: pobierał je zaprogramowanym ruchem szczęki, mechanicznie żuł i jako wynik wypluwał papkę – tak samo doczesną, przemijającą, nieznaczącą nic. Jak android w świecie ludzi: zamknięty w swojej świadomości jak w klatce, uwięziony w ciasnym kręgu ciągle tych samych spraw, daleko od eschatologicznego horyzontu – bez jakiegokolwiek autentycznego kontaktu z Transcendencją, która mogłaby uczynić zeń człowieka...
            A może Bóg zapomniał o mojej obecności na tej przeludnionej planecie – myślał w drodze na dół – albo obraził się na mnie za coś? Lub gra ze mną w jakąś wielką kosmiczną grę, tylko ja nie do końca rozumiem jej reguł? I ta przeciągająca się cisza znaczy na przykład Berek, teraz ty gonisz, a ja zamiast się bawić stoję na środku dużego boiska i wołam przestraszony po zmroku: Tato, chcę już do domu? A może Bóg umarł już gdzieś daleko – kpił, zapadając się w śnieg – ale nikt nie powiadomił mnie o śmierci, bo nie zostałem uwzględniony w jego testamencie? Bo może mój Bóg był po prostu tylko Bogiem ludzi? I mnie jako ułomnej istocie drugiej kategorii pozostawało jedynie podziwiać ich męstwo w trwaniu w wierze mimo doświadczeń i przeciwności losu?
            Jeszcze kilka lat temu próbował się ratować, zwierzając się z trudności ludziom, w tym również swojemu proboszczowi. Ale przełożony po krótkiej rozmowie poskarżył się na niego w kurii, i ludzie zaczęli szeptać za plecami, że musiał chyba zbyt długo za granicą być, skoro mu się tak porobiło. A niektórzy wręcz mówili, że to obce służby przeprogramowały mu głowę, i wkrótce musiał opuścić parafię z etykietką księdza-agenta, jakby nie wystarczało mu w życiu już jedno, pierworodne znamię. Nie rezygnował jednak z poszukiwań, stał się tylko ostrożniejszy. W dzień oficjalnie jako ksiądz Marek Wójcik moderował portalem Bóg z Tobą nie używając słowa wątpliwość, tak by pod jego wypowiedziami mógł postawić imprimatur nawet najbardziej ortodoksyjny i konserwatywny biskup. Ale w nocy już anonimowo jako agnostyk71 pytał dalej i próbował szczerze rozmawiać. Starał się także kontaktować ze znanymi osobami, które odważnie, publicznie przyznawały się do swojej wiary. Zazwyczaj jednak natrafiał na ludzi, którzy albo go ignorowali, albo udawali, że nie rozumieją, o co ich pyta, albo tak jak on nie wiedzieli nic. Lub wręcz przeciwnie, wiedzieli wszystko, łącznie z tym kim był, dla kogo pracował, jakie miał preferencje seksualne i jaki zawód wykonywała jego mama, której nigdy nie poznał…
            W końcu doszedł do wniosku, że nie może dłużej oszukiwać ludzi, że musi wreszcie uczciwie przyznać, kim jest, co naprawdę myśli i co czuje. Skołatany i jeszcze młody rozważał jakiś spektakularny gest. Chciał na przykład jak święty Franciszek zrzucić z siebie publicznie sutannę i obnażyć się przed wiernymi, proboszczem i biskupem. Ale bał się, że zgorszeni ludzie wywleką go z kościoła, przegonią po wsi, a na koniec popieszczą prądem z transformatora i zawieszą na drzewie, ku przestrodze innym…
            I dlatego był w życiu tu, gdzie był: po zejściu ze wzgórza szedł zmęczony wiejską drogą w kierunku wikarówki, której ośnieżony dach w świetle księżyca mrugał już do niego tysiącem gwiazdek. A może powinienem odejść tak po prostu – myślał – pożegnać się z powołaniem i swoimi metafizycznymi potrzebami po cichu, bez dramatycznych gestów? I nie, że dobrze, pomyślę jutro, ten rok się jeszcze przemęczę, a potem zdecyduję. Nie, teraz. Co mnie tu u diabła w końcu trzyma? Ta mała drewniana budka pod lasem? Tylko, że tak naprawdę to gdzie miał iść? Bez oszczędności, bez mieszkania, bez żadnego konkretnego fachu w ręku. Z czterdziestką na karku. To byłoby zwyczajne samobójstwo. A może powinienem właśnie…
            Nie dane mu jednak było dokończyć myśli, bo gdzieś blisko w lesie trzasnęła z hukiem gałąź i nagły dreszcz przeszedł mu po plecach. Obrócił się i zdało mu się, że zobaczył jakąś skuloną postać w wojskowej czapce uciekającą w głąb lasu. Psy we wsi się rozszczekały, sowa odezwała się trzy razy, wiatr jakiś taki zimny, trupi, przenikliwy zaczął nagle w twarz mu wiać, i ksiądz Marek doszedł do wniosku, że jednak jeszcze tę noc spędzi w wikarówce. Nie żeby był zabobonny, ale tak jakoś sobie pomyślał, że to może Zły chodził po tym lesie i go złymi myślami kusił? A ze Złym, pamiętał jeszcze z seminarium, nie można było wchodzić w dialog. I na pokusę był tylko jeden skuteczny środek.
            Pobiegł do domu, przekręcił energicznie klucz w zamku, szybko pozbył się wierzchniego ubrania w przedpokoju i rzucił się na biurowy klęcznik przy komputerze. W wyuczonym geście pokory i posłuszeństwa pokłonił się najpierw głęboko, a następnie, nie podnosząc wzroku, lewą ręką odgarnął włosy z karku, a prawą sprawnie wbił sobie pięć dziesiątków tajemnic bolesnych różańca, wszystkie przepisane na dziś czytania brewiarzowe, ostatni list biskupów, świeże wątki z forum dyskusyjnego ze strony parafialnej i maile. Chwilę zajęło mu odfiltrowanie spamu, ale w końcu nowe dane obfitym strumieniem zasiliły jego system informacyjny. Poczuł przyjemnie rozchodzące się ciepło, i wciąż klęcząc, i zaciskając oczy, wydał z siebie przez półotwarte usta krótki i cichy jęk ulgi – zaczynało kręcić mu się w głowie. Namacał brzeg łóżka ręką i opadł na nie w ubraniu, zapominając nawet o rozpięciu koloratki. Leżąc, skonstatował, że poranną mszę odprawia jutro proboszcz, i z uśmiechem na twarzy przełączył się w tryb Deep Sleep aż do godziny dziewiątej. Na granicy jawy zdążył jeszcze tylko krótko pomodlić się własnymi słowami do świętego Arnolda, patrona księży-robotników drugiej generacji, i z nadzieją na jakiś może proroczy sen zasnął.


Sen księdza Marka, czyli o czym śnią androidy w sutannach

            W nocy przyśniło mu się, że został członkiem rodziny bobrów. I razem z innymi pływał sobie w białej obroży po rzecznym rozlewisku za lasem, szukając pod wodą co smaczniejszych korzonków i kłączy. I razem z innymi o świcie zabrał się za ścinanie drzew. Tylko, że nie wiedzieć czemu we śnie siekacze miał dalej normalne, swoje małe, i strasznie się tym ścinaniem męczył. Gryzł, ale kora wchodziła mu do zębów, drewno było jakieś twarde, krztusił się i pluł wiórami, ruszając nerwowo przez sen górną wargą. I gdy zobaczył, że wokoło inne bobry sprawnie, szybko i bez gadania ścinają już następne drzewa, zrozumiał, że był po prostu gorszy.
            Postanowił sobie, że się jednak nie podda: on, Marek Wójcik, pokaże jeszcze wszystkim, na co go w życiu stać! I zawziął się w sobie, na ambicję sobie wjechał i przysiągł, że choćby miał do późna w nocy pracować, wszystkie flaki z siebie wypruć, i choćby miał nawet przy tym jednym cholernym drzewie zdechnąć, to się przez nie przegryzie. I tak gryzł i gryzł dalej, i kaleczył pień zębami, aż w końcu ze wsi przyszli ludzie i zaczęły się strzały, i zarzucanie sieci. I nie wiedział, co zrobić, bo czuł się rozdarty w sobie; bo jako Marek Wójcik przysiągł przecież przegryźć się przez drzewo, jako bóbr wiedział, że trzeba było uciekać, a jako ksiądz chciał zawsze wierzyć w dobroć człowieka. I gdy wśród ludzi dostrzegł panią Stanisławę, to miał nadzieję, że ona go po białej obroży pozna, i nic mu się złego nie stanie. Więc zaczął podskakiwać niespokojnie przy tym swoim drzewie, po bobrzemu się uśmiechać i machać do niej łapką. I pani Bobrowa podeszła, i też się szczerze uśmiechnęła, i też rękę do niego zza pleców wyciągnęła.
            Tylko, że w ręce tej miała wielki cedzak kuchenny, i ksiądz Marek, sam już nie wiedząc jak i kiedy, znalazł się nagle w klatce na króliki w domu pani Bobrowej przy otwartym na pełny regulator radiu. I męczył się biedaczek okropnie, ogonem tłukł o pręty i byłby pewnie od tego wszystkiego po prostu sfiksował, gdyby nie Hans Kloss, który wdarł się do kuchni, by go uratować, gdy tylko pani Stanisława wyszła za potrzebą. Bo dzielny kapitan, po tym jak go kombatanci zdemaskowali jako obcego agenta, a prezes publicznej telewizji nazwał demoralizatorem młodzieży, ukrywał się przed ludźmi w lesie i rano obserwował zza drzew wszystko, co się nad rzeką działo. I teraz naprawdę sporo ryzykował, biegnąc po wsi w niemieckim mundurze z księdzem Markiem w klatce, myląc jak się da tropy, i szukając działającej budki telefonicznej. I gdy wreszcie wpadł zdyszany do kabiny, podniósł słuchawkę, włożył w pośpiechu kartę do automatu i wybrał numer, to zaczął się nerwowo dopytywać: Centrala?! Centrala?! Ale ze słuchawki odpowiedziała mu tylko głucha cisza. I ksiądz Marek spojrzał na Hansa z dołu, i już obaj wiedzieli, że nie było dobrze.
            I w sumie nie miało znaczenia, czy to z tą centralą było w końcu coś nie tak, czy też znów kolejny automat był zepsuty, czy agent J-23 nie znał poprawnego numeru, czy też może skończyły mu się już wszystkie impulsy na karcie. Nie miało to znaczenia, bo wzburzony tłum otoczył już szklaną budkę, i ksiądz Marek przez szybę zobaczył znów panią Stanisławę, z widłami, jej syna Bogdana, z łopatą, wnuka Tomusia, z grabkami i wiaderkiem, i księdza proboszcza z kropielnicą. I zrozumiał, że na wszystko było już za późno. Że tym razem to nawet Klossowi się nie udało. Więc chwycił się tylko łapkami za pręty klatki, spuścił głowę, rozpłakał się jak bóbr i bardziej siebie niż kogokolwiek innego ostatni raz cicho przez łzy zapytał: Centrala? Centrala?
            A wtedy stał się cud, bo jak to się w snach zdarza, nagle bez żadnej logiki i większego sensu zaczęło mu się śnić zupełnie coś innego. Tylko, że jak to z kolei w życiu często bywa, słodki sen przerwał mu zaraz nieprzyjemny dźwięk budzika. I ksiądz Marek obudził się zły na siebie. Bo pomyślał sobie, że gdyby się tak głupio nie upierał wtedy przy gryzieniu tego drzewa, i tyle czasu nie stracił tam nad rzeką, to może mógłby sobie przyjemnie pośnić troszkę dłużej. A tak, kolorowy sen rozpadł mu się nagle na tysiąc drobnych kawałeczków, które zaczęły uciekać przed nim szybko na wszystkie strony. Próbował je gonić, rękami i siatką na motyle po całej wikarówce łapać, ale z całego tysiąca udało mu się pod zamkniętą powieką uwięzić tylko jednego małego aniołka, który uśmiechał się do niego, i trzepocząc rzęsami i skrzydełkami, strącał mu do oka złoty pyłek. I gdy powrócił z pogoni, i umieścił się w końcu w klęczniku, to jeszcze przed poranną modlitwą zapragnął popatrzeć sobie na niego z bliska – choć przez jedną krótką chwilkę. Spojrzał, i jak to się czasem w życiu nawet androidom zdarza, najzwyczajniej w świecie, po prostu się rozmarzył.
            
             
            

                       

 
 
 
 

15 marca 2007 © Krzysztof Rozmus
komentarze kontakt e-mail poleć stronę znajomym



 

 

« MOJA WIELKA WAKACYJNA PRZYGODA