niedziela, 21 wrzesień 2008
sobota, 20 wrzesień 2008
Podsumowanie cz. 2 (Kraków, Polska)
Jak mi się podobało (lub nie) w poszczególnych krajach, co szczególnie zapamiętałem?
Wielka Brytania
Czyli tylko Londyn, gdzie byłem już wielokrotnie. Włączyłem do trasy dlatego, że bilet RTW rozpoczynający się w Londynie był tańszy od rozpoczynającego się w Polsce o 2500 PLN. Miałem także możliwość odwiedzenia znajomych (Emanuele i Inka, pozdrawiam). Ale tak w ogóle to ja bardzo lubię to miasto, lubię ten wyrazisty i specyficzny klimat, masę miejsc, które można zwiedzać za darmo, i lubię seksowny sposób ubierania się Angielek. Tym razem polubiłem tam także drogą restaurację "Mango tree", gdzie jadłem też w drodze powrotnej (po przylocie z Nowego Jorku).
Więcej »
Turcja
Czyli tylko Istambuł. Sporo Turcji widziałem już osiem lat temu, ale w Istambule do tej pory nie byłem. Tutaj także wygodnie mi było spotkać się z Alicją (mieliśmy stąd wspólny lot do Kirgistanu). Ogólnie lekkie rozczarowanie, bo po pierwsze mieszkańcy traktują turystów jako dojne krowy (a Turków miałem w pamięci jako ludzi bardzo przyjaznych, no ale to było poza miejscowościami turystycznymi). Po drugie spodziewałem się miasta monumentalnego, a zobaczyłem lekko rozsypujące się (z tą linią tramwajową skojarzyło mi się z Sarajewem).
Więcej »
Kirgistan
Tutaj zaczęła się prawdziwa przygoda i egzotyka. Klimaty rosyjskie, jurty, ludzie na koniach i pustynne góry. Niespecjalnie dobra czy specyficzna kuchnia.
Więcej »
Chiny
Kraj, który mnie nie porwał, ale który na pewno trzeba zobaczyć. W szczególności interesujący był dla mnie Kaszgar (unikalny miks Bliskiego i Dalekiego Wschodu), Karakorum Highway (jaki i jurty), Shangri-la (miasteczko tybetańskie), Szanghaj (całkiem inne oblicze tego kraju), Wielki Mur. Chiny południowo-zachodnie były dosyć podobne do swoich południowych sąsiadów (już mi znanych). Otwarci, przyjaźni ludzie, szkoda tylko, że rzadko można było porozumieć się po angielsku. Ciężko było też delektować się na miejscu słynną chińską kuchnią, bo często nie było wiadomo, co zamówić, a do niektórych dań dodawane są niesmaczne przyprawy (których normalnie nie używa się w chińskich restauracjach za granicą).
Więcej »
Japonia
Mój absolutny numer jeden tej wycieczki. Zupełnie nie spodziewałem się, że Japonia tak mnie wciągnie, tak urzeknie. Unikalny miks tradycji i nowoczesności. Dokładnie wszystkie miejsca, które odwiedziłem, były ciekawe (zapraszam do postów - o Japonii troszeczkę się rozpisywałem :-). Do dziś słyszę entuzjastycznie wykrzykiwane arigato-gozaimasu (dziękuje) i do-itaszi-maszte (witamy). Mam ochotę poznać ten kraj jeszcze bliżej.
Więcej »
Australia
Nie przypadło mi do gustu olewackie podejście do życia Australijczyków. Będę pamiętał Ayers Rock, Aborygenów i ulicznych gitarzystów w kapeluszach. Żałuję, że nie mogłem skorzystać z australijskich plaż (była zima).
Więcej »
Francuska Polinezja
Rajskie laguny, jedna z najlepszych na trasie kuchni i polinezyjskie tańce. Polecam.
Więcej »
Wyspa Wielkanocna i Chile
Z wyspy zapamiętam oczywiście maoi, ale także ciekawy krajobraz, puste półki w sklepach i Angielkę Emmę. Z Chile, a ściślej z Santiago de Chile - panoramę Andów i pierwszą prawdziwą zimę na trasie (ta zima była taka dziwna: w cieniu było bardzo zimno, a w słońcu bardzo gorąco).
Więcej »
Argentyna
Czuję się lekko oszukany przez Korę Jackowską: boskość Buenos Aires to mit. Jedyną ciekawą rzeczą tam, była kultura tango - taniec niezwykle widowiskowy, ale bardzo trudny do nauczenia się. Bardzo widowiskowy był również wodospad Iguassu na granicy argentyńsko-brazylijskiej. Nie podobało mi się, że w Argentynie ceny za usługi (np. bilety lotnicze czy autokarowe) dla obcokrajowców były oficjalnie dwukrotnie wyższe niż normalnie. Postuluję wprowadzenie podobnych zasad dla Argentyńczyków odwiedzających Unię Europejską.
Aha, ceny za lekcje tanga były bardzo niewygórowane (w odróżnieniu od specjalnych pokazów w lokalach).
Więcej »
Brazylia
Będzie mi się kojarzyć z uśmiechniętymi na luzie ludźmi (spory kontrast z Chile i Argentyną), którzy potrafią się bawić na całego mimo biedy, z przepięknie położonym Rio de Janeiro, z plażami i tropikalnymi owocami. To jest kraj, do którego mógłbym kiedyś wrócić latem (przy okazji zahaczając o karnawał :-).
Więcej »
Peru
Choroba wysokościowa, Machu Picchu, Indianie i Indianki :-) Za wjazd do Machu i lot nad Nazca trzeba dość słono zapłacić. To ostatnie warto zrobić raz, by przekonać się, że to nic specjalnego.
Więcej »
Meksyk
A ściślej tylko Nowy Meksyk. Miasto zupełnie do mnie nie przemówiło. Zraziłem się już na samym początku na lotnisku, gdy mimo wielokrotnych nalegań nie chciano mi sprzedać biletu na taksówkę w normalnej cenie. Musiałem kupić przejazd dwukrotnie droższy (taksówkę typu pick-up zamiast samochodem osobowym), a po wzięciu pieniędzy usłyszałem wkurzające w tej sytuacji "Welcome to Mexico". Przez to Meksykanie kojarzą mi się z nieszczerością. Także z jakąś tajoną, podskórną agresją (tak mi mówi moja intuicja, z góry przepraszam, jeśli się myli). Podobali mi się natomiast objazdowi gitarzyści w autobusach, świeże soki owocowe i tacos.
Więcej »
Kanada
A ściślej tylko Vancouver. Włączyłem do trasy, bo w tym roku wyjątkowo Polacy mogli wjeżdżać do Kanady bez wiz na normalnym paszporcie (od przyszłego tylko z biometrycznym). Poza tym wygodnie było mi tutaj spotkać się z Bogusławą. Dużo wody (ocean i zatoki) i lasów. Klimat trochę jak z miasteczka Twin Peaks.
Więcej »
USA
Very enjoyable :-) Jeżdżąc samochodem po południowym zachodzie Stanów, myślałem sobie, czy może być coś przyjemniejszego, i dlaczego wcześniej tego nie zrobiłem. Ten inny, bo samochodowy etap, bardzo wzbogacił moje doświadczenie podróżnicze. W pamięci zostaną mi widoki ze wspaniałych parków Bryce i Yosemite, wycieczka na Mulholland Drive i plaże w Los Angeles, nocna panorama wieżowców Manhattanu w Nowym Jorku, a także oblicza Ameryki nieznanej (osiedle przyczep kempingowych) i starej (Ghost Towns).
Więcej »
***
W porównaniu do mojej wyprawy rowerem przez 3 kontynenty sprzed ośmiu lat temu, do tej wycieczki podchodziłem z dystansem i bez większych emocji (cóż, za dużo już w życiu widziałem i zastanawiałem się, czy na pewno potrzebna mi jest druga podróż).
Nie było ciągłej ekscytacji, ale nie było też ciągłego stresu czy strachu. Przed wyruszeniem obawiałem się w zasadzie tylko dwóch rzeczy: że będę miał problemy z moim biletem RTW lub że zostanę napadnięty w Brazylii lub Peru. Żadna z tych dwóch rzeczy się nie zdarzyła, a mój lęk przed Ameryką Południową rozwiał już wcześniej młody Anglik, którego spotkałem na Wyspie Wielkanocnej (jak widzisz młodego gościa, który autobusami objechał tam wszystkie kraje łącznie z Kolumbią i on Ci mówi, że jest spoko, to znaczy, że Ty też dasz radę). O bilecie RTW pisałem w osobnym poście. Natomiast już w trakcie trwania wycieczki bałem się, że na granicach (począwszy od Australii aż do USA) zabiorą mi moje prezenty, na które składała się także żywność (nie wiedziałem, że we wszystkich tych krajach są tego typu restrykcje). Wszystko udało mi się dowieźć.
Do wycieczki naokoło świata podchodziłem sceptycznie, ale po cieszę się, że ją odbyłem. Myślę, że bez niej mój obraz świata byłby niepełny. Jednak jest spora różnica między zobaczeniem i doświadczeniem czegoś na własne oczy, a tylko czytaniem, czy oglądaniem w telewizji czy internecie. Cieszę się także, że dzięki niej już prawie wyczerpała mi się lista krajów do odwiedzenia i że będę mógł się teraz spokojnie zająć w życiu innymi tematami niż podróżowaniem :-)
Dzięki tej wycieczce nauczyłem się także:
- jak łupać orzechy kokosowe,
- że koszulki z tkanin sztucznych mogą być lepsze niż te z naturalnych,
- że w ostatniej fazie nie powinno się mieszać ciasta drożdżowego,
- że mam starą komórkę, która nie obsługuje częstotliwości w Amerykach,
- że ziarna quinoa i tapioca nie zawierają glutenu,
- że oczy są poziome, a nos pionowy,
- kilku innych rzeczy, które zostawię tylko dla siebie :-)
Wielka Brytania
Czyli tylko Londyn, gdzie byłem już wielokrotnie. Włączyłem do trasy dlatego, że bilet RTW rozpoczynający się w Londynie był tańszy od rozpoczynającego się w Polsce o 2500 PLN. Miałem także możliwość odwiedzenia znajomych (Emanuele i Inka, pozdrawiam). Ale tak w ogóle to ja bardzo lubię to miasto, lubię ten wyrazisty i specyficzny klimat, masę miejsc, które można zwiedzać za darmo, i lubię seksowny sposób ubierania się Angielek. Tym razem polubiłem tam także drogą restaurację "Mango tree", gdzie jadłem też w drodze powrotnej (po przylocie z Nowego Jorku).Więcej »
Turcja
Czyli tylko Istambuł. Sporo Turcji widziałem już osiem lat temu, ale w Istambule do tej pory nie byłem. Tutaj także wygodnie mi było spotkać się z Alicją (mieliśmy stąd wspólny lot do Kirgistanu). Ogólnie lekkie rozczarowanie, bo po pierwsze mieszkańcy traktują turystów jako dojne krowy (a Turków miałem w pamięci jako ludzi bardzo przyjaznych, no ale to było poza miejscowościami turystycznymi). Po drugie spodziewałem się miasta monumentalnego, a zobaczyłem lekko rozsypujące się (z tą linią tramwajową skojarzyło mi się z Sarajewem). Więcej »
Kirgistan
Tutaj zaczęła się prawdziwa przygoda i egzotyka. Klimaty rosyjskie, jurty, ludzie na koniach i pustynne góry. Niespecjalnie dobra czy specyficzna kuchnia.Więcej »
Chiny
Kraj, który mnie nie porwał, ale który na pewno trzeba zobaczyć. W szczególności interesujący był dla mnie Kaszgar (unikalny miks Bliskiego i Dalekiego Wschodu), Karakorum Highway (jaki i jurty), Shangri-la (miasteczko tybetańskie), Szanghaj (całkiem inne oblicze tego kraju), Wielki Mur. Chiny południowo-zachodnie były dosyć podobne do swoich południowych sąsiadów (już mi znanych). Otwarci, przyjaźni ludzie, szkoda tylko, że rzadko można było porozumieć się po angielsku. Ciężko było też delektować się na miejscu słynną chińską kuchnią, bo często nie było wiadomo, co zamówić, a do niektórych dań dodawane są niesmaczne przyprawy (których normalnie nie używa się w chińskich restauracjach za granicą).Więcej »
Japonia
Mój absolutny numer jeden tej wycieczki. Zupełnie nie spodziewałem się, że Japonia tak mnie wciągnie, tak urzeknie. Unikalny miks tradycji i nowoczesności. Dokładnie wszystkie miejsca, które odwiedziłem, były ciekawe (zapraszam do postów - o Japonii troszeczkę się rozpisywałem :-). Do dziś słyszę entuzjastycznie wykrzykiwane arigato-gozaimasu (dziękuje) i do-itaszi-maszte (witamy). Mam ochotę poznać ten kraj jeszcze bliżej.Więcej »
Australia
Nie przypadło mi do gustu olewackie podejście do życia Australijczyków. Będę pamiętał Ayers Rock, Aborygenów i ulicznych gitarzystów w kapeluszach. Żałuję, że nie mogłem skorzystać z australijskich plaż (była zima).Więcej »
Francuska Polinezja
Rajskie laguny, jedna z najlepszych na trasie kuchni i polinezyjskie tańce. Polecam.Więcej »
Wyspa Wielkanocna i Chile
Z wyspy zapamiętam oczywiście maoi, ale także ciekawy krajobraz, puste półki w sklepach i Angielkę Emmę. Z Chile, a ściślej z Santiago de Chile - panoramę Andów i pierwszą prawdziwą zimę na trasie (ta zima była taka dziwna: w cieniu było bardzo zimno, a w słońcu bardzo gorąco).Więcej »
Argentyna
Czuję się lekko oszukany przez Korę Jackowską: boskość Buenos Aires to mit. Jedyną ciekawą rzeczą tam, była kultura tango - taniec niezwykle widowiskowy, ale bardzo trudny do nauczenia się. Bardzo widowiskowy był również wodospad Iguassu na granicy argentyńsko-brazylijskiej. Nie podobało mi się, że w Argentynie ceny za usługi (np. bilety lotnicze czy autokarowe) dla obcokrajowców były oficjalnie dwukrotnie wyższe niż normalnie. Postuluję wprowadzenie podobnych zasad dla Argentyńczyków odwiedzających Unię Europejską.Aha, ceny za lekcje tanga były bardzo niewygórowane (w odróżnieniu od specjalnych pokazów w lokalach).
Więcej »
Brazylia
Więcej »
Peru
Choroba wysokościowa, Machu Picchu, Indianie i Indianki :-) Za wjazd do Machu i lot nad Nazca trzeba dość słono zapłacić. To ostatnie warto zrobić raz, by przekonać się, że to nic specjalnego.Więcej »
Meksyk
A ściślej tylko Nowy Meksyk. Miasto zupełnie do mnie nie przemówiło. Zraziłem się już na samym początku na lotnisku, gdy mimo wielokrotnych nalegań nie chciano mi sprzedać biletu na taksówkę w normalnej cenie. Musiałem kupić przejazd dwukrotnie droższy (taksówkę typu pick-up zamiast samochodem osobowym), a po wzięciu pieniędzy usłyszałem wkurzające w tej sytuacji "Welcome to Mexico". Przez to Meksykanie kojarzą mi się z nieszczerością. Także z jakąś tajoną, podskórną agresją (tak mi mówi moja intuicja, z góry przepraszam, jeśli się myli). Podobali mi się natomiast objazdowi gitarzyści w autobusach, świeże soki owocowe i tacos.Więcej »
Kanada
A ściślej tylko Vancouver. Włączyłem do trasy, bo w tym roku wyjątkowo Polacy mogli wjeżdżać do Kanady bez wiz na normalnym paszporcie (od przyszłego tylko z biometrycznym). Poza tym wygodnie było mi tutaj spotkać się z Bogusławą. Dużo wody (ocean i zatoki) i lasów. Klimat trochę jak z miasteczka Twin Peaks.Więcej »
USA
Więcej »
***
W porównaniu do mojej wyprawy rowerem przez 3 kontynenty sprzed ośmiu lat temu, do tej wycieczki podchodziłem z dystansem i bez większych emocji (cóż, za dużo już w życiu widziałem i zastanawiałem się, czy na pewno potrzebna mi jest druga podróż).
Nie było ciągłej ekscytacji, ale nie było też ciągłego stresu czy strachu. Przed wyruszeniem obawiałem się w zasadzie tylko dwóch rzeczy: że będę miał problemy z moim biletem RTW lub że zostanę napadnięty w Brazylii lub Peru. Żadna z tych dwóch rzeczy się nie zdarzyła, a mój lęk przed Ameryką Południową rozwiał już wcześniej młody Anglik, którego spotkałem na Wyspie Wielkanocnej (jak widzisz młodego gościa, który autobusami objechał tam wszystkie kraje łącznie z Kolumbią i on Ci mówi, że jest spoko, to znaczy, że Ty też dasz radę). O bilecie RTW pisałem w osobnym poście. Natomiast już w trakcie trwania wycieczki bałem się, że na granicach (począwszy od Australii aż do USA) zabiorą mi moje prezenty, na które składała się także żywność (nie wiedziałem, że we wszystkich tych krajach są tego typu restrykcje). Wszystko udało mi się dowieźć.
Do wycieczki naokoło świata podchodziłem sceptycznie, ale po cieszę się, że ją odbyłem. Myślę, że bez niej mój obraz świata byłby niepełny. Jednak jest spora różnica między zobaczeniem i doświadczeniem czegoś na własne oczy, a tylko czytaniem, czy oglądaniem w telewizji czy internecie. Cieszę się także, że dzięki niej już prawie wyczerpała mi się lista krajów do odwiedzenia i że będę mógł się teraz spokojnie zająć w życiu innymi tematami niż podróżowaniem :-)
Dzięki tej wycieczce nauczyłem się także:
- jak łupać orzechy kokosowe,
- że koszulki z tkanin sztucznych mogą być lepsze niż te z naturalnych,
- że w ostatniej fazie nie powinno się mieszać ciasta drożdżowego,
- że mam starą komórkę, która nie obsługuje częstotliwości w Amerykach,
- że ziarna quinoa i tapioca nie zawierają glutenu,
- że oczy są poziome, a nos pionowy,
- kilku innych rzeczy, które zostawię tylko dla siebie :-)
Podsumowanie cz. 3 (Kraków, Polska)
Czy spotkałem po drodze kogoś ciekawego?
Było kilka osób, z którymi udało mi się porozmawiać co najmniej pół godziny na tematy inne niż podróżowanie (tak sobie pozwolę w tym wypadku zdefiniować kogoś ciekawego).
W Chinach, 35-letnia Bułgarka, odbywająca podróż dookoła świata po pracy w USA (to ta, o której pisałem, że ćwiczyła karate w klasztorze w Chinach). Nie do końca podpada pod kategorię, bo rozmawialiśmy tylko 15 minut, ale myślę, że gdyby się dało, to następna piętnastka byłaby równie ciekawa.
W Australii, 29-letni Polak, który po skończeniu studiów politologicznych i pracy w branży, postanowił zmienić swój zawód na pielęgniarza i nawet kończy w tym kierunku drugie studia (w Anglii). Rzadko zdarza się, żeby człowiek w tym wieku emanował entuzjazmem nastolatka (Mariusz i Honorata, pozdrawiam :-).
Na Francuskiej Polinezji, 34-letni Szwajcar, który rozczarowany swoim zawodem ekonomisty zaczął później studiować za granicą drugi kierunek (psychologię) i ostatni rok spędził, pracując w Kanadzie w domu dla uzależnionych od narkotyków. Aktualnie spędza rok na podróży dookoła świata, bardzo interesuje się filozofiami Wschodu. Spodobało mi się z jaką swobodą opowiadał, że to, co go najbardziej interesuje, to odkrycie sensu życia. Amen.
Na Francuskiej Polinezji, 30-klikuletni Francuz. Przedstawił się jako artysta i reżyser video alternatywnego. Żyje z wynajmu mieszkań. Rozmawiałem z nim 10 minut. Nie wiem, jaka byłaby następna dwudziestka, ale jeśli nie łapie się do ciekawych, to na pewno do ciekawostek (www.myspace.com/fredyandthekissies).
Na Francuskiej Polinezji, 54-letni Anglik, z wykształcenia biolog, który osiadł na Tahiti 20 lat temu i zajmuje się na miejscu... ochroną ślimaków. Generalnie polega to na tym, że wytycza na wyspach takie mini-rezerwaty ślimakowe, wielkości dwa na dwa metry, podgląda, co się z nimi dzieje i wysyła co miesiąc raport do swojego rodzimego uniwersytetu w Anglii. Te raporty wyglądają mniej więcej tak: "Tego a tego dnia poszedłem w góry do lasu, pogoda była deszczowa, po drodze znalazłem jednego ślimaka i jedną pustką skorupkę". Na początku myślałem, że on podłapał jakiś lukratywny kontrakt naukowy, ale okazało się, żyje bardzo skromnie tylko z dotacji, jakie płacą ogrody zoologiczne za podtrzymywanie tych gatunków przy życiu. Jak mówił, nie ma żadnych oszczędności, jego życie jest już organicznie związane ze ślimakami, bo gdyby one wyginęły, jemu przestaliby płacić (on nie wyobraża sobie powrotu do Anglii, a na Polinezji nie za bardzo miałby co robić). Ceni sobie w tym wszystkim dużo wolnego czasu i absolutną wolność (nikt go nie kontroluje, raporty, gdyby chciał, mógłby wymyślać; nie zadawałem pytania, czy ktoś je w ogóle czyta). A po pracy... ten człowiek pisze dziennik, opowiadania i książki (literatura piękna, nie o ślimakach) oraz spotyka się z jakaś młodą Polinezyjką, która jest operatorką koparki. Hough.
Na Wyspie Wielkanocnej, 26-letnia Angielka, która wybrała się w roczną podróż dookoła świata ze swoim chłopakiem, ale w Chinach została porzucona. Nie przerwała podróży, tylko pojechała sama do Australii, podreperować finanse i znaleźć pocieszenie w życiu imprezowym i alkoholu (w Australii tanie wino sprzedaje się w pudełkach; takie pudełko po opróżnieniu i nadmuchaniu wykorzystuje się jako poduszkę, tam gdzie zastanie nas noc). W Australii też poznała nowego chłopaka, który ją pokochał i miał do niej dołączyć w Argentynie (ona tam przez miesiąc zamierzała się uczyć hiszpańskiego). Amen.
W Brazylii, 34-letni Amerykanin, który ostatnie 10 lat spędził pracując jako steward. Zgodził się na zwolnienie z pracy (w ramach zwolnienia grupowego) w zamian za możliwość latania przez rok za darmo lotami swojej linii po całym świecie. Jeszcze w czasie pracy zajmował się pisaniem książek i opowiadań (stewardzi i stewardesy na długich lotach mają ponoć bardzo dużo wolnego czasu). Teraz oprócz darmowego latania, zaczął studia z literatury angielskiej.
W Meksyku, 30-letnia Polka, w samotnej dwumiesięcznej podróży po tym kraju. Mówiła, że w ciągu roku swoje życie dzieli na zupełnie odrębne fragmenty-życiorysy: nauczycielki angielskiego w Anglii, mieszkanki squatów w Hiszpanii, gdzie występuje na ulicach żonglując ogniem, podróżniczki po świecie, jeszcze coś innego w Polsce. Była przekonana, że w przyszłości jej mąż nie będzie Polakiem i jej dzieci będą uczyć się w dwóch językach. Amen.
Było kilka osób, z którymi udało mi się porozmawiać co najmniej pół godziny na tematy inne niż podróżowanie (tak sobie pozwolę w tym wypadku zdefiniować kogoś ciekawego).
W Chinach, 35-letnia Bułgarka, odbywająca podróż dookoła świata po pracy w USA (to ta, o której pisałem, że ćwiczyła karate w klasztorze w Chinach). Nie do końca podpada pod kategorię, bo rozmawialiśmy tylko 15 minut, ale myślę, że gdyby się dało, to następna piętnastka byłaby równie ciekawa.
W Australii, 29-letni Polak, który po skończeniu studiów politologicznych i pracy w branży, postanowił zmienić swój zawód na pielęgniarza i nawet kończy w tym kierunku drugie studia (w Anglii). Rzadko zdarza się, żeby człowiek w tym wieku emanował entuzjazmem nastolatka (Mariusz i Honorata, pozdrawiam :-).
Na Francuskiej Polinezji, 34-letni Szwajcar, który rozczarowany swoim zawodem ekonomisty zaczął później studiować za granicą drugi kierunek (psychologię) i ostatni rok spędził, pracując w Kanadzie w domu dla uzależnionych od narkotyków. Aktualnie spędza rok na podróży dookoła świata, bardzo interesuje się filozofiami Wschodu. Spodobało mi się z jaką swobodą opowiadał, że to, co go najbardziej interesuje, to odkrycie sensu życia. Amen.
Na Francuskiej Polinezji, 30-klikuletni Francuz. Przedstawił się jako artysta i reżyser video alternatywnego. Żyje z wynajmu mieszkań. Rozmawiałem z nim 10 minut. Nie wiem, jaka byłaby następna dwudziestka, ale jeśli nie łapie się do ciekawych, to na pewno do ciekawostek (www.myspace.com/fredyandthekissies).
Na Francuskiej Polinezji, 54-letni Anglik, z wykształcenia biolog, który osiadł na Tahiti 20 lat temu i zajmuje się na miejscu... ochroną ślimaków. Generalnie polega to na tym, że wytycza na wyspach takie mini-rezerwaty ślimakowe, wielkości dwa na dwa metry, podgląda, co się z nimi dzieje i wysyła co miesiąc raport do swojego rodzimego uniwersytetu w Anglii. Te raporty wyglądają mniej więcej tak: "Tego a tego dnia poszedłem w góry do lasu, pogoda była deszczowa, po drodze znalazłem jednego ślimaka i jedną pustką skorupkę". Na początku myślałem, że on podłapał jakiś lukratywny kontrakt naukowy, ale okazało się, żyje bardzo skromnie tylko z dotacji, jakie płacą ogrody zoologiczne za podtrzymywanie tych gatunków przy życiu. Jak mówił, nie ma żadnych oszczędności, jego życie jest już organicznie związane ze ślimakami, bo gdyby one wyginęły, jemu przestaliby płacić (on nie wyobraża sobie powrotu do Anglii, a na Polinezji nie za bardzo miałby co robić). Ceni sobie w tym wszystkim dużo wolnego czasu i absolutną wolność (nikt go nie kontroluje, raporty, gdyby chciał, mógłby wymyślać; nie zadawałem pytania, czy ktoś je w ogóle czyta). A po pracy... ten człowiek pisze dziennik, opowiadania i książki (literatura piękna, nie o ślimakach) oraz spotyka się z jakaś młodą Polinezyjką, która jest operatorką koparki. Hough.
Na Wyspie Wielkanocnej, 26-letnia Angielka, która wybrała się w roczną podróż dookoła świata ze swoim chłopakiem, ale w Chinach została porzucona. Nie przerwała podróży, tylko pojechała sama do Australii, podreperować finanse i znaleźć pocieszenie w życiu imprezowym i alkoholu (w Australii tanie wino sprzedaje się w pudełkach; takie pudełko po opróżnieniu i nadmuchaniu wykorzystuje się jako poduszkę, tam gdzie zastanie nas noc). W Australii też poznała nowego chłopaka, który ją pokochał i miał do niej dołączyć w Argentynie (ona tam przez miesiąc zamierzała się uczyć hiszpańskiego). Amen.
W Brazylii, 34-letni Amerykanin, który ostatnie 10 lat spędził pracując jako steward. Zgodził się na zwolnienie z pracy (w ramach zwolnienia grupowego) w zamian za możliwość latania przez rok za darmo lotami swojej linii po całym świecie. Jeszcze w czasie pracy zajmował się pisaniem książek i opowiadań (stewardzi i stewardesy na długich lotach mają ponoć bardzo dużo wolnego czasu). Teraz oprócz darmowego latania, zaczął studia z literatury angielskiej.
W Meksyku, 30-letnia Polka, w samotnej dwumiesięcznej podróży po tym kraju. Mówiła, że w ciągu roku swoje życie dzieli na zupełnie odrębne fragmenty-życiorysy: nauczycielki angielskiego w Anglii, mieszkanki squatów w Hiszpanii, gdzie występuje na ulicach żonglując ogniem, podróżniczki po świecie, jeszcze coś innego w Polsce. Była przekonana, że w przyszłości jej mąż nie będzie Polakiem i jej dzieci będą uczyć się w dwóch językach. Amen.
Podsumowanie cz. 1 (Kraków, Polska)
Powoli aklimatyzuję się w Krakowie, wychodzę z jedynego na trasie jetlagu i przeziębienia (ta pogoda pod psem, odkąd przyleciałem nie przestaje padać, temp. 8 stopni). Czas chyba na jakieś podsumowanie. Zacznijmy więc od początku. (Moje kazanie będzie dotyczyć ewangelii o dwóch uczniach idących do Emaus. W pierwszej części omówię, ilu było uczniów, a w drugiej, dokąd szli).
Pomysł wycieczki zrodził się na początku roku 2008, gdy podejmowałem decyzję o opuszczeniu Szwajcarii (po trzech latach) i powrocie do Polski. Początkowo myślałem tylko o Japonii i Stanach Zjednoczonych (osiem lat temu odwiedzałem rowerem głównie kraje biedne i rozwijające się, teraz chciałem zobaczyć te bogate i rozwinięte). Kusiła mnie też trochę Polinezja Francuska, taka daleka i piękna, gdzie można by było po prostu położyć się na piasku i odpocząć od wszystkiego... Wkrótce zorientowałem się, że te trzy kraje mogą stanowić podstawę do większego planu, planu podróży naokoło świata (wrócić z wycieczki z innej strony niż się wyleciało jest bardziej cool niż wrócić z tej samej). Postanowiłem rozpoznać temat biletów lotniczych RTW (Round The World tickets).
Różnorodność ofert i ogrom informacji z nimi związanych przeraziły mnie. Decyzja, który bilet wybrać, w jakiej wersji i jakie kraje włączyć do trasy, była dla mnie bardzo trudna. I nikt specjalnie nie chciał albo nie mógł mi pomóc. Wielokrotnie zmieniałem plany, wahałem się, czy włączać do trasy więcej czy mniej krajów. W krytycznym momencie byłem nawet bliski nie jechania w ogóle nigdzie. Wydawało mi się, że wszystko to robi się zbyt skomplikowane, zbyt ryzykowne, zbyt drogie i... niepotrzebne. Ale ponieważ zaprosiłem już do tej podróży innych (dałem ogłoszenie w internecie, że szukam chętnych do dołączenia do wycieczki), nie bardzo mogłem się wycofać... Ostatecznie, pod wypływem impulsu, postanowiłem iść na całość, czyli odwiedzić maksymalnie dużo krajów, w maksymalnie krótkim czasie: kupiłem "duży" bilet RTW (oneworld Global Explorer 39000 mil) i jeszcze 14 dodatkowych przelotów. Klamka zapadła.
Pomysł wycieczki zrodził się na początku roku 2008, gdy podejmowałem decyzję o opuszczeniu Szwajcarii (po trzech latach) i powrocie do Polski. Początkowo myślałem tylko o Japonii i Stanach Zjednoczonych (osiem lat temu odwiedzałem rowerem głównie kraje biedne i rozwijające się, teraz chciałem zobaczyć te bogate i rozwinięte). Kusiła mnie też trochę Polinezja Francuska, taka daleka i piękna, gdzie można by było po prostu położyć się na piasku i odpocząć od wszystkiego... Wkrótce zorientowałem się, że te trzy kraje mogą stanowić podstawę do większego planu, planu podróży naokoło świata (wrócić z wycieczki z innej strony niż się wyleciało jest bardziej cool niż wrócić z tej samej). Postanowiłem rozpoznać temat biletów lotniczych RTW (Round The World tickets).
Różnorodność ofert i ogrom informacji z nimi związanych przeraziły mnie. Decyzja, który bilet wybrać, w jakiej wersji i jakie kraje włączyć do trasy, była dla mnie bardzo trudna. I nikt specjalnie nie chciał albo nie mógł mi pomóc. Wielokrotnie zmieniałem plany, wahałem się, czy włączać do trasy więcej czy mniej krajów. W krytycznym momencie byłem nawet bliski nie jechania w ogóle nigdzie. Wydawało mi się, że wszystko to robi się zbyt skomplikowane, zbyt ryzykowne, zbyt drogie i... niepotrzebne. Ale ponieważ zaprosiłem już do tej podróży innych (dałem ogłoszenie w internecie, że szukam chętnych do dołączenia do wycieczki), nie bardzo mogłem się wycofać... Ostatecznie, pod wypływem impulsu, postanowiłem iść na całość, czyli odwiedzić maksymalnie dużo krajów, w maksymalnie krótkim czasie: kupiłem "duży" bilet RTW (oneworld Global Explorer 39000 mil) i jeszcze 14 dodatkowych przelotów. Klamka zapadła.
Kilka słów na temat biletu RTW (Kraków, Polska)
Niewątpliwie najważniejszą zaletą biletu lotniczego dookoła świata (RTW) jest jego relatywnie niska cena. W moim przypadku (oneworld Global Explorer 39 tys. mil) wyniosła tylko 60% kosztów, które musiałbym ponieść, kupując wszystkie bilety osobno.
Drugą zaletą jest możliwość darmowego zmienia dat poszczególnych lotów (i zmieniania kierunku za relatywnie niewysoką opłatą). Z tym, że czasami jest to możliwość tylko teoretyczna, gdyż na bardzo obłożonych trasach może okazać się, że wolnych miejsc nie ma na kilka tygodni lub nawet miesięcy do przodu (w takiej sytuacji znalazła się np. znajoma Bułgarka przy przelocie z Hong Kongu do San Francisco). Z relacji ludzi w internecie można wyczytać także, że niektórzy mieli problemy z tym darmowym zmienianiem dat z powodu nieznajomości zasad produktu RTW w lokalnych biurach na świecie.
Najgorszą wadą biletu RTW jest zasada anulowania wszystkich następnych przelotów, jeśli pasażer nie zgłosił się do odprawy. Teoretycznie można później takie loty odzyskać, ale tutaj pojawia się opisany już powyżej problem. Podczas wycieczki musiałem się tym trochę stresować.
Wadą RTW jest też niejasność zasad dotyczących np. tego:
- które loty mogą wejść w skład biletu, a które nie (np. linia Malev wchodzi w skład sojuszu oneworld, ale nie można było używać ich przelotów w Chinach; nie mogłem użyć też wybranego lotu z Sydney do Papeete, bo na dany lot sprzedano już jakąś liczbę miejsc, ale ogólnie wolne miejsca jeszcze były),
- jak kalkulowana jest liczba segmentów (np. czy zmiana lotniska w obrębie Nowego Yorku, to jest dodatkowy segment lądowy, czy nie),
- jak liczone są mile w przypadku lotów łączonych, tzn. czy lecąc z Tokio do Ayers Rock z przesiadką w Cairns, mile liczone są jako suma tych dwóch odcinków, czy jako bezpośredni odcinek prosty (według moich obliczeń wynika, że stosowana jest ta druga metoda, ale nie byłem w stanie wydobyć potwierdzenia tego od mojego agenta; być może gdyby było to oficjalnie jawne, ludzie lataliby np. z Japonii do Australii przez Amerykę Południową lub Afrykę),
- czy oczekiwanie na przesiadkę poniżej 24h jest traktowane jako stopover, czy nie.
W internecie są specjalne narzędzia do planowania tras biletów RTW (na pewno mają je oneworld i Star Alliance), ale niestety bazują na nieaktualnych danych i nieścisłych zasadach. O tym wszystkim można przekonać się dopiero przy próbie kupna "wybranego" biletu.
A bilet RTW można kupić:
- bezpośrednio w linii lotniczej (ale tutaj nie dostaniemy żadnych porad, każą nam napisać dokładnie, którymi lotami chcemy lecieć; dodatkowo np. linia FinnAir przyjmowała korespondencję tylko faksem),
- w zwykłej agencji turystycznej, o ile agencja coś takiego prowadzi (z mojego doświadczenia wynika, że takie zwykłe agencje mają bardzo wysokie marże i bardzo słabą znajomość produktu, przez co mogą nam źle doradzić),
- w agencji specjalizującej się w sprzedaży biletów RTW (jedyną wadą tej opcji jest to, że jeśli taka agencja jest daleko, to skazani jesteśmy tylko na kontakt telefoniczny i emailowy; dochodzenie do finalnego kształtu trasy może ciągnąć się tygodniami i miesiącami, i czasem po prostu lepiej byłoby pogadać bezpośrednio w cztery oczy).
Ja swój bilet kupiłem przez internet w specjalistycznej agencji Travel Nation z Londynu. Obsługę klienta oceniam tam na czwórkę, ale doleciałem na ich bilecie do domu, więc chyba mogę polecić. Inna znaną mi agencją jest Western Air też z Londynu oraz STA TRAVEL, mająca biura na całym świecie.
Mój bilet był tradycyjnym biletem papierowym (dwadzieścia kartoników), dlatego że lądowałem na Tahiti lub Wyspie Wielkanocnej (agent nie był pewny, gdzie nie obsługuje się biletów elektronicznych). Kilka razy przy odprawach był problem ze znalezieniem, czy mój bilet obejmował też podatek lotniskowy (lista wszystkich zapłaconych podatków to były trzy długie linie kodów na każdym bilecie). Dwa razy się wybroniłem (Tokio-Cairns, Santiago-Bueno Aires), a w Peru dwa razy musiałem zapłacić (choć według mojej wiedzy bilet zawierał już podatki i opłaty lotniskowe za wszystkie loty).
Moje dwie rady dla osób zamierzających nabyć bilet RTW:
- jak się da, nie robić bookowania na loty zbyt wcześnie rano (na odprawę przy niektórych lotach trzeba być 3 godziny wcześniej, lotniska czasem są naprawdę daleko od centrum, komunikacja publiczna nie zawsze chodzi w nocy; przykładowo lot o 8 rano z Sao Paulo kosztował mnie 150 PLN ekstra za taksówkę);
- zapisać się do programu zbierania mil (za przeloty z mojego RTW uzbierałem punktów na jeden bilet tam i z powrotem w ramach dowolnego kontynentu).
Zobacz też pytania czytelników i moje odpowiedzi »
Drugą zaletą jest możliwość darmowego zmienia dat poszczególnych lotów (i zmieniania kierunku za relatywnie niewysoką opłatą). Z tym, że czasami jest to możliwość tylko teoretyczna, gdyż na bardzo obłożonych trasach może okazać się, że wolnych miejsc nie ma na kilka tygodni lub nawet miesięcy do przodu (w takiej sytuacji znalazła się np. znajoma Bułgarka przy przelocie z Hong Kongu do San Francisco). Z relacji ludzi w internecie można wyczytać także, że niektórzy mieli problemy z tym darmowym zmienianiem dat z powodu nieznajomości zasad produktu RTW w lokalnych biurach na świecie.
Najgorszą wadą biletu RTW jest zasada anulowania wszystkich następnych przelotów, jeśli pasażer nie zgłosił się do odprawy. Teoretycznie można później takie loty odzyskać, ale tutaj pojawia się opisany już powyżej problem. Podczas wycieczki musiałem się tym trochę stresować.
Wadą RTW jest też niejasność zasad dotyczących np. tego:
- które loty mogą wejść w skład biletu, a które nie (np. linia Malev wchodzi w skład sojuszu oneworld, ale nie można było używać ich przelotów w Chinach; nie mogłem użyć też wybranego lotu z Sydney do Papeete, bo na dany lot sprzedano już jakąś liczbę miejsc, ale ogólnie wolne miejsca jeszcze były),
- jak kalkulowana jest liczba segmentów (np. czy zmiana lotniska w obrębie Nowego Yorku, to jest dodatkowy segment lądowy, czy nie),
- jak liczone są mile w przypadku lotów łączonych, tzn. czy lecąc z Tokio do Ayers Rock z przesiadką w Cairns, mile liczone są jako suma tych dwóch odcinków, czy jako bezpośredni odcinek prosty (według moich obliczeń wynika, że stosowana jest ta druga metoda, ale nie byłem w stanie wydobyć potwierdzenia tego od mojego agenta; być może gdyby było to oficjalnie jawne, ludzie lataliby np. z Japonii do Australii przez Amerykę Południową lub Afrykę),
- czy oczekiwanie na przesiadkę poniżej 24h jest traktowane jako stopover, czy nie.
W internecie są specjalne narzędzia do planowania tras biletów RTW (na pewno mają je oneworld i Star Alliance), ale niestety bazują na nieaktualnych danych i nieścisłych zasadach. O tym wszystkim można przekonać się dopiero przy próbie kupna "wybranego" biletu.
A bilet RTW można kupić:
- bezpośrednio w linii lotniczej (ale tutaj nie dostaniemy żadnych porad, każą nam napisać dokładnie, którymi lotami chcemy lecieć; dodatkowo np. linia FinnAir przyjmowała korespondencję tylko faksem),
- w zwykłej agencji turystycznej, o ile agencja coś takiego prowadzi (z mojego doświadczenia wynika, że takie zwykłe agencje mają bardzo wysokie marże i bardzo słabą znajomość produktu, przez co mogą nam źle doradzić),
- w agencji specjalizującej się w sprzedaży biletów RTW (jedyną wadą tej opcji jest to, że jeśli taka agencja jest daleko, to skazani jesteśmy tylko na kontakt telefoniczny i emailowy; dochodzenie do finalnego kształtu trasy może ciągnąć się tygodniami i miesiącami, i czasem po prostu lepiej byłoby pogadać bezpośrednio w cztery oczy).
Ja swój bilet kupiłem przez internet w specjalistycznej agencji Travel Nation z Londynu. Obsługę klienta oceniam tam na czwórkę, ale doleciałem na ich bilecie do domu, więc chyba mogę polecić. Inna znaną mi agencją jest Western Air też z Londynu oraz STA TRAVEL, mająca biura na całym świecie.
Mój bilet był tradycyjnym biletem papierowym (dwadzieścia kartoników), dlatego że lądowałem na Tahiti lub Wyspie Wielkanocnej (agent nie był pewny, gdzie nie obsługuje się biletów elektronicznych). Kilka razy przy odprawach był problem ze znalezieniem, czy mój bilet obejmował też podatek lotniskowy (lista wszystkich zapłaconych podatków to były trzy długie linie kodów na każdym bilecie). Dwa razy się wybroniłem (Tokio-Cairns, Santiago-Bueno Aires), a w Peru dwa razy musiałem zapłacić (choć według mojej wiedzy bilet zawierał już podatki i opłaty lotniskowe za wszystkie loty).
Moje dwie rady dla osób zamierzających nabyć bilet RTW:
- jak się da, nie robić bookowania na loty zbyt wcześnie rano (na odprawę przy niektórych lotach trzeba być 3 godziny wcześniej, lotniska czasem są naprawdę daleko od centrum, komunikacja publiczna nie zawsze chodzi w nocy; przykładowo lot o 8 rano z Sao Paulo kosztował mnie 150 PLN ekstra za taksówkę);
- zapisać się do programu zbierania mil (za przeloty z mojego RTW uzbierałem punktów na jeden bilet tam i z powrotem w ramach dowolnego kontynentu).
Zobacz też pytania czytelników i moje odpowiedzi »
środa, 17 wrzesień 2008
All around the world! (by Red Hot Chili Peppers)
Where you want to go?
Who you want to be?
What you want to do?
Just come with me...