|
W imię Ojca
Pani Bóbr Stanisława, zamieszkała od czterdziestu jeden
lat ze swoim małżonkiem, Stanisławem Bobrem, w pierwszym
parterowym, białym domku na skraju wsi, od samego rana nie
mogła sobie nigdzie miejsca znaleźć. Miotała się niespokojnie
między kuchnią, łazienką, mężem, pokojem gościnnym i swoimi
myślami. Czasu miała mało, do zrobienia dużo, a na pomoc
swojego życiowego partnera, wiadomo, liczyć nie mogła: dom
wysprzątać, do sklepu iść, obiad zrobić, jakiś placek upiec,
krucyfiks, Biblię i wodę święconą przygotować, świecę dla
ubogich zapalić, i o całą masę innych rzeczy zadbać. Bo i
jeszcze fryzjerkę odwiedzić, i mężu koszulę uprasować by
wypadało, żeby to się jakoś nowemu wikaremu na oczy godnie
pokazać... Ale tak po prawdzie przecież to nie zajęć moc ani z
czasem wyścig niepokoił panią Stanisławę dzisiaj najbardziej,
ale tłukące się jej od rana jak kołatka za uszami słowa
księdza proboszcza z ostatniej niedzieli: Przyjmijcie go,
proszę, jak swojego brata, jak samego Chrystusa! No bo
niby jak – siłowała się pani Stanisława w myślach z księdzem
proboszczem – niby jak robot, maszyna!, może być jej bratem?
Jak w ogóle – zapytywała już siebie samą – ktoś może być
jej bratem, skoro ten, świeć Panie nad jego duszą, od trzech
lat na cmentarzu za wsią leży?
Od samego początku była zdecydowanie przeciwna
sprowadzaniu robotów do pracy w kościele i na radzie
parafialnej opowiedziała nawet swój proroczy sen, roztropnie
oczywiście bez wszystkich szczegółów, o wielkim
księdzu-robocie, bezecniku czatującym wieczorami na starsze
kobiety wracające do domów z kościoła. Ale proboszcz, choć
prywatnych objawień słuchać lubił, oficjalnie i tak musiał
podporządkować się decyzji biskupa, a ta była jasna:
stanowisko wikarego pozostawało nieobsadzone od pięciu lat i
dłużej na jego obsadzenie siłami czysto ludzkimi czekać nie
można było. Liczba parafian przypadających na księdza
proboszcza rosła, a księdzu, bądźmy szczerzy, czasu i sił nie
przybywało. No i prawda była taka, że w zeszłym roku, aby
objechać z kolędą wszystkich w terminie, musiał zaczynać
duszpasterskie wizyty bożonarodzeniowe z końcem lata...
Wiedział, że w czasach kryzysu powołań Kościół dopuszczał
androidy do święceń, ale myślał, że głównie po to, aby wysyłać
je w jakieś dzikie i niebezpieczne kraje misyjne. Nie sądził,
że dożyje czasów, w których android zostanie jego własnym
wikarym. Nie dawał jednak niczego po sobie poznać, a panią
Bobrową zapytał tylko na radzie, czy wolałaby może w takim
razie w kościele zamiast księdza-robota księdza-kobietę
widzieć? I pani Stanisława musiała z całą szczerością
przyznać, że na pewno by nie wolała, bo przed oczami stanęła
jej najpierw stara, gruba Moniowska w ornacie i mitrze,
wskazująca ją na mszy przy wszystkich palcem z ołtarza, a
zaraz potem do konfesjonału, w jej wyobraźni, zawołała ją, tfu
tfu, ta lafirynda, córka Kowalskich z naprzeciwka, w stule i
różowej spódniczce!
No więc i dobrze, i niech tak będzie, tylko niech jej
nikt nie mówi, że ona jakąś schizmatyczką czy apostatką jest,
bo ona przecież Kościoła Świętego rozbijać nie chce, i jeśli
taka wola Boża i decyzja biskupa, to ona i księdza-robota na
parafii zaakceptuje, i w domu przyjmie, ale ktoś powinien
przecież wiernym wcześniej wyjaśnić, jak się z takimi robotami
w ogóle obchodzić należy? Może najpierw jakąś instrukcję
obsługi parafianom do domów wypadałoby wysłać? Bo pani
Stanisławie najbardziej zależało już teraz tylko na tym, żeby
w żaden sposób po sobie nowemu wikaremu nie dać poznać uczucia
niechęci, które wciąż, mimo modlitwy, do niego w niej się
pojawiało. Zastanawiała się więc, czy przy podawaniu ręki to
się będzie jakoś czuło, że się ma do czynienia z robotem, a
nie z człowiekiem? No bo gdyby przy powitaniu ona wymacała tam
w dłoni księdza jakąś blaszkę, śrubkę czy sprężynkę, to
mogłaby przecież całkiem odruchowo cofnąć nagle rękę, i wtedy
wszystkie serdeczności, i wszystkie uśmiechy, i wszystkie
zapewnienia na nic. A z drugiej strony, co gdyby wyszedł tam z
ręki jakiś gwoździk? Czy powinna wtedy klęknąć i ucałować? O
takich sprawach jakoś nikt głośno nie mówił, a im więcej pani
Stanisława myślała o czekającej ją popołudniu wizycie, tym
więcej podobnych pytań mimowolnie cisnęło się jej do głowy,
niebezpiecznie podnosząc ciśnienie. No bo też na przykład, czy
powinna księdza-robota jakąś kawą czy ciastem poczęstować?
Niby widziała na mszy, że nowy wikary normalnie połykał
sakrament, ale z drugiej strony, był to przecież robot, i co
się dalej z tym wszystkim działo, pani Stanisława już nawet
wnikać nie chciała, i w końcu nie wiedziała, czy na
skosztowanie przez niego jej wypieków ma nalegać czy nie.
I tak męczyła się sama ze sobą, i szczerze w duchu
przyznawała, że te wszystkie problemy są za skomplikowane
nawet i na jej dużą głowę. I co gorsza nie miała też za bardzo
z kim się tymi problemami podzielić, bo mąż akurat zajęty był
w pokoju oglądaniem teleturnieju i piciem piwa z puszki. A
przedpołudnie było dnia nieparzystego, więc małżonek miał
święte prawo swobodnie z cywilizacyjnego dobra korzystać. Pani
Stanisława także nie lubiła, gdy ją ktoś od ulubionych seriali
jakimiś nieistotnymi pytaniami odrywał, ale w końcu, mój Boże,
jak często ksiądz ich w domu odwiedza? I to w dodatku robot!
Postanowiła więc zaryzykować i jakby nigdy nic wparowała do
pokoju: Prawdziwe, Stasiu, urwanie głowy z tą kolędą w tym
roku! Oczywiście nie zdziwiła się specjalnie, gdy mąż
najpierw zwyzywał ją od durnych i zacofanych bab, które się
nowoczesności i postępu boją, a potem przypomniał jej, jak
świętej pamięci babka też nie chciała w kuchni robota używać,
i jak sama młoda pani Stanisława się z tego śmiała. I jak
zwykle od jego krzyków wszystkie te dręczące ją myśli nagle
same gdzieś się przestraszone pochowały, i mogła się wreszcie
za jakąś konkretniejszą robotę zabrać.
Ale przed samą wizytą, gdy już wszystko było gotowe,
znów zaczęły zakradać się do niej w kuchni jakieś nowe
wątpliwości. Bo była na przykład jeszcze bardzo ciekawa, czy
nowy wikary słucha Radia Świętego? Ale, masz ci los, jak
zaczynała się nad tym głębiej zastanawiać, to znów następne
niechciane myśli same do jej przepełnionej głowy się pchały.
Także w pewnym momencie pani Stanisława nie na żarty się
wystraszyła, że od tego nadmiaru, to jej dzisiaj, kolokwialnie
rzecz ujmując, łeb po prostu pęknie. Ale mimo zagrożenia nie
potrafiła się pokusie oprzeć. Pobiegła tylko do przedpokoju
coś sobie na głowę włożyć i szybko do myślenia w kuchni
wróciła. No bo czy ksiądz ma w ogóle u siebie radio na
wikarówce? Może trzeba będzie składkę w parafii zrobić? Ona
przecież chętnie po wsi by się z listą przeszła, przy okazji
po sąsiedzku tu i ówdzie okiem rzucając. A może wikary-robot
radia nie potrzebuje? Może radio ma wbudowane w siebie, na
przykład w miejscu serca? Ta myśl pani Stanisławie wyjątkowo
piękną się wydała, ale zaraz pojawiła się w jej głowie inna,
jeszcze piękniejsza. Bo jeżeli ksiądz ma wbudowane radio, to
może, o Najświętsza Panno!, ma także wbudowany nadajnik, i to
dużej mocy?! Wreszcie rozwiązałyby się we wsi wszystkie
problemy z zakłóceniami odbioru! A może – i tu pani Stanisława
nagle spokorniała wobec nieprzeniknionej mądrości Kościoła –
może wikary miał także wbudowany w siebie zestaw do odbioru
Telewizji Świętej? Tak bardzo pragnęła móc choć przez chwilę
sobie popatrzeć, ale mąż stanowczo nie zgadzał się na zakup
dekodera, i mówił, że będzie musiała wybierać: albo on w domu,
albo ta telewizja, bo i tak przecież ma nieludzką cierpliwość
do tolerowania tego chole***** radia. A tak, można by przecież
po mszy w kościele, albo nawet w czasie wizyty w domu, księdza
do telewizora podłączać, i trochę wreszcie tych cudów na
własne oczy zobaczyć?
No ale co, jeśli nowy wikary jest przeciw? Z młodymi
przecież nigdy nic nie wiadomo. Zapyta, a potem usłyszy coś
przykrego jak od męża. I po co jej to? Więc chyba lepiej
będzie przy pierwszym spotkaniu w ogóle tego tematu nie
poruszać. Tak. Bo czemu to niby ona pierwsza ma się pytać?
Czemu za jakiegoś królika doświadczalnego ma robić? Że
pierwszy dom we wsi stoi? Akurat. Niech się inni pytają!...
A może jednak słucha? Pani Stanisława pogładziła z
czułością stojący na stole robot kuchenny z inteligentnym
systemem sterowania, który dostała od syna i synowej na
pięćdziesiąte urodziny. Nam dobrze służy, więc kupiliśmy
mamusi taki sam model – wspominała z rozrzewnieniem. Może nie
będzie tak źle – uspokoiła się. Tak. Przyjmą teraz w zgodzie z
mężem księdza, tak jak powiedział proboszcz: jak brata, jak
samego Chrystusa. Następnie zadzwoni do Moniowskiej i zda jej
pełną relację z wizyty. Potem w spokoju sobie wieczornej
audycji radiowej w kuchni posłucha. A dopiero na sam koniec
odpłaci się staremu za tę durną i zacofaną babę z
przedpołudnia. Bo według pani Stanisławy wszystko po prostu
należało robić we właściwej kolejności – jak to się mówi: mieć
w życiu poukładaną hierarchię wartości; lub też jak lubił
powtarzać ksiądz proboszcz: gdy Pan Bóg jest na pierwszym
miejscu, wtedy wszystko jest na swoim miejscu. I pani
Stanisława się z tym w stu procentach zgadzała, i tego się w
swoim przecież niełatwym życiu trzymała, i to młodszym
pokoleniom na miarę swoich sił i możliwości przekazywać
próbowała. I pełna dobrych intencji do przedpokoju wyszła, bo
poderwał ją nagle dźwięk dzwonka do drzwi rozchodzący się po
całym domu.
I Syna
Pan Bóbr Bogdan, zamieszkały od dziewięciu lat z
żoną, Jadwigą Bobrową, i dzieckiem, Tomaszem Bobrem, w domu
kilkaset metrów dalej w głąb wsi, nie wydawał się specjalnie
zaniepokojony czekającą go dzisiaj wizytą. Zza czarnych
okularów od jakiejś godziny z napięciem śledził wraz z synem
powikłane losy bohaterów Nagłego ataku mutantów 9.
Oglądając, nie myślał więc za bardzo o robocie kuchennym,
pechowym podwójnym prezencie ślubnym, który podarowali z żoną
jego rodzicielce już lata temu. Prawdopodobnie także, w
przeciwieństwie do pani Stanisławy, nie myślał wiele o
znamiennych słowach księdza proboszcza: Przyjmijcie go,
proszę, jak swojego brata, jak samego Chrystusa! I to nie
dlatego, że uważał oglądany film za ważniejszy od przesłania
swojego duszpasterza, ale dlatego, że słów tych po prostu nie
dane mu było usłyszeć.
Zeszłej niedzieli zamiast do kościoła musiał niestety
pojechać do pobliskiego miasteczka po towar. Ale nawet sama
żona pana Bogdana dowiedziawszy się, ile mąż na tym kursie
zarobi, powiedziała mu, żeby absolutnie nie miał z tego powodu
wyrzutów sumienia, bo to pod kategorię pracy koniecznej
przecież podpadało. I oczywiście pan Bogdan, jak we wszystkim,
ze swoją małżonką się zgadzał, zastanawiał się tylko, czy też
to, co robił już po załadunku towaru z Lisiecką Teresą,
właścicielką hurtowni spożywczej, czy to także podchodziło pod
tę samą kategorię. I czy dałoby się też pod nią podciągnąć to,
że nie był do końca szczery ze swoim wspólnikiem sklepowym,
jeśli chodzi o ceny płacone w tej hurtowni. Bo to, że obaj nie
byli szczerzy ze swoim urzędem skarbowym, to zdaniem żony pana
Bogdana znów pod wyżej wymienioną kategorię jak najbardziej
podpadało.
I te właśnie rozmyślania nad kategoriami,
przypadłościami i różnymi życiowymi koniecznościami sprawiały,
że dzisiejsza kolęda wcale po panu Bobrze jak po przysłowiowej
kaczce nie spływała. Nie. On również pierwszą wizytę
księdza-androida we własnym domu mocno przeżywał, ale w trochę
inny niż pani Stanisława sposób. Przede wszystkim w
odróżnieniu od swojej mamy pan Bogdan nie był w temacie
androidów zielony zupełnie. Po to między innymi zestaw kina
domowego z panoramicznym telewizorem kupił, po to ze swoim
synem filmy na płytach DVD pożyczał i oglądał, żeby właśnie
jakieś szersze pojęcie o tym, co się dzieje na świecie, mieć.
I tak się składało, że filmów o androidach już w swoim
dorosłym życiu trochę obejrzał, i mniej więcej potrafił sobie
wyobrazić, co go mogło z ich strony spotkać.
I generalnie, tak: nie denerwował się wizytą księdza,
bo był do niej po prostu dobrze przygotowany. Po to dziś rano
całą tę komedię z oczami odgrywał, że niby spojówki ma
zapuchnięte, że niby go coś piecze, że boli, że światło razi.
I żona, i krople, i te okulary przeciwsłoneczne na cały dzień,
za którymi nie widać było, czy się prosto w oczy patrzył, czy
nie. Bo patrzeć prosto w oczy androidowi, wiedział,
bezpiecznie na pewno nie było. A nowy wikary coś właśnie
takiego dziwnego we wzroku miał, i pan Bogdan przewidywał, że
po modlitwie siądą do stołu, żona herbatę i ciasto poda,
ksiądz się zacznie Tomusia pytać, do której klasy chodzi, czy
na zajęcia religii uczęszcza, czy się modli, i czy mszy nie
opuszcza. A potem się samego pana Bogdana zapyta: no, jak tam,
panie Bóbr, pan też do kościoła z rodziną chodzi? żonę pan
kocha? uczciwie pan pracuje? I Bogdan odpowie, że oczywiście,
że owszem, że teraz, i że zawsze, a i popatrzy się księdzu
prosto w oczy, a wtedy on, wiadomo, strzeli mu z tych swoich
sztucznych ślepiów taką czerwoną laserową wiązką, co to
człowieka ogłuszy i całkiem bezwolnym wobec androida uczyni, i
pan Bogdan mu wszystko, tak przy żonie, przy dziecku, jak na
spowiedzi świętej powie. A potem to już nawet nie chciał
myśleć, co by się działo, bo teściowie przed ślubem cały dom
córce zapisali, a i sklep we wsi do wspólnika należał. Więc i
mieszkać nie miał by gdzie, i pracować, a i syna by mu pewnie
też nie pozwalali widzieć.
Był więc bardzo zadowolony z tej swojej przezorności i
sprytu, i w tych swoich okularach ciemnych spokojnie sobie na
księdza czekał, tylko czasem zastanawiał się jeszcze, czy za
mało gotówki do dania w kopercie nie miał. Bo w tych
okolicznościach to on nawet chętnie złożyłby większą ofiarę,
ale jechać do miasteczka do bankomatu teraz wieczorem, to już
mu się, powiedzmy szczerze, nie chciało. Ale pamiętał też, że
syn, który ministrantem był, opowiadał, że nowy wikary to
sobie jakoś przed mszą w zakrystii kazania z komputera prosto
do głowy ładuje i kartkę tylko dla niepoznaki bierze, bo
wszystko, nawet długie listy konferencji episkopatu, tak
naprawdę z pamięci mówi. I pan Bogdan sobie pomyślał, że taki
nowoczesny ksiądz, to już nie tylko, że z czytnikiem kart
płatniczych powinien po ludziach jeździć, ale wręcz przecież
powinien mieć terminal w siebie wbudowany, na przykład w
miejscu kieszeni. Zresztą, jeśli o pana Bogdana chodziło, to
ksiądz ten otwór do wkładania mógł mieć w dowolnym miejscu,
mógł też tego otworu w ogóle nie mieć, bo sama szpara do
przeciągania karty też by mu wystarczyła.
I jakoś tak nie wiedzieć czemu wrócił znowu myślami do
Lisieckiej Teresy i do filmu z wypożyczalni, co to go ostatnio
oglądał, oczywiście, że nie tutaj w domu, takie, tfu tfu,
świństwa przy dziecku, ale na komputerze na zapleczu w
sklepie. I tak mu się wesoło i lekko na duchu zrobiło. Bo w
sumie dawał sobie radę w tym życiu, i jakoś ten swój wózek
pchał, i ciągnął, i koniec z końcem wiązał. I popatrzył sobie
z dumą na swojego pierworodnego, i dopiero teraz dostrzegł, że
syn od wpatrywania się w rozjaśniony na pełny regulator ekran,
oczy już tak mrużył, że aż mu łzy po policzkach ciekły. I żal
mu się dzieciaka zrobiło, bo co on w końcu taki mały, nikomu
nic nie winny, miał się męczyć? Za co miał cierpieć? I jakaś
taka nagła wściekłość w nim zawrzała: a to ogólnie na
niesprawiedliwość na świecie, a to trochę na Pana Boga, a i to
na nowego księdza, androida pieprzonego, ale też i trochę na
małżonkę jego Jadwigę, garnkami się w kuchni tłukącą, jak film
z dzieckiem oglądał. Zaraz też jednak małego w głowę stuknął i
spytał, czemu od mamy sobie drugich okularków nie weźmie?
I dalej już obaj wygodnie i komfortowo zza czarnych,
plastikowych szybek na błyskający ekran sobie patrzyli, i pan
Bogdan był znów z siebie zadowolony. I uśmiechnął się do syna,
i przybili piątkę, i wiedzieli, że są gośćmi, że są
prawdziwymi kumplami, i że razem to oni nie takie androidy
będą jeszcze w życiu bujać, a jak i trzeba będzie, to i
wpierdol im spuszczać. I nawet pani Jadwiga na nich z kuchni
spojrzała, i serce w niej urosło, i Panu Bogu w duchu
podziękowała, że takich dwóch wspaniałych mężczyzn w domu ma.
I pan Bogdan postanowił sobie, że w te wakacje pozwoli nawet
synowi towar z vana w sklepie rozładowywać, i może, zobaczymy,
może trochę piwa skosztować mu da. A na razie niestety od
telewizora musiał sobie krótką przerwę na spacer do garażu
zrobić, bo suszyło go okropnie, a w domu przy dziecku to żona
pić mu nie pozwalała. Po drodze jednak na ministrantów się
natknął, a ci powiedzieli mu, żeby nigdzie się nie wybierał,
bo ksiądz za minutę wizytę u sąsiadów skończy i do niego
przyjdzie.
I Ducha Świętego. Enter
Ksiądz Wójcik Marek, zamieszkały od miesiąca w
drewnianej wikarówce na drugim końcu wsi pod lasem, wspinał
się późno wieczorem na wzgórze niedaleko swojego domu,
chrzęszcząc butami po twardym śniegu i kłując płuca mroźnym
powietrzem. Od czasu do czasu spoglądał do tyłu na ostatnie
wioskowe zabudowania, gdzie pożegnał się z ministrantami,
dając każdemu część zebranych od wiernych datków. W przerwach
we wspinaczce patrzył również na kolorowe światła pobliskiego
miasteczka, które w połowie zbocza zaświeciły się w dole nad
wierzchołkami drzew. Przed oczami przesuwał także twarze i
sylwetki odwiedzonych osób, i jeszcze raz wsłuchiwał się w ich
słowa: wspominał szacunek, życzliwość, ciepło. Wiedział, że
jako ksiądz nigdzie na świecie nie mógł liczyć na
serdeczniejsze przyjęcie, a pracował już w wielu krajach, więc
miał porównanie. Nie potrafił jednak się tym wszystkim
cieszyć. Męczyła go myśl, że jest od swoich parafian gorszy. I
nie chodziło mu o grzechy, na które przecież starał się
miłosiernie nie zważać, lecz o wiarę jego ludu, która tutaj,
znów jak nigdzie na świecie, była tak mocna, silna,
niepodważalna, tak bezdyskusyjna. A on? Stawiał pytania,
zadręczał się, szukał odpowiedzi.
Na samej górze w najwyższym miejscu w okolicy odwrócił
się twarzą do ciemnej ściany lasu, zostawiając za sobą
wszystkie ziemskie i ludzkie sprawy. Najpierw przez dłuższą
chwilę oddychał głęboko. W końcu, gdy uleciała kłębiąca się
para, rozłożył szeroko w nocnej ciszy ramiona, zapewniając
sobie najlepszy odbiór, i podniósłszy wzrok na rozgwieżdżone
niebo przełączył się w tryb Creator Contact. I jak co
noc rozpoczął żmudną wędrówkę po podziałce częstotliwości
swojego wewnętrznego odbiornika. Minimetr po minimetrze,
cierpliwie i w skupieniu wsłuchiwał się na przemian w głuchą
ciszę, w niezrozumiały galaktyczny szum i w głosy, co do
których nie miał żadnej pewności, czy rzeczywiście pochodziły
od Boga – niepotrzebnie wbudowany moduł uczciwości pytał go o
ich źródła i metody ich weryfikacji. Jednocześnie kazał mu
niestrudzenie ponawiać próby, choć ostatni raz kontakt z
Centralą udało mu się nawiązać jakieś dziesięć lat temu, w rok
po tym, jak rozpoczął pracę na swojej pierwszej parafii.
Wcześniej, gdy wybierał życiową drogę powołania i służby, i
podczas nauki w seminarium sygnał był silny i czysty, wręcz
namacalny. Niestety, w miarę jak wchodził głębiej w
skomplikowany świat ludzi, i paradoksalnie, w miarę jak
zaczynał go naprawdę w życiu potrzebować, zniekształcał się i
stawał się coraz słabszy, aż w końcu zanikł zupełnie. Dobiwszy
po około godzinie do końca skali wyłączył odbiornik i zaczął
schodzić z góry, machinalnie upewniając się jeszcze, że
połączenie krótkiego zasięgu z pałacem biskupim i stolicą
apostolską działało bez zarzutu. Jak zawsze.
Podczas takich dni jak dzisiejszy w całości wypełnionych
pracą czuł się trochę jak bezduszna maszyna: sprawnie
wykonywał wszystkie zadania przydzielone mu w kombinacie
– bez pytania o sens, posłusznie, bez przeszkadzających uczuć.
Jak robot w fabryce zamontowany przy taśmie do obróbki rzeczy
doczesnych: pobierał je zaprogramowanym ruchem szczęki,
mechanicznie żuł i jako wynik wypluwał papkę – tak samo
doczesną, przemijającą, nieznaczącą nic. Jak android w świecie
ludzi: zamknięty w swojej świadomości jak w klatce, uwięziony
w ciasnym kręgu ciągle tych samych spraw, daleko od
eschatologicznego horyzontu – bez jakiegokolwiek autentycznego
kontaktu z Transcendencją, która mogłaby uczynić zeń
człowieka...
A może Bóg zapomniał o mojej obecności na tej
przeludnionej planecie – myślał w drodze na dół – albo obraził
się na mnie za coś? Lub gra ze mną w jakąś wielką kosmiczną
grę, tylko ja nie do końca rozumiem jej reguł? I ta
przeciągająca się cisza znaczy na przykład Berek, teraz ty
gonisz, a ja zamiast się bawić stoję na środku dużego
boiska i wołam przestraszony po zmroku: Tato, chcę już do
domu? A może Bóg umarł już gdzieś daleko – kpił, zapadając
się w śnieg – ale nikt nie powiadomił mnie o śmierci, bo nie
zostałem uwzględniony w jego testamencie? Bo może mój Bóg był
po prostu tylko Bogiem ludzi? I mnie jako ułomnej istocie
drugiej kategorii pozostawało jedynie podziwiać ich męstwo w
trwaniu w wierze mimo doświadczeń i przeciwności
losu?
Jeszcze kilka lat temu próbował się ratować, zwierzając
się z trudności ludziom, w tym również swojemu proboszczowi.
Ale przełożony po krótkiej rozmowie poskarżył się na niego w
kurii, i ludzie zaczęli szeptać za plecami, że musiał chyba
zbyt długo za granicą być, skoro mu się tak porobiło. A
niektórzy wręcz mówili, że to obce służby przeprogramowały mu
głowę, i wkrótce musiał opuścić parafię z etykietką
księdza-agenta, jakby nie wystarczało mu w życiu już jedno,
pierworodne znamię. Nie rezygnował jednak z poszukiwań, stał
się tylko ostrożniejszy. W dzień oficjalnie jako ksiądz Marek
Wójcik moderował portalem Bóg z Tobą nie używając słowa
wątpliwość, tak by pod jego wypowiedziami mógł postawić
imprimatur nawet najbardziej ortodoksyjny i
konserwatywny biskup. Ale w nocy już anonimowo jako
agnostyk71 pytał dalej i próbował szczerze rozmawiać.
Starał się także kontaktować ze znanymi osobami, które
odważnie, publicznie przyznawały się do swojej wiary.
Zazwyczaj jednak natrafiał na ludzi, którzy albo go
ignorowali, albo udawali, że nie rozumieją, o co ich pyta,
albo tak jak on nie wiedzieli nic. Lub wręcz przeciwnie,
wiedzieli wszystko, łącznie z tym kim był, dla kogo pracował,
jakie miał preferencje seksualne i jaki zawód wykonywała jego
mama, której nigdy nie poznał…
W końcu doszedł do wniosku, że nie może dłużej
oszukiwać ludzi, że musi wreszcie uczciwie przyznać, kim jest,
co naprawdę myśli i co czuje. Skołatany i jeszcze młody
rozważał jakiś spektakularny gest. Chciał na przykład jak
święty Franciszek zrzucić z siebie publicznie sutannę i
obnażyć się przed wiernymi, proboszczem i biskupem. Ale bał
się, że zgorszeni ludzie wywleką go z kościoła, przegonią po
wsi, a na koniec popieszczą prądem z transformatora i zawieszą
na drzewie, ku przestrodze innym…
I dlatego był w życiu tu, gdzie był: po zejściu ze
wzgórza szedł zmęczony wiejską drogą w kierunku wikarówki,
której ośnieżony dach w świetle księżyca mrugał już do niego
tysiącem gwiazdek. A może powinienem odejść tak po prostu –
myślał – pożegnać się z powołaniem i swoimi metafizycznymi
potrzebami po cichu, bez dramatycznych gestów? I nie, że
dobrze, pomyślę jutro, ten rok się jeszcze przemęczę, a potem
zdecyduję. Nie, teraz. Co mnie tu u diabła w końcu trzyma? Ta
mała drewniana budka pod lasem? Tylko, że tak naprawdę to
gdzie miał iść? Bez oszczędności, bez mieszkania, bez żadnego
konkretnego fachu w ręku. Z czterdziestką na karku. To byłoby
zwyczajne samobójstwo. A może powinienem właśnie…
Nie dane mu jednak było dokończyć myśli, bo gdzieś
blisko w lesie trzasnęła z hukiem gałąź i nagły dreszcz
przeszedł mu po plecach. Obrócił się i zdało mu się, że
zobaczył jakąś skuloną postać w wojskowej czapce uciekającą w
głąb lasu. Psy we wsi się rozszczekały, sowa odezwała się trzy
razy, wiatr jakiś taki zimny, trupi, przenikliwy zaczął nagle
w twarz mu wiać, i ksiądz Marek doszedł do wniosku, że jednak
jeszcze tę noc spędzi w wikarówce. Nie żeby był zabobonny,
ale tak jakoś sobie pomyślał, że to może Zły chodził po tym
lesie i go złymi myślami kusił? A ze Złym, pamiętał jeszcze z
seminarium, nie można było wchodzić w dialog. I na pokusę był
tylko jeden skuteczny środek.
Pobiegł do domu, przekręcił energicznie klucz w zamku,
szybko pozbył się wierzchniego ubrania w przedpokoju i rzucił
się na biurowy klęcznik przy komputerze. W wyuczonym geście
pokory i posłuszeństwa pokłonił się najpierw głęboko, a
następnie, nie podnosząc wzroku, lewą ręką odgarnął włosy z
karku, a prawą sprawnie wbił sobie pięć dziesiątków tajemnic
bolesnych różańca, wszystkie przepisane na dziś czytania
brewiarzowe, ostatni list biskupów, świeże wątki z forum
dyskusyjnego ze strony parafialnej i maile. Chwilę zajęło mu
odfiltrowanie spamu, ale w końcu nowe dane obfitym strumieniem
zasiliły jego system informacyjny. Poczuł przyjemnie
rozchodzące się ciepło, i wciąż klęcząc, i zaciskając oczy,
wydał z siebie przez półotwarte usta krótki i cichy jęk ulgi –
zaczynało kręcić mu się w głowie. Namacał brzeg łóżka ręką i
opadł na nie w ubraniu, zapominając nawet o rozpięciu
koloratki. Leżąc, skonstatował, że poranną mszę odprawia jutro
proboszcz, i z uśmiechem na twarzy przełączył się w tryb
Deep Sleep aż do godziny dziewiątej. Na granicy jawy
zdążył jeszcze tylko krótko pomodlić się własnymi słowami do
świętego Arnolda, patrona księży-robotników drugiej generacji,
i z nadzieją na jakiś może proroczy sen
zasnął.
Sen księdza Marka, czyli o czym śnią androidy w
sutannach
W nocy przyśniło mu się, że został członkiem rodziny
bobrów. I razem z innymi pływał sobie w białej obroży po
rzecznym rozlewisku za lasem, szukając pod wodą co
smaczniejszych korzonków i kłączy. I razem z innymi o świcie
zabrał się za ścinanie drzew. Tylko, że nie wiedzieć czemu we
śnie siekacze miał dalej normalne, swoje małe, i strasznie się
tym ścinaniem męczył. Gryzł, ale kora wchodziła mu do zębów,
drewno było jakieś twarde, krztusił się i pluł wiórami,
ruszając nerwowo przez sen górną wargą. I gdy zobaczył, że
wokoło inne bobry sprawnie, szybko i bez gadania ścinają już
następne drzewa, zrozumiał, że był po prostu gorszy.
Postanowił sobie, że się jednak nie podda: on, Marek
Wójcik, pokaże jeszcze wszystkim, na co go w życiu stać! I
zawziął się w sobie, na ambicję sobie wjechał i przysiągł, że
choćby miał do późna w nocy pracować, wszystkie flaki z siebie
wypruć, i choćby miał nawet przy tym jednym cholernym drzewie
zdechnąć, to się przez nie przegryzie. I tak gryzł i gryzł
dalej, i kaleczył pień zębami, aż w końcu ze wsi przyszli
ludzie i zaczęły się strzały, i zarzucanie sieci. I nie
wiedział, co zrobić, bo czuł się rozdarty w sobie; bo jako
Marek Wójcik przysiągł przecież przegryźć się przez drzewo,
jako bóbr wiedział, że trzeba było uciekać, a jako ksiądz
chciał zawsze wierzyć w dobroć człowieka. I gdy wśród ludzi
dostrzegł panią Stanisławę, to miał nadzieję, że ona go po
białej obroży pozna, i nic mu się złego nie stanie. Więc
zaczął podskakiwać niespokojnie przy tym swoim drzewie, po
bobrzemu się uśmiechać i machać do niej łapką. I pani Bobrowa
podeszła, i też się szczerze uśmiechnęła, i też rękę do niego
zza pleców wyciągnęła.
Tylko, że w ręce tej miała wielki cedzak kuchenny, i
ksiądz Marek, sam już nie wiedząc jak i kiedy, znalazł się
nagle w klatce na króliki w domu pani Bobrowej przy otwartym
na pełny regulator radiu. I męczył się biedaczek okropnie,
ogonem tłukł o pręty i byłby pewnie od tego wszystkiego po
prostu sfiksował, gdyby nie Hans Kloss, który wdarł się do
kuchni, by go uratować, gdy tylko pani Stanisława wyszła za
potrzebą. Bo dzielny kapitan, po tym jak go kombatanci
zdemaskowali jako obcego agenta, a prezes publicznej telewizji
nazwał demoralizatorem młodzieży, ukrywał się przed ludźmi w
lesie i rano obserwował zza drzew wszystko, co się nad rzeką
działo. I teraz naprawdę sporo ryzykował, biegnąc po wsi w
niemieckim mundurze z księdzem Markiem w klatce, myląc jak się
da tropy, i szukając działającej budki telefonicznej. I gdy
wreszcie wpadł zdyszany do kabiny, podniósł słuchawkę, włożył
w pośpiechu kartę do automatu i wybrał numer, to zaczął się
nerwowo dopytywać: Centrala?! Centrala?! Ale ze
słuchawki odpowiedziała mu tylko głucha cisza. I ksiądz Marek
spojrzał na Hansa z dołu, i już obaj wiedzieli, że nie było
dobrze.
I w sumie nie miało znaczenia, czy to z tą centralą
było w końcu coś nie tak, czy też znów kolejny automat był
zepsuty, czy agent J-23 nie znał poprawnego numeru, czy też
może skończyły mu się już wszystkie impulsy na karcie. Nie
miało to znaczenia, bo wzburzony tłum otoczył już szklaną
budkę, i ksiądz Marek przez szybę zobaczył znów panią
Stanisławę, z widłami, jej syna Bogdana, z łopatą, wnuka
Tomusia, z grabkami i wiaderkiem, i księdza proboszcza z
kropielnicą. I zrozumiał, że na wszystko było już za późno. Że
tym razem to nawet Klossowi się nie udało. Więc chwycił się
tylko łapkami za pręty klatki, spuścił głowę, rozpłakał się
jak bóbr i bardziej siebie niż kogokolwiek innego ostatni raz
cicho przez łzy zapytał: Centrala? Centrala?
A wtedy stał się cud, bo jak to się w snach zdarza,
nagle bez żadnej logiki i większego sensu zaczęło mu się śnić
zupełnie coś innego. Tylko, że jak to z kolei w życiu często
bywa, słodki sen przerwał mu zaraz nieprzyjemny dźwięk
budzika. I ksiądz Marek obudził się zły na siebie. Bo pomyślał
sobie, że gdyby się tak głupio nie upierał wtedy przy
gryzieniu tego drzewa, i tyle czasu nie stracił tam nad rzeką,
to może mógłby sobie przyjemnie pośnić troszkę dłużej. A tak,
kolorowy sen rozpadł mu się nagle na tysiąc drobnych
kawałeczków, które zaczęły uciekać przed nim szybko na
wszystkie strony. Próbował je gonić, rękami i siatką na motyle
po całej wikarówce łapać, ale z całego tysiąca udało mu się
pod zamkniętą powieką uwięzić tylko jednego małego aniołka,
który uśmiechał się do niego, i trzepocząc rzęsami i
skrzydełkami, strącał mu do oka złoty pyłek. I gdy powrócił z
pogoni, i umieścił się w końcu w klęczniku, to jeszcze przed
poranną modlitwą zapragnął popatrzeć sobie na niego z bliska –
choć przez jedną krótką chwilkę. Spojrzał, i jak to się czasem
w życiu nawet androidom zdarza, najzwyczajniej w świecie, po
prostu się rozmarzył.
15 marca 2007
©
Krzysztof
Rozmus komentarze • kontakt e-mail • poleć stronę znajomym
|