To były nasze pierwsze wakacje bez taty. Przez cały rok
bardzo cieszyliśmy się, że pojedziemy nad morze, do nowego
ośrodka wczasowego z fabryki. Ale pojechaliśmy w góry, bo
babcia tam się najlepiej czuła i miała znajomą panią gaździnę.
W górach też było fajnie. Przede wszystkim chodziliśmy z
Wojtusiem, moim młodszym bratem, po lesie i nad strumień, i
bawiliśmy się też z chłopakami od pana gospodarza. Oni nas z
Wojtusiem w pierwszy dzień pobili, ale potem już było fajnie,
i pokazali nam wiele różnych ciekawych rzeczy w garażu i w
magazynie ich taty. Najbardziej nie lubiłem tylko, jak się
śmiali czasem z Wojtusia, bo Wojtusiowi czasem rączka się tak
trzęsła, i on wtedy też nie mógł mówić ani chodzić.
Na wakacjach obchodziliśmy także urodziny naszej mamy.
Mama dostała od babci w prezencie nową, skórzaną torebkę, taką
samą jak miała babcia. I babcia powiedziała jej, że teraz
będzie mogła się wreszcie z czymś ludziom pokazać, i żeby w
końcu zakręciła się wokół jakiegoś chłopa. Ale mamie nie za
bardzo ta torebka się podobała i nawet się z babcią o coś
pokłóciła. Atmosfera zrobiła się niemiła, więc pojechaliśmy z
mamą bez babci do miasta, do koktajl baru. Mama kupiła nam
wtedy podwójną porcję lodów, a nawet kupiła nam pepsi. A
babcia nie pozwalała nam pić pepsi, żebyśmy nie mieli chorych
gardeł. Wojtuś pił pepsi pierwszy raz w życiu i był bardzo
zadowolony. I to było dla mnie lepsze od samej pepsi, bo ja
już kiedyś piłem pepsi, bo mi tata kupił.
A pewnej nocy Wojtuś zaczął głośno krzyczeć, tak, że
mnie obudził, i musiałem pobiec po ciemku po mamę i babcię do
drugiego pokoju. I Wojtuś powiedział, że go boli brzuch i że
się bardzo boi. Na szczęście babcia wiedziała, co robić, i
szybko poszła do pani gaździny, i poszły po panią doktor do
wsi. Pani doktor była starszą kobietą i miała brodę, i taką
dużą, skórzaną torbę, którą postawiła obok torebki babci na
stole. Miała też śmieszne nazwisko, coś związanego z kupą, ale
pani gaździna powiedziała, że ona jest sto razy lepsza od tych
młodych, miastowych, co się na niczym nie znają. I pani doktor
zapytała Wojtusia, czy jadł coś, czego inni nie jedli, na
przykład coś z ziemi. Wojtuś powiedział, że nie jadł. A babcia
powiedziała, że na pewno coś musiał zjeść, tylko boi się
przyznać. A ja wiedziałem, że Wojtuś nic nie zjadł, bo Wojtuś
nigdy nic nie robił sam, i o wszystkim mi mówił. Potem babcia
znalazła plastikowy worek, w którym mieliśmy ukryte
niedojrzałe jagody, bo chłopaki mieli nam załatwić metalowe
rurki do plucia. I powiedziała do mojej mamy:
– Widzisz
Bożenko, tyle razy ci powtarzałam, że nie można słuchać tego,
co mówią dzieci.
I bardzo się ucieszyły z panią doktor, że już wiedzą,
dlaczego Wojtuś się źle czuje. A Wojtuś już chyba nie miał
siły powtarzać, że on tych jagód nie jadł, i był cały blady,
więc ja zacząłem krzyczeć. Wtedy moja mama powiedziała, że
może jednak trzeba jechać na pogotowie do miasta, ale pani
doktor powiedziała, że ona też jest lekarzem i wie, co trzeba
robić, i tylko wypisała recepty. A ja się nie mogłem uspokoić
i powiedziałem, że jakby był tata, to na pewno byśmy pojechali
samochodem na pogotowie do miasta. Ale babcia mnie skrzyczała,
żebym nie mówił, co nasz tata by zrobił albo nie zrobił, bo
jestem jeszcze na takie rzeczy za smarkaty. I bałem się, że
mnie zbije w buzię, tak jak kiedyś Wojtusia, jak nie chciał
jeść przy stole, gdy nie było mamy, i też mu powiedziała, że
powinien dziękować, że tak dostał, bo dzięki temu, może będzie
inny niż jego ojciec.
A jak rano się obudziłem, to torba pani doktor znowu
stała na stole obok torebki babci, tylko Wojtusia już nigdzie
nie było, i nikt mi nie chciał powiedzieć, gdzie on jest. Więc
ze złości rozgniotłem te nasze twarde jagody do tych toreb,
brałem je do buzi, gryzłem i plułem, a nawet połykałem, i
robiłem tak palcem do gardła jak po niedobrym obiedzie w
przedszkolu. A potem uciekłem do lasu i pamiętam tylko, że
mama mnie znalazła i powiedziała, że Wojtuś od nas odszedł, że
coś tam w jego słabym ciałku pękło, i żebym był grzeczny, bo
jej też jest ciężko i nie ma się na kim oprzeć.
I resztę wakacji spędziłem już w domu, na osiedlu.
Tylko nie wolno mi było wtedy samemu nigdzie chodzić ani
zostawać. Także wszędzie musiałem chodzić z babcią: na zakupy,
do parku. Babcia najbardziej lubiła chodzić do kiosku Ruchu,
bo lubiła sobie porozmawiać z panią kioskarką. Ale tam nie
było za bardzo co robić, a bez Wojtusia to nawet nie chciało
mi się zbierać petów czy kapsli. Więc stałem tam tylko i
próbowałem podsłuchać, o czym babcia rozmawia z panią
kioskarką. Aż przyszedł nagle jakiś pan, który miał kopertę w
ręku, i stanął obok babci. I dłuższą chwilę czekał, aż w końcu
pani kioskarka powiedziała do mojej babci:
–
Przepraszam cię, Irenko, na chwilę, ale chyba ten pijaczek
czegoś chce.
A ten pan wcale nie chciał kupić wódki, tylko
znaczek na list. I pani kioskarka się zdenerwowała i
powiedziała, że już od miesiąca nie sprzedaje znaczków, bo ona
nie jest jakąś panią z okienka pocztowego, i że tu się tylko
gazety sprzedaje. Co nie było do końca prawdą, bo pani
kioskarka sprzedawała też czasem mojej babci rajstopy. A wtedy
ten pan krzyknął:
– To po
cholerę skrzynka pocztowa przy kiosku stoi?!
– A chuj
tobie stoi, zapita mordo?! Mam wezwać milicję?!
Pani
kioskarka odkrzyknęła mu przez ten otwór, co się podaje
pieniądze. I potem powiedziała do mojej babci, że na kilometr
alkoholem zalatuje, a jest jeszcze przed trzynastą, i żeby
babcia uważała na swoją torebkę. A babcia powiedziała, że
przed wojną, jak jeszcze żył jej mąż, to by było nie do
pomyślenia, żeby mężczyzna w ten sposób zwracał się do kobiety
publicznie. I że dziecko słucha, i się wszystkiego uczy. I
pani kioskarka się zainteresowała jakie dziecko, więc babcia
mi kazała podejść i powiedziała:
– Mojego
Piotrusia pani nie zna? Prawdziwy zuch, do pierwszy klasy za
kilka dni idzie!
A ja cały czas myślałem o tym panu, co sobie poszedł, i
o tym, że gdybym miał taką kopertę, i miał znaczek, i umiał
już pisać, to mógłbym opisać, co się stało w te wakacje, i że
Wojtuś wcale nie jadł tych jagód, i że to nie przeze mnie się
stało. Bo babcia powiedziała, że jak się nie będę jej słuchał,
to ona pójdzie do szkoły i powie, co robiłem na wakacjach, i
że zabrudziłem jagodami torbę pani doktor. Więc po drodze do
domu zapytałem babcię, czy taka koperta i znaczek to dużo
kosztują. A babcia mi powiedziała, że bardzo dużo, ale że jak
będę grzeczny, to mi kiedyś da.
I rzeczywiście jak odprowadzała mnie na pierwszą lekcję
do szkoły, to dała mi niebieską kopertę, z naklejonym już
znaczkiem i stemplem, i powiedziała, że tylko trzeba będzie
skreślić adresata i wpisać innego. I że jak będę się dobrze
sprawował w szkole i słuchał pani nauczycielki, to wyślemy coś
razem do dziadziusia w niebie. A ja wcale nie chciałem wysyłać
do dziadziusia, którego nie znałem, tylko do taty. I tylko się
zastanawiałem, ile czasu potrzeba, żeby się nauczyć pisać, i
czy ten znaczek jest wystarczająco duży, żeby list mógł obejść
cały świat i odszukać mojego tatę.
A w klasie najpierw pani dyrektor pokazywała nam godło
na ścianie i panią wychowawczynię. A jak już sobie poszła, to
pani wychowawczyni podchodziła do każdego dziecka i pytała się
na głos o imię i nazwisko, i gdzie, i z kim się mieszka. I
niektórzy nie wiedzieli jak mają na nazwisko, i to było
śmieszne. A ja nie wiedziałem, gdzie jest mój tata, ale przede
mną jakiś chłopak powiedział, że jego tata jest w Ameryce,
więc jak pani podeszła do mnie, to powiedziałem, że mój tata
jest z młodszym bratem Wojtusiem też w Ameryce.
A potem pani wychowawczyni powiedziała niestety,
żebyśmy schowali zeszyty i elementarze, bo na pierwszej lekcji
nie będziemy się jeszcze z nich uczyć tylko wspólnie bawić. I
że nauczymy się nowej piosenki. I okazało się, że dzieci,
które chodziły do przedszkola za parkiem, już znały tę
piosenkę, więc to nie było do końca sprawiedliwe. I wyszliśmy
z ławek, i mieliśmy pokazywać rękami słowa piosenki, tak samo
jak w przedszkolu robiliśmy, na przykład: mieszkamy w lesie zielonym
– takie daszki z rąk, oczka mamy czarne – na
oczy, buźki granatowe –
na buzię, i pani też śpiewała z nami, ale nie pokazywała,
tylko cały czas siedziała za biurkiem, a my śpiewaliśmy, a sukienki są zielone i
seledynowe, i tu dziewczynki miały łatwiej. A jak był
refren to mieliśmy maszerować dookoła wszyscy, i podnosić
wysoko kolana i łokcie, i pamiętam, jak pani wychowawczyni do
mnie wołała: Piotruś,
głośniej, głośniej, a kiedy dzień nadchodzi,
dzień nadchodzi, dobrze, idziemy
na jagody, na jagody, Piotruś, kolanka wyżej, wyżej, dobrze, a
nasze czarne serca, czarne serca, wszyscy razem, biją nam
radośnie bum, tarara bum, i jeszcze raz, wszyscy razem, uwaga,
teraz, głośno,
A kiedy dzień nadchodzi,
dzień nadchodzi,
Idziemy na jagody, na
jagody,
A nasze czarne serca, czarne serca,
Biją nam
radośnie bum, tarara
bum!